Kultura Poznań.pl

Książki

opublikowano:

JA TU TYLKO CZYTAM. Fałszywa emocjonalna podróż

Normalni ludzie Sally Rooney opakowani - dosłownie i w przenośni - w okładkę "jednej z najważniejszych powieści ostatnich lat" to dla mnie literacki zawód. Nie wiem, co inni czytelnicy widzą w tej książce.

.
rys. Marta Buczkowska

Oczywiście jest spore prawdopodobieństwo, że to ja jakoś źle patrzę na tę powieść młodej pisarki z Irlandii. Mam jednak nieodparte wrażenie, że dostaliśmy do rąk całkiem nieźle skonstruowane czytadło, a nie powieść o młodych ludziach i ich życiowych bolączkach na miarę bestsellera pierwszego dwudziestolecia XXI wieku.

W skrócie - dwoje młodych ludzi, Marianne i Connell, mieszkają w niedużej miejscowości w Irlandii. Raz kochają się bardziej, raz mniej, tak naprawdę to pewnie na zabój i na życie całe (zaczynam się bać kolejnej części tego bestsellera), choć wie to raczej sam czytelnik niż ta dziwna para. Mają mnóstwo emocjonalnych problemów i - jak to pokolenie wchodzące w dorosłość po kryzysie 2008 roku - sporo tych bardziej związanych z egzystencją w czasach, gdy już nie wiadomo, ile tak naprawdę wart jest pieniądz.

Czyta się to szybko i zgrabnie, ale wszystko jest raczej umiarkowanie pogłębione. Prawdopodobnie mogłabym więc napisać, że Rooney subtelnie i oszczędnie obchodzi się z emocjami czy egzystencjalnymi problemami bohaterów. Szkopuł w tym, że oszczędność jest tak wielka, iż świat, który przedstawia, zdaje mi się być niesłychanie spłaszczony. Choć autorka podejmuje szalenie ważne zagadnienia, m.in. przemocy domowej czy depresji młodych, postacie pierwszo- i drugoplanowe są okrutnie płaskie. Gdy czytałam Małe życie Hanyi Yanagihary to koszmar, przez który przechodził jeden z głównych bohaterów powieści, dosłownie czułam fizycznie. W Normalnych ludziach tego nie ma, odniosłam za to wrażenie, że autorka prześlizguje się po problemach, którymi obdarowała swoich bohaterów.

Sporo jest w tej powieści powierzchowności, mniej więcej jak u Eleny Ferrante, której słynna na cały świat tetralogia - o dwóch przyjaźniących się dziewczynkach, a potem kobietach, mnie akurat nie porwała. Do przeczytania, by wiedzieć, o co tyle hałasu. I tyle. Ale gusta są różne, nie ma co dyskutować, jak mawiali starożytni.

W Normalnych ludziach Rooney jest jednak pewna myśl, która mnie urzekła (a jeszcze bardziej chyba ujęła mnie odwaga młodej autorki, która to pisze): "Kultura jest rodzajem performansu społecznego, a literaturę fetyszyzuje się za zdolność zabierania ludzi wykształconych w fałszywą emocjonalną podróż, żeby mogli później czuć się lepsi od ludzi niewykształconych, o których podróżach emocjonalnych lubią czytać. Nawet jeśli sam pisarz jest przyzwoity, a jego książka naprawdę odkrywcza, wszystkie książki ostatecznie sprzedaje się jako symbol statusu i w tym marketingu uczestniczą do pewnego stopnia wszyscy pisarze. Przypuszczalnie w ten sposób branża zarabia". Ciekawe, prawda? Towarzyszący nam, jakże dziwny czas pandemii koronawirusa, zdaje się potwierdzać myśl Sally Rooney. Oto bowiem zaraza zablokowała nas w domach, a gdy łączymy się z innymi w wideokonferencjach czy programach telewizyjnych w tle zdają się dominować regały pełne książek. Doprawdy, te tomiszcza mają być symbolem naszego statusu.

Normalni ludzie,choć mnie nie urzekli, są światowym bestsellerem, a autorkę książki Sally Rooney niektórzy krytycy już ochrzcili mianem Salingera epoki Instagrama. No cóż... Mam wrażenie, że jaka epoka, taki Salinger.

Niech jednak wylana przeze mnie żółć nikogo nie zniechęca. Niezmiennie zalecam metodę jak w dziennikarskim rzemiośle: sprawdzać! Wszak mogę się mylić, mogę nie rozumieć tego, jaka będzie światowa literatura pisana dla i przez ludzi przed trzydziestką (to nie ageizm, raczej ciekawość). Może coś mi umknęło. I akurat to coś innym przypadnie do gustu.

Aleksandra Przybylska

  • Sally Rooney, Normalni ludzie
  • tłum. Jerzy Kozłowski
  • Wydawnictwo W.A.B.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2020