Kultura w Poznaniu

Książki

opublikowano:

JA TU TYLKO CZYTAM. Młot na ekologów

"Przyjdzie nam jeść, co popadnie, włączając w to nas samych" - pisze wybudzony z zielonego snu ekolog. - "Jest już za późno, sprawa zamknięta". Paul Kingsnorth jest radykałem. Ma żal do ekologów o turbiny wiatrowe niszczące krajobrazy. Uważa, że obsesja na punkcie emisji węgla uczyniła z zielonych rachmistrzów w garniturach. Elektryzujące (choć autor prądu nie lubi) eseje Kingsnortha z książki Wyznania otrzeźwiałego ekologa to teksty bezlitosne dla każdego mieszkańca Ziemi. Pozwalają w świeży sposób spojrzeć na relacje człowieka z naturą. Najważniejsza z nich to kat-ofiara.

Rysunkowy, utrzymany w pastelowych barwach baner przedstawiający siedzącego na ławce i czytającego książkę ptaka. Ptak ma ciało małego chłopca, ubrany jest w kardigan i krótkie spodenki. - grafika artykułu
rys. Marta Buczkowska

Paul Kingsnorth to angielski pisarz mieszkający w Irlandii, wcześniej również dziennikarz, aktywista i ekolog. Teraz przede wszystkim frustrat. Jako współzałożyciel i pierwsze pióro ruchu Dark Mountain Project, projektu skupiającego twórców kontestujących dominujące narracje dotyczące natury, jest na wojnie z całym światem. W tym z ekologami, wśród których zbyt mało jest poetów. Poetów, którzy - niczym William Wordsworth i inni poeci jezior - potrafili czuć prawdziwą więź z nieujarzmioną i nienaruszoną naturą. Jego zdaniem ekolodzy pozwoli sobie na uprzemysłowienie tego, co dzikie dzięki "brutalnej kalkulacji, która pozwala im wierzyć, że chodzi o co innego". Ale jak to? Kingsnorth tłumaczy, ironizując: "Terminal kontenerowy szkodzący równinom błotnym w ujściu rzek - źle. Elektrownie wiatrowe na tych samych wzgórzach - dobrze". A później stawia smutną diagnozę: "W ekologizmie nie chodzi już o absurdalne piękno koralowca albo poranną mgłę unoszącą się nad polami, nie chodzi o ekocentryzm ani o zmianę relacji pomiędzy [...] człowiekiem, a światem za jego oknem. Nie chodzi też o życie blisko natury".

Kingsnorth zarzuca zielonym (w sensie ogólnym, ekologom z całego świata), że zamiast poświęcić się naturze, aktywiści skupili się na ludziach, którzy przecież stanowią jej największy problem. W jego interpretacji faktów zrównoważony rozwój ma służyć zachowaniu bazy surowców naturalnych dla ludzi tkwiących w kapitalizmie. Dla Kingsnortha ekolodzy to "ludzie, którzy pożerają lądy w imię ich ratowania". Ekokrytyka w wydaniu pisarza to dyskurs, na który z pewnością większość z nas nie jest jeszcze gotowa.

Czy jednak, po postawieniu tak poważnych zarzutów ekologom - ba! ludzkości całej uwikłanej w antropocen - "otrzeźwiały ekolog" wychodzi z jakąś kontrpropozycją? Owszem. Każe po wolterowsku uprawiać własny ogródek. Dosłownie. Uprawiać rośliny jadalne, zastąpić toaletę wiadrem, wziąć do ręki kosę i kosić. Ciekawe, że kosa, która dla Kingsnortha wyraża neoluddystyczny sprzeciw wobec Maszyny (czyli tutaj: kosiarek mechanicznych), w takich Taplarach w Konopielce uchodziło za technologiczne diabelstwo, które zagrażało lokalnej społeczności. Ale to taka dygresja.

Kingsnorth głosi, że celem człowieka w obliczu powszechności ekocydu (ekobójstwa) powinno być "ocalenie tak dużej części dzikiego świata, jak to możliwe". A zatem ci, którzy mogą, powinni kupić kawałek ziemi i pozwolić mu emanować swoją bioróżnorodnością. Kingsnorth namawia, aby wycofać się z dialogu z prorokami katastrofy klimatycznej i politykami katastrofę negującymi, a tym samym przestać karmić wielką światową Maszynę. A potem pobrudzić sobie ręce i zająć się ochroną życia nieludzkiego. Podkreślać na każdym kroku, że natura "jest wartością samą w sobie" i tworzyć jej azyle. Można by powiedzieć, że brzmi to wszystko bardzo utopijnie. Jednak ten eskapizm, któremu towarzyszy przekonanie autora o zbliżającej się apokalipsie, jest jak tłumiony krzyk rozpaczy w obliczu nieuchronności końca. Podobnie jak Lars von Trier w Melancholii Paul Kingsnorth zachęca do celebracji ostatnich chwil przed zniszczeniem planety - w tym przypadku walcząc o ostoje bioróżnorodności i kultywując nie-ludzki zwrot. Namawia do ostatniego, desperackiego i głęboko romantycznego, zespolenia się z naturą. A na koniec pociesza, że może jednak jakiś świat po końcu świata będzie.

Książka ta pozostawia mnie rozdartego wewnętrznie, w nieokreślonym stosunku względem autora. To fascynujące, że Kingsnorth podważa wszystko to, co uważaliśmy za pewnik. Wyznania otrzeźwiałego ekologa to zbiór kontrowersyjnych wypowiedzi, w których autor pastwi się nad dawnymi zielonymi kolegami. Wszystkie wychwalane rozwiązania z dziedziny OZE okazały się w dłuższej perspektywie służyć demonizowanej Maszynie, nie naturze lecz człowiekowi. Intryguje również kontrast agresywnego, jadowitego stylu autora (który oddaje Tomasz Sikora) z postulowanym przezeń spokojnym trybem życia, który opiera się na odrzucenie technologii, wielkomiejskich wygód i stresów. Kingsnorth okazuje się ascetą-inkwizytorem tępiącym ekologiczną (i neoekologiczną, ci są jeszcze gorsi) herezje. A także postęp. Postęp to Maszyna, a Maszyna to zło, jakby ktoś zapomniał. I owszem, w jakiś sposób podziwia Teda Kaczyńskiego. I na końcu książki zamieszcza swój manifest.

Kingsnortha można, nieładnie mówiąc, wziąć za dziwaka. Nie sposób jednak zaprzeczyć, że pasja, z jaką wyśpiewuje swój protest-song, każe wysłuchać go do końca. To posthumanizm w najczarniejszym wydaniu, wzorcowa literatura-niecywilizowana, która na za pięć dwunasta (na zegarze zagłady) przesuwa akcent z człowieka na nieczłowieka. Porzućcie nadzieję, którzy to czytacie. Nie jesteście sensem ani celem życia planety.

Jacek Adamiec

  • Paul Kingsnorth, Wyznania otrzeźwiałego ekologa
  • tłum. Tomasz Sikora
  • Wydawnictwo Ha!art

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2024