Beztroskie życie Samuela, który pracuje jako kapitan luksusowego jachtu, ale w międzyczasie korzysta z uroków jakie daje ta praca (patrz: imprezy, piękne dziewczyny, niezobowiązujący seks), pewnego dnia musi stawić czoła prawdziwemu życiu. Odwiedza go Kristin, turystka z Londynu, z którą mniej więcej rok temu spędził jedną noc. Nie byłoby w tym może niczego zaskakującego gdyby nie to, że wręcza mu trzymiesięczne niemowlę i... znika. Na osiem lat, dodajmy. Samuel szukając jej trafia do Londynu, gdzie zarabia na życie jako kaskader w filmach akcji, otoczony barwnymi postaciami ze świata kina. W tym czasie mała Gloria wyrasta na bystrą, niesamowitą dziewczynkę, a jej ojciec z lekkomyślnego imprezowicza zmienia się w odpowiedzialnego i kochającego ponad życie opiekuna. Brzmi jak sielanka? Do czasu. Kiedy Kristin postanawia wrócić i naprawić błędy przeszłości wszystko, ale to absolutnie wszystko zaczyna się komplikować.
Film Hugo Gélina to mieszanka dramatu i komedii, z decydującą przewagą tego pierwszego. Bliżej mu nawet do kina familijnego i klasycznych obrazów spod szyldu pogodnych "poprawiaczy humoru". Rozczaruje się więc ten, kto założy, że zabawne gagi będą się tu pojawiać z częstotliwością spadających w roju asteroidów. Omarowi Sy w głównej roli bliżej już do tytułowego, słodko-gorzkiego Chocolat (2016) niż jaskrawie zabawnych kreacji z Nietykalnych (2011) czy Samby (2014), z których polskim kinomanom znany jest chyba najbardziej. Z całą pewnością można się zżymać na zbyt cukierkową otoczkę, jaką osnuta jest ta historia - między ojcem a córką nigdy nie dochodzi do konfliktu, oboje mieszkają w bajkowo urządzonym mieszkaniu przyjaciela-geja, który kocha Glorię jak własną córkę; nadmierny sentymentalizm - odklejone od rzeczywistości przemowy rodziców w sądzie, kiedy walczą o prawo do opieki nad dzieckiem; mało wiarygodne zwroty akcji - niemowlę pozostawione samopas w londyńskim metrze czy niezaplanowany kaskaderski skok z 11. piętra; i postaci nakreślone zbyt grubymi konturami - wspomniany już przyjaciel Bernie, którego śmieszność ma polegać na tym, że w każdym napotkanym mężczyźnie dostrzega ukrytego homoseksualistę czy neurotyczny reżyser Tom, wiecznie wrzeszczący coś tonem rozkazującym do swojego walkie-talkie. Wszystko to razem składa się na słabość tego filmu, który traci w ten sposób na autentyczności.
Jeśli dać zwyciężyć racjonalnej i sceptycznej stronie swojej natury musi paść to pytanie - czy to możliwe, że dorosły Piotruś Pan zmienia swoje życie o 180 stopni tylko dlatego, że uśmiechnęło się do niego niemowlę? Jeśli oddać głos bardziej tkliwej i romantycznej - dlaczego nie? A już zwłaszcza na wielkim ekranie, od którego wymagamy przecież, żeby czasami tak diametralnie różnił się od realnego życia.
Anna Solak
- "Jutro będziemy szczęśliwi"
- reż. Hugo Gélin