Podczas tegorocznego festiwalu siłą rzeczy wiele zdarzeń ma znaczenie wręcz symboliczne. Dlatego, że to dziesiąta edycja imprezy, która jest jednocześnie hucznym celebrowaniem pięćdziesięciolecia AACM - chicagowskiego Stowarzyszenia Wspierania Kreatywnych Muzyków - którego znaczenie trudno przecenić. Miało ono bowiem ogromne znaczenie zarówno w procesie walki o równe prawa dla czarnoskórych obywateli Stanów Zjednoczonych, jak i - wyrastającego z niego - równouprawnienia dla swobodnej muzycznej kreacji. Skutki tych procesów miały wpływ na artystów pod różnymi szerokościami geograficznymi - także w Polsce.
I również dlatego symboliczne są podczas tegorocznego festiwalu spotkania na scenie artystów amerykańskich z polskimi (mające przy okazji także wymiar międzypokoleniowy). Bo przecież tradycja takich spotkań jest jednym z ważnych, i podstawowych wręcz, elementów historii festiwalu. Podczas bieżącej edycji muzycy z obu stron oceanu spotykają się szczególnie często - i trudno tego nie odczytywać jako rzeczy znaczącej.
Dekada
Wspomnieć trzeba tu jeszcze na samym początku - tak jak nieustannie wspominają chicagowscy artyści - raz jeszcze o Wojciechu Juszczaku. To on, wspólnie z Lauren Deutsch, szefową Jazz Institute of Chicago, wymyślili ideę festiwalu i wspólnie go prowadzili - aż do przedwczesnej śmierci Wojtka przed ponad dwoma laty. Wspominam o Nim i dlatego, że jego duch wciąż unosi się nad festiwalem; jego myśl wciąż inspiruje kolejne segmenty, kolejne odsłony imprezy, ale i dlatego, że ta dziesiąta rocznica jest też przecież swoistym podsumowaniem tego wszystkiego wielkiego, co się tu pod hasłem Made in Chicago przez lata wydarzyło.
Jeśli zaś dodamy do tego wszystkiego plany organizatorów z Estrady Poznańskiej, by przenieść imprezę na wiosnę, raz jeszcze potwierdzi się, że tegoroczna jej edycja jest pod wieloma względami symboliczna.
Eksperymenty
Festiwal rozpoczął się od koncertu AACM Residency - Poznań Experimental Band. To właśnie znaczący przykład owej międzynarodowej kooperacji. Słynny saksofonista Mwata Bowden, wiolonczelistka Tomeka Reid i skrzypaczka Renee Baker prowadzili przez dwa tygodnie warsztaty dla młodych polskich instrumentalistów. Piątkowy koncert był efektem drugiego tygodnia tych warsztatów. Udział w nich wzięli studenci akademii muzycznych z całego kraju. Jedenaścioro artystów (w tym jedna wokalistka) prezentowali na scenie doświadczenia wyniesione ze współpracy z trojgiem znaczących postaci chicagowskiej sceny jazzowej.
Każdy z "nauczycieli" przedstawił utwór, nad którym pracował z młodymi polskimi artystami. Najpierw Tomeka Reid - zaprezentowała temat chyba najbardziej dynamiczny i najbardziej zmienny w nastrojach. Następnie wykonana została kompozycja Renee Baker - bardzo impresyjna, pełna smaczków i niuansów. Na koniec zabrzmiał najbardziej epicki i chyba najbardziej eksperymentalny (choć nie zabrakło tu i ech bodaj afrykańskiej tradycji), przygotowany przez studentów pod okiem Mwaty Bowdena. Nie była to łatwa muzyka, tak jak pewnie niełatwe były nauki pod okiem chicagowskich mistrzów. Był jednak w tej muzyce żar, była próba wyjścia poza brzmieniowe oczywistości. Teraz wypada tylko mieć nadzieję, że to doświadczenie zaowocuje w przyszłej twórczości młodych polskich jazzmanów.
Zabawa w stylu funk
W drugiej części piątkowego wieczoru mieliśmy znów polsko - amerykańskie spotkanie (a może nawet rodzaj artystycznego pojedynku). Tym razem zabrzmiała jednak muzyka spontaniczna i energetyczna, oparta na dynamicie sekcji dętej - i niemal ludyczna.
Najpierw na scenie pojawiły się połączone siły dwóch krajowych formacji: Bibobit oraz Dizzy Boys Brass Ensemble. Na plus na pewno należy ich krótkiemu występowi zapisać znakomite brzmienie, opanowanie instrumentów, wykonawczą dyscyplinę. Jednak nadmierna przewaga elementów r&b, może współczesnego soulu czy wręcz tanecznego popu, zaprawionego "czarnymi" brzmieniami, a wreszcie i hip-hopu sprawiła, że mnie osobiście ten występ do końca nie przekonał.
Na koniec zabrzmiała ognista muzyka formacji Hypnotic Brass Ensemble. To grupa utworzona przez synów Phila Cochrana, jednego z założycieli AACM. Tu również spotkały się elementy hip-hopu, r&b i neo-soulu z brzmieniem ulicznych orkiestr i echami jazzowego funku. Choć obyło się bez rewelacji i wielkich przeżyć, w muzyce amerykańskich artystów słychać było autentyczność, szczerość i pasję. To wszystko plus doskonale opanowana umiejętność panowania nad publicznością - umiejętność włączania jej we wspólny śpiew i taniec - powodowało, że całość osiągała zamierzony przez wykonawców wymiar. Choć był to jednak (zaledwie) wymiar zbiorowej zabawy w tanecznych, funkowych rytmach...
Przed nami jeszcze dwa dni festiwalu. Atrakcji nie zabraknie.
Tomasz Janas
- Made in Chicago: AACM Residency - Poznań Experimental Band; Bibobit & Dizzy Boys Brass Ensemble; Hypnotic Brass Ensemble
- 27.11
- Sala Wielka CK Zamek