Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

Są takie akustyczne pomysły koncertowe, które uruchamiają wyobraźnię mocniej niż standardowa trasa "bez prądu". W przypadku projektu KSU Akustycznie + Józef Skrzek mamy do czynienia z osobnym sposobem myślenia o materiale zespołu, który od końca lat 70. wyrósł z bieszczadzkiego fermentu, ulicznego impulsu i jarocińskiego rozpędu, a dziś swój "jabol punk" przepisuje na język harfy gotyckiej, liry korbowej, kontrabasu, wiolonczeli, fletów ludowych i Mooga. Już sam ten zestaw brzmi jak obietnica kapitalnego wieczoru. W Auli Uniwersyteckiej polski punk spotka się z dawną materią dźwięku, a nad całością uniesie się jeszcze duch progresywnej wyobraźni lidera legendarnego SBB - jednego z najcenniejszych "towarów eksportowych" w całej historii muzyki polskiej.

. - grafika artykułu
KSU podczas koncertu, fot. materiały prasowe

To spotkanie zapowiada się tym ciekawiej, że w przypadku KSU mowa przecież o zespole, którego łobuzerskie piosenki od dekad niosą własny ciężar, temperaturę i kod rozpoznawczy. Wystarczy kilka taktów, czasem jeden refren, czasem sam tembr głosu Eugeniusza "Siczki" Olejarczyka, by było jasne, z jakiego porządku wyrasta ten przekaz. KSU od początku miało w sobie coś więcej niż prosty punkowy impuls. Owszem, geneza tej historii wydaje się wręcz modelowa dla tamtego czasu - Ustrzyki Dolne, rok 1977, grupa młodych ludzi chłonących energię zachodnich kapel i próbujących ułożyć z niej coś swojego. Najpierw fascynacja mocnym gitarowym graniem, później coraz większa potrzeba pisania po swojemu, wreszcie wyjście na scenę z repertuarem, który trafiał w czuły punkt ówczesnej, jakże ponurej rzeczywistości.

W opowieści o KSU zwykle wracają te same słowa-klucze - bunt, Jarocin, Bieszczady, jabole i punk. Wszystkie są zasłużone, ale żadna z nich nie wyczerpuje fenomenu tej grupy, bo KSU zawsze działało jako formacja głęboko zakorzeniona w miejscu. Już sama nazwa zespołu, wywiedziona od dawnych tablic rejestracyjnych województwa krośnieńskiego, niesie w sobie geograficzną tożsamość, a co za tym idzie - pamięć. W ich muzyce bardzo długo brzmiała prowincja rozumiana w najlepszym sensie - jako własny rytm życia, własna skala marzeń, własne formy wspólnotowości. No i własna odmiana gniewu. Kiedy w 1980 roku zespół zaczął grać dla większej publiczności, a później zaznaczył swoją obecność także na festiwalowych scenach, w tym w Jarocinie, stało się jasne, że KSU weszło do grona grup współtworzących rodzimy kanon niezależnego grania. Ich utwory miały bezpośredniość, a jednocześnie budowały własny mit - mocny, terenowy, podszyty doświadczeniem życia na uboczu wielkich centrów - zbudowany za pomocą punkowych pieśni, takich jak wspomniany "Jabol punk", "Pod prąd" czy "Po drugiej stronie drzwi", traktujących o wolności, wspólnocie, upojeniu, zmęczeniu, drodze i Bieszczadach jako realnym krajobrazie i wewnętrznym azymucie.

Właśnie dlatego projekt KSU Akustycznie wydaje się tak interesujący, bo nie polega na zagraniu tych numerów tylko ciszej i delikatniej. Idzie raczej o wydobycie z nich nowych warstw - modalnych, balladowych, archaicznych, czasem wręcz obrzędowych. A przecież płyty "Bez prądu" (1995), "XXX-lecie Akustycznie" (2008) i "Akustycznie - Epilog" (2021) pokazały, że ten repertuar świetnie znosi takie przesunięcie. Jak daleko im było w formie od debiutanckiego "Pod prąd" (1988), późniejszych "Ustrzyków" (1991), "Moich Bieszczad" (1993) czy nagranych już w innej rzeczywistości "Naszych słów" (2005). W nowym otoczeniu instrumentalnym KSU zyskało szczególną głębię. Tam, gdzie wcześniej prowadził je szorstki, elektryczny napęd, tutaj wchodzą rezonans drewna, powietrze, smyczek, struna szarpana, dawne skale i kolory, których w klasycznym punkowym instrumentarium po prostu się nie znajdzie. A mimo to nadal słychać, skąd te piosenki przyszły.

W tym sensie projekt KSU Akustycznie odsłania pewną prawdę o samym zespole. Grupa, choć wyrosła z punk rocka, zawsze miała ogromny potencjał melodii. Ich utwory były zbudowane tak, by dało się je śpiewać zbiorowo, głośno i długo. A czy to już nie przypadkiem cecha bliższa pieśni niż tylko rockowego numeru? Jednak taki repertuar dobrze poddaje się aranżacyjnym transformacjom, pod warunkiem że odpowiada za nie ktoś, kto rozumie wagę detalu i nie narusza rdzenia kompozycji. Tutaj tę rolę pełni Konrad Oklejewicz, autor aranżacji instrumentalnych, a zarazem muzyk obecny w tym projekcie jako flecista. Warto dodać, że obok podstawowego KSU - w osobach wspomnianego Siczki, Leszka "Dziaro" Dziarka, Jarosława Kidawy, Macieja Biernackiego, Tomasza "Szamota" Rzeszutka - na scenie pojawia się cały wachlarz muzyków. Malwina Zych Oklejewicz gra na harfie gotyckiej i psałterium, Eliza Górka wnosi skrzypce, Ania Oklejewicz - wiolonczelę i altówkę, Marcin Chatyc - kontrabas, Ernest Drelich - cymbały i darabukę, a Wojciech Miller - lirę korbową. Tak oto KSU nagle staje się zespołem, w którym pobrzmiewają średniowieczne i renesansowe echa, muzyka Karpat, folkowe repetycje, kameralna subtelność i teatralna plastyczność brzmienia. Niby absurd, a jak dobrze działa.

A przecież na tym lista atrakcji się nie kończy, ponieważ do tego organizmu dołącza jeszcze ikona, jaką niewątpliwie jest Józef Skrzek. I tu zaczyna się najciekawsza warstwa tego wydarzenia, bo spotkanie KSU ze Skrzekiem niesie w sobie dużo więcej niż wartość samego "gościnnego udziału legendy". Skrzek wnosi do tego koncertu cały własny kosmos - doświadczenie SBB, progresywny vibe, elektronikę, improwizacyjny nerw, organową monumentalność, wrażliwość i tę unikalną umiejętność nadawania dźwiękom wymiaru niemal pejzażowego. W praktyce oznacza to, że repertuar KSU może zostać nie tylko poszerzony harmonicznie, ale wręcz chwilami uniesiony w rejony, których nikt po bieszczadzkiej legendzie punka intuicyjnie by się nie spodziewał. Skrzek należy do artystów, którzy przez ponad pół wieku działalności wypracowali osobny status w polskiej muzyce. Jako muzyk Breakoutu, później współtwórca Silesian Blues Band, Grupy Niemen i wreszcie SBB, a także solista, kompozytor, improwizator, autor widowisk multimedialnych oraz twórca muzyki teatralnej i filmowej, od dawna porusza się między gatunkami z rzadko spotykaną swobodą. W jego grze fortepian, organy, syntezator czy Moog nigdy nie pełnią wyłącznie funkcji instrumentów - raczej budują kompletne środowiska dźwiękowe, prowadzą narrację, oświetlają kompozycję od środka.

Zestawienie go z KSU otwiera więc pole do bardzo inspirujących napięć. Z jednej strony mamy zespół, którego siła wyrasta z konkretu, energii, pieśniowego zacięcia i społecznego zakorzenienia. Z drugiej - muzyka, który przez całe dekady uczył polską publiczność, że kompozycja może być podróżą, pejzażem, zjawiskiem, procesem i dialogiem z przestrzenią. Z jednej strony punkowa skrótowość i bieszczadzka szorstkość, z drugiej - progresywna wieloplanowość, syntezatorowa poświata i duch nieustannych poszukiwań. Wspólnym mianownikiem okazuje się tutaj wolność. KSU od początku wyrażało ją językiem prostym, bezpośrednim, ulicznym i zbiorowym. SBB i Skrzek ujmowali ją częściej poprzez formę, brzmienie, improwizację oraz rozszerzanie granic rocka o jazz, blues, elektronikę czy muzykę symfoniczną. W obu przypadkach chodzi jednak o ten sam ruch - o przekraczanie ciasnych ram i budowanie własnej przestrzeni. Razem mogą stworzyć coś jedynego w swoim rodzaju. Bieszczady spotkają się z kosmosem. Punk spotka się z progresją. Pieśń spotka się z pejzażem. I wszystko wskazuje na to, że zabrzmi to zaskakująco naturalnie.

Sebastian Gabryel

  • KSU Akustycznie + Józef Skrzek
  • 12.04, g. 18
  • Aula Uniwersytecka
  • bilety: 191-255 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026

Powiązane wydarzenia

Na grafice plakat wydarzenia.
Na grafice plakat wydarzenia.
Aula UAM, ul. Wieniawskiego 1