Przypominanie o roli i znaczeniu kobiet w historii i teraźniejszości Poznania jest od dawna obszarem Pani działalności. Czy pamięta Pani, kiedy to się zaczęło i jakie były motywacje rozpoczęcia działań na tym polu?
Pamiętam doskonale! U podstaw wszelkiego zaangażowania stoi świadomość, która w moim przypadku wyrosła z zainteresowań akademickich i pracy badawczej. Koordynowałam m.in. największe w Polsce badania podręczników szkolnych pod kątem wizerunków kobiet i mężczyzn, zwieńczone publikacją trzytomowego raportu "Gender w podręcznikach". Choć od jego wydania mija właśnie dekada, wciąż pozostaje on najbardziej wyczerpującym opracowaniem tego zagadnienia w naszym kraju. Wyniki pokazały dobitnie, że historia nauczana w szkołach to wciąż opowieść o mężczyznach, skupiona na polityce i militariach, a pomijająca ogromny wkład kobiet. To obraz niepełny, który prowadzi do stopniowego wymazywania kobiet z pamięci zbiorowej. Taki zniekształcony obraz historii przekłada się na utrwalanie szkodliwych stereotypów dotyczących płci oraz obniża poczucie własnej wartości kobiet i dziewcząt, ucząc, że osiągnięcia kobiet są mniej ważne niż dokonania mężczyzn. Ten dojmujący brak w podręcznikach przekłada się bezpośrednio na przestrzeń publiczną - nazwy ulic, parków czy placów upamiętniają niemal wyłącznie męskich bohaterów. W 2017 roku przeprowadziłam analizę ilościową poznańskich patronów i patronek. Okazało się, że kobiety stanowiły nieco ponad osiem procent wszystkich postaci historycznych upamiętnionych w mieście. Z racji tego, że na stulecie wywalczenia praw wyborczych kobiet Sejm RP ustanowił rok 2018 Rokiem Praw Kobiet, zaproponowałam radnym, aby w tym szczególnym czasie nowym ulicom patronowały wyłącznie kobiety. Pomysł spotkał się z aprobatą i dzięki przyjętemu stanowisku tylko w 2018 roku Poznań zyskał 26 nowych patronek. Za to unikatowe w skali europejskiej i światowej działanie zostaliśmy wyróżnieni przez Komisję Europejską mianem Gender Equal City, czyli miasta równego ze względu na płeć. Idąc za ciosem, w 2019 roku Rada Miasta jednogłośnie przyjęła zaproponowany przeze mnie zapis w uchwale nazewniczej, zobowiązujący nas do dbania o równowagę płci przy kolejnych inicjatywach nazewniczych w Poznaniu.
Publikacja "Poznanianki" jest efektem wielu edycji plebiscytu i akcji społecznej "Poznanianka Roku". Jakie były początki tej inicjatywy i jak ewoluowała ona przez lata?
Tak, najpierw był plebiscyt. Pierwszy został zorganizowany w Roku Praw Kobiet, a dziesięć kandydatek na Poznaniankę Roku i drugie dziesięć kandydatek na Poznaniankę Stulecia wyłoniła kapituła plebiscytu. Laureatki - po jednej w każdej kategorii - wyłoniono na podstawie liczby głosów oddanych przez mieszkanki i mieszkańców Poznania. Dwa plebiscyty odbyły się przed pandemią, a po przerwie, od 2022 roku mamy inną formułę, czyli akcję społeczną Poznanianki, gdzie mieszkańcy i mieszkanki zgłaszają kandydatki, a kapituła wybiera pięć laureatek. Ta formuła się sprawdziła.
Kiedy pojawił się pomysł wydania publikacji zawierającej sylwetki wszystkich wyróżnionych przez te lata Poznanianek?
Dwa lata temu miałam przyjemność przewodniczyć kapitule akcji społecznej Poznanianki, a także aktywnie uczestniczyć w Poznańskim Tygodniu Kobiet i samej gali finałowej. Cała ta inicjatywa to herstoria w czystej postaci - wydobywa na światło dzienne dokonania kobiet, które budują nasze miasto i czynią je lepszym miejscem do życia. Dzisiejsze laureatki to przecież potencjalne przyszłe patronki naszych ulic, dlatego warto upamiętnić je w książce, po którą w poszukiwaniu inspiracji sięgną kolejne pokolenia. Właśnie wtedy zgłosiłam również poprawkę do budżetu, która zapewniła laureatkom nagrodę finansową w wysokości 7 tysięcy złotych. Uważam, że ich działalność zasługuje na bardziej wymierne docenienie niż tylko dyplom, kwiaty i pamiątkowy portret. Czas pokazał, że była to świetna decyzja - w tym roku do akcji zgłoszono rekordową liczbę aż 145 kandydatek!
Książka zawiera rozmowy przeprowadzone przez Justynę Żarczyńską z laureatkami plebiscytu od 2018 do 2024 roku. Są to kobiety z bardzo różnych środowisk, zajmujące się różnego rodzaju aktywnościami społecznymi. Jaki jest najistotniejszy wspólny mianownik dla tych postaci?
Gdybym miała wskazać ich cechy wspólne - co jest oczywiście dużym uproszczeniem i mam nadzieję, że go nie nadużywam - wymieniłabym determinację, głębokie poczucie sensu własnych działań oraz wrażliwość na drugiego człowieka. To cechy absolutnie niezbędne w pracy aktywistycznej i zaangażowaniu społecznym. Dołożyłabym do nich niezwykłą skromność: wszystkie rozmówczynie czują się zaszczycone obecnością w tak znamienitym gronie i często nie postrzegają własnej pracy jako czegoś, co zasługuje na szczególne wyróżnienie. Taka surowa ocena własnych dokonań to być może również pokłosie wspomnianej niesprawiedliwej edukacji historycznej. Tym bardziej cieszy fakt, że akcja Poznanianki uświadamia wszystkim, jak ogromne znaczenie dla naszego miasta mają ich działania.
W jakim miejscu jesteśmy teraz, tutaj w Poznaniu, jeśli chodzi o obecność i docenianie kobiet w życiu publicznym, w nazewnictwie przestrzeni miejskiej i w codziennym języku, zarówno tym oficjalnym, jak i potocznym?
Jesteśmy w punkcie, w którym widać ruch we właściwym kierunku, ale tempo tych zmian wciąż pozostawia niedosyt. Zrobiłam niedawno dokładne rozeznanie po siedmiu latach od przyjęcia uchwały nazewniczej. Dane z odpowiedzi na moją interpelację z maja tego roku nie pozostawiają złudzeń: zmiana następuje, ale zdecydowanie zbyt wolno. Kiedy spojrzymy na liczby: w naszym mieście dziś na 790 patronów historycznych zaledwie 128 to kobiety, co daje skromne 16 procent. Męskich patronów jest aż 83 procent. Biorąc pod uwagę wolę polityczną zapisaną w uchwale z 2019 roku, można było by oczekiwać szybszego nadrabiania tych wieloletnich zaległości. Tymczasem od wejścia w życie uchwały mamy 105 nowych patronów, z czego kobiety stanowią zaledwie 33 procent, podczas gdy mężczyźni aż 65 procent. Co trzecia nowa patronka to oczywiście krok naprzód w porównaniu z dawnymi ośmioma procentami, ale przy deklaracjach o równowadze płci warto działać znacznie odważniej i szybciej. Ten rezultat wynika po części z faktu, że o ile radni i radne pamiętają o zasadzie równości płci, o tyle inicjatywy nazewnicze zgłaszane przez samych mieszańców i mieszkanki rzadko biorą to pod uwagę. Stąd mój nieustający apel, aby przy oddolnych obywatelskich inicjatywach nazewniczych zgłaszać więcej patronek. Podobnie wygląda kwestia języka. Choć w języku urzędowym feminatywy przestały dziwić, w praktyce społecznej i codziennym języku potocznym wciąż nader często wpadamy w utarte, męskocentryczne koleiny. Moim zdaniem nieco zbyt wolno przechodzimy od symbolicznych gestów do pełnej, czyli symetrycznej obecności kobiet w języku. Wiąże się to także z brakiem uregulowań formalnych na szczeblu centralnym. Jestem inicjatorką i sygnatariuszką niezliczonych apeli i pism do naszych posłanek postulujących uwzględnianie żeńskich nazw stanowisk w rozporządzeniach ministerialnych, co pozwoliłoby na systemowe i ujednolicone stosowanie zasady równości płci w języku. Poznań był pierwszym samorządem w Polsce, na którego oficjalnej stronie BIP pojawiła się nazwa żeńska funkcji "pełnomocniczka", którą wywalczyłam w 2016 roku, gdy tę funkcję objęłam. Zatem Poznań nadał dobry kierunek, ale nie widzę szczególnych powodów do samozadowolenia. Nie możemy osiadać na laurach, dopóki symetria w nazewnictwie i języku nie stanie się oczywistym standardem, a nie wywalczonym wyjątkiem.
Niedawno podczas sesji Rady Miasta miała Pani wystąpienie na temat obecności, a może raczej nieobecności feminatywów we współczesnym języku. Zwracała Pani m.in. uwagę na mit uniwersalnego rodzaju męskiego w języku, a także polemizowała z zarzutami, że feminizacja języka go szpeci. Przytoczyła Pani felieton Stefanii Grodzieńskiej z 1960 roku, wyśmiewający powojenne wyrugowanie feminatywów z języka. W odbiorze społecznym panuje raczej przekonanie, że kiedyś feminatywów nie było w naszym języku, a obecnie próbuje się je narzucić.
Przekonanie, że feminatywy to jakiś nowy i sztuczny wymysł, jest niezgodne z prawdą historyczną. Już Władysław Bełza, pisząc swój katechizm "Kto ty jesteś? - Polak mały", stworzył równoległą wersję dla dziewcząt z "Polką małą", bo w jego czasach żeńskie formy były rzeczą całkowicie naturalną. To dopiero po wojnie, pod płaszczykiem rzekomego profesjonalizmu i nowoczesności, zaczęto je masowo rugować z języka formalnego, co zresztą genialnie wyśmiała w felietonie o "Doktór, która kazała powtórzyć doktór" Stefania Grodzieńska. Dla niej naturalne były lekarki, aktorki, a w przedwojennych protokołach sądowych odnajdziemy nawet "świadkinie".
Dziś słyszymy argument o "uniwersalnym" czy generycznym rodzaju męskim. Tyle że badania językoznawcze - m.in. prof. Małgorzaty Karwatowskiej i prof. Jolanty Szpyry-Kozłowskiej - dobitnie pokazują, że ten uniwersalizm po prostu nie działa. Gdy używamy form męskich, ludzki mózg automatycznie wyobraża sobie mężczyznę. Doskonale ilustruje to stara zagadka o chirurgu, który nie może operować własnego syna, którego ojciec właśnie zginął w wypadku. Do dziś studenci i studentki prof. Karwatowskiej, jak przyznaje, wymyślają najbardziej zawiłe teorie o dwóch ojcach czy adopcji, a nie wpadną na to, że chirurg jest matką. Dokładnie to samo dzieje się z dziećmi w szkołach podstawowych: badania pokazują, że dziewczynki często w ogóle nie reagują na polecenia sformułowane w rodzaju męskim, bo nie wiedzą, że dotyczą również ich. Od najmłodszych lat dziewczęta są trenowane do niewidoczności, a poddawanie ich ciągłej presji domyślania się, że "uniwersalny autor" czy "uczeń" to także one, jest formą przemocy symbolicznej. Co więcej, ma to praktyczne konsekwencje. Kiedy w ogłoszeniach o pracę stosuje się język włączający, zainteresowanie kobiet danym stanowiskiem rośnie o 30-40 procent. Stąd od grudnia 2025 roku znowelizowany Kodeks pracy narzuca obowiązek stosowania neutralnego płciowo języka oraz neutralnych nazw stanowisk w ogłoszeniach o pracę. Dlatego w tej całej walce o feminatywy nie chodzi o żaden kaprys czy "szpecenie języka". To tak naprawdę walka o budowanie podmiotowości połowy naszego społeczeństwa. To sprawa widzialności, równego traktowania oraz pozycji kobiet i dziewcząt w społeczeństwie.
Czy po kolejnych edycjach plebiscytu można oczekiwać kolejnej publikacji o Poznaniankach?
Jestem przekonana, że to wydawnictwo może mieć cykliczny charakter i ukazywać się co pięć edycji akcji. Jeśli tylko będę miała na to wpływ, kolejna książka z pewnością się ukaże. Historia - a właściwie herstoria - tworzy się na naszych oczach, tu i teraz. Zasługi kobiet trzeba spisywać i dumnie opowiadać o nich światu. W końcu Poznań jest kobietą!
Rozmawiał Mateusz Malinowski
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026