Nieuczciwością wobec czytelnika byłoby stwierdzenie, że sobotnie koncerty finałowe które zagrali zwycięzcy eliminacji Go! On Stage w pięciu miastach Polski, zgromadziły tłumy pod sceną. Była to bardzo kameralna część festiwalu, która festiwalowiczom i gościom z branży upłynęła raczej na pogaduszkach. Przypomnijmy, że z kilkuset projektów muzycznych, które wzięły udział w tegorocznej odsłonie konkursu, jurorzy - Paweł Radziszewski, Kamil Kopetz oraz Damian Sikorski - wybrali następujących solistów i kapele: Barekprzestań, Gabrielę Salem, lunar trips, projekt Kozyrka x Sieczak oraz Tosię Witkosz. O czym mogliśmy przekonać się kilka godzin później, prestiżowy kontrakt przypadł w udziale Tosi Witkosz, entuzjastce łagodnego, powolnego śpiewania do gitary, które może przywodzi na myśl choćby Kasię Sienkiewicz. Miejsce drugie zajęła Krakowianka Gabriela Salem (złowiona już wcześniej przez Kayax), śpiewająca po angielsku przy akompaniamencie nieco bardziej eksperymentalnych aranżacji, a medalem brązowym musieli się zadowolić trójmiejscy lunar tripsi - ponownie kobiece, stonowane granie. Niestety na niekorzyść nagrodzonych przemawia fakt, że zaraz po nich zagrała Zuta, która - jak to się mówi w hip-hopie - "pozjadała" ich swoją charyzmą. Nie oceniając, a jedynie mówiąc językiem faktów o skali kontrastu, Zuzanna Mikulska, występując z mężem Maksem Mikulskim i perkusistą z Konina, byli jak elektrowstrząsy na koncercie akustycznym. Szalejąca na scenie w glamowej, połyskującej jak kula dyskotekowa sukience oraz krwistych kozakach Zuta skradła całe sobotnie show, grając zarówno swoje autorskie przeboje, jak "Elvis" czy "Zwierciadło", jak i pożyczone "Bo jesteś ty" Krzysztofa Krawczyka czy "Szare miraże" z repertuaru. Maanamu. - Mój pierwszy w życiu koncert zagrałam jako Zuta jakieś trzy lata temu, jakieś 150 m stąd, na innym dziedzińcu - wyjaśniła między utworami piosenkarka. - Niestety nic z tego nie pamiętam - dodała. Ja również nie pamiętam, bo nie było mnie na tamtym koncercie, ale wspominając jej występ z 2024 roku w przyczepie kempingowej na Letnich Brzmieniach, widzę, jak bardzo rozwinęła się pod względem kontroli wokalu i niewerbalnej ekspresji scenicznej. Po Zucie grał jeszcze duet Matylda/Łukasiewicz (Matylda Damięcka/ Radosław Łukasiewicz - przyp.red.), który sprowadził nas znowu do krainy melancholii i łagodności. Na uwagę zasługiwała na pewno, oprócz śpiewu rzecz jasna, stylizacja wokalistki. Krótką tiulową spódniczkę zestawiła z high school'ową rozpinaną bluzą i... doczepianymi psimi uszami.
Drugi dzień festiwalu otworzyły zaległy koncert warszawskiej finalistki Zofii Justyńskiej oraz wspomnianej już zdobywczyni umowy z Warnerem, Tosi Witkosz. Chwilę dla siebie miał też Damian Sikorski Projekt, czyli zespół jednego z jurorów, a poza tym dziennikarza Polskiego Radia i miłośnika jazzu. Na dobrą sprawę pod sceną ludzie zaczęli zbierać się jednak dopiero na występie Dawida Tysowskiego (Twój, Dawid), którego na scenie wspierał kulturalny zespół instrumentalistów w białych koszulach. Śledzę poczynania Dawida od kilku lat. Na początku niesamowicie drażnił mnie swoim zmanierowaniem i egzaltacją, nie mówiąc już o treści jego alt-rapowych kawałków. Dlatego doceniam kierunek artystyczny w którym podążył, czyli nieheteronormatywny pastelowy pop bez parcia na artystowski eksperyment, wszystko z uśmiechem na ustach, w glamowym anturażu, w króciutkiej kamizelce i kolorem na powiekach. Od koncertu Dawida, który dorównywał Zucie poziomem scenicznej energii, na parkiecie zaczęły kręcić się dwie dziewczyny w żabich czapkach i tak już kręciły się przez kilka następnych godzin.
Dopiero na Wczasach pod sceną zaczęło robić się gęsto. Było na co czekać - kiedy bowiem spleenowe "Dzisiaj jeszcze tańczę" mogło nieść podobny ładunek emocjonalny jak wtedy, gdy na niedzielno-wieczorne przygnębienie nakłada się na "summertime sadness"? Odpowiadam - nigdy. Boli nawet nazwa zespołu, szczególnie dotkliwie wszystkich tych, których nie było stać, by wyjechać choćby do strefy B. Zapowiadając swój szlagier Bartłomiej Maczaluk zachęcił do przejścia z etatu na własną działalność, mimo że na samą myśl o umowie o pracę wielu z obecnych w namiocie musiało poczuć w sercu znajome ukłucie zazdrości. Bardzo dobrze na scenie wypadło "Biegać" z ostatniego albumu, ale to przede wszystkim z klasyki z "To wszystko kiedyś minie" i "Zawodów" cieszyły najbardziej. Utwór "Polska (serce rośnie)" na ten przykład przypadł do gustu nawet psu dźwiękowca, który, siedząc pod konsoletą, (pies, nie dźwiękowiec), szczekał przez całą pierwszą zwrotkę i refren.
Ostatnim już występem tego wieczoru był koncert Błażeja Króla. Mimo że zespół muzyka rozstawiał się naprawdę długo, a specjaliści od dźwięku sprawdzali mikrofony, przed dwa pierwsze numery wokalista był zagłuszany przez mocne gitary. Kryzys udało się jednak zażegnać i dalsza część występu przyniosła bardziej oczekiwane rezultaty. Na wyróżnienie zasługuje bardzo dobra oprawa wizualna - gra świateł i mgła. W połączeniu z podmuchami zimnego, przedburzowego powietrza wpadającego do namiotu, stwarzało to wrażenie kina 7D.
Mimo że nie porwał mnie żaden z występów konkursowych podczas tegorocznego Go! On Stage Festival, nie kwestionuję komercyjnego wyczucia jurorów. Na headlinerach bawiłem się jednak dobrze, momentami dobrze z plusem. Mała wskazówka dla organizatorów - w przypadku tak niewielkiego festiwalu można by zadbać o więcej leżaków. O te kilka obecnych toczyła się walka, a wielu ludzi w końcu poddawało się i opuszczało namiot po to, by choć przez chwilę poczuć ulgę, opierając zbolałe plecy o surowe mury dziedzińca.
Jacek Adamiec
- 3. Go! On Stage Festival 2026
- CK Zamek, Dziedziniec
- 26-27.07
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026