Marcin Kącki jest dziennikarzem śledczym, na swoim koncie ma mnóstwo artykułów dotykających problemów społecznych i historii. Twierdzi, że na wiele z tych tematów trafił przypadkiem. - My reporterzy żywimy się rzeczywistością. Biorę temat tylko wtedy, gdy serce mi pika. Nie trzeba się na tym wcale znać, bo można się przygotować, obłożyć literaturą. Ale w temat trzeba wejść totalnie - opowiadał na spotkaniu w Zamku. Jego zdaniem reportaż powinien być jak komar. Musi bzyczeć nad uchem i ugryźć tak, żeby goiło się trzy dni.
Współistnienie, współprzeżywanie
W październiku nakładem Wydawnictwa Czarne ukazała się jego trzecia już książka - "Białystok. Biała siła, czarna pamięć". To właśnie wokół niej toczyła się wtorkowa rozmowa. Kącki przyznał, że na początku wcale nie chciał podjąć się tego tematu, ale kiedy pojechał do Białegostoku, zakochał się w tym mieście już pierwszej nocy. - Nie wiedziałem jeszcze wtedy, jak ta książka będzie wyglądała, ale wiedziałem, że jest w tym mieście problem z pamięcią - wyjaśniał.
"Białystok. Biała siła, czarna pamięć" to wielogłos miasta, które nie "przegadało" jeszcze swojej historii. Przed laty żyli tu obok siebie Polacy, Ukraińcy, Żydzi, Białorusini i Tatarzy, miasto zyskało z czasem etykietkę "wielokulturowości". - Ale takie hasło nic nie zmienia. A my zamiast walczyć o to, żebyśmy byli szczęśliwi, walczymy o wizerunek - stwierdził Kącki. Jego zdaniem, tolerancja w Polsce to współistnienie, ale nie ma w nim niestety współprzeżywania.
Sympatycznie o neofaszyście?
Kącki, pracując nad wspomnianym reportażem, spotkał się z wieloma osobami, począwszy od zwykłych mieszkańców Białegostoku, przez lokalnych działaczy społecznych i historyków, a kończąc na politykach. Rozmawiał z nimi m.in. o ich stosunku do Żydów. Ale chciał się też dowiedzieć czegoś więcej na temat wojny, która niesłychanie znęcała się nad tym rejonem, oraz relacji pomiędzy autochtonami a mieszkającymi obok nich cudzoziemcami.
Podejmując wątek nienawiści i "hejtu", autor opowiedział we wtorek o jednym z bohaterów książki. Staszyn to niespełna czterdziestoletni neofaszysta z wytatuowanymi swastykami na ciele. Kącki spotkał się z nim w nocy na stacji benzynowej. - Zadałem mu tylko jedno pytanie - co go boli? A on opowiadał dwie i pół godziny, bo nikt wcześniej z nim o tym nie rozmawiał - tłumaczył dziennikarz. Kącki wspomniał także, jak na jednym ze spotkań autorskich pojawiła się znajoma Staszyna, która nie mogła zrozumieć, dlaczego reporter przedstawił go w takim, a nie innym świetle. - Ale jak ja miałbym napisać sympatycznie o faszyście? - zastanawiał się Kącki. - Moim zadaniem jest oddać rzeczywistość 1:1. Muszę pokazywać ludzi takimi, jakimi są.
Kościół, in vitro i prawdziwy człowiek
Wśród barwnych bohaterów "Białegostoku..." znalazła się także prof. Sobaniec-Łotowska, która badała cud w Sokółce (polskim Lanciano). - Gabinet pani patomorfolog z tamtejszego Uniwersytetu Medycznego (jedyny, nad którego drzwiami widnieje napis "K+M+B") zamiera o g. 15, gdyż badaczka modli się wówczas do Serca Jezusowego. Pukam do gabinetu, wchodzę, a ona od razu: "czy pan jest w łasce?". Nie wiedziałem, o co chodzi - wspominał ich pierwsze spotkanie Kącki. W książce monolog profesor na tle innych wypada groteskowo, ale to jedna z nielicznych postaci, które "mówią literaturą".
Kącki przypomniał także sytuację, kiedy nie udało mu się skontaktować z osobą, z którą chciał porozmawiać. Arcybiskup Edward Ozorowski nie odpowiedział nawet na jego pismo. - Jeżeli państwo myślą, że kościół w Poznaniu jest silny, a niektórym tak się wydaje, to ja stwierdzam, że to jest nic. Na Podlasiu Kościół katolicki jest elementem władzy. To też silny beneficjent finansowy - zaznaczył reporter.
Oprócz wspomnianych osób w książce Kąckiego głos zabiera także m.in. profesor Marian Szamatowicz, który dokonał pierwszego udanego zabiegu zapłodnienia człowieka metodą "in vitro". - W jego gabinecie również było mnóstwo świętych obrazków. Ale on je dostaje od ludzi, którzy chcą, żeby zamknął ten interes. Pamiętam, że trzymał je nawet w kartonikach po butach - wspominał Kącki.
Na koniec spotkania padło kilka pytań o warsztat. Dziennikarz przyznał, że nawet jak nie musi, stara się każdorazowo zebrane przez siebie materiały wysyłać do autoryzacji, ponieważ nie wie, ile intymności swoich rozmówców może dać czytelnikowi. Robi to zawsze, kiedy człowiek, z którym rozmawia, wydaje się być "prawdziwy". W przypadku "Białegostoku..." problemów nie robił nawet Staszyn. - Wszyscy się zgodzili, dlatego ta książka jest miejscami, jak napisała to jedna dziennikarka, krzewiąca - powiedział.
Wtorkowe spotkanie z Marcinem Kąckim było ostatnim w tym roku z cyklu "Zamek reporterów".
Monika Nawrocka-Leśnik
- Zamek reporterów: spotkanie z Marcinem Kąckim
- Sala Wielka CK Zamek
- 8.12