Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

Nygusy bez serca i honoru

"Żeby nas skumać, trzeba być na koncercie i poczuć się jak wspólnota. Żeby nas zrozumieć, trzeba trochę «przeczytać nas między wierszami»" - mówią Lew Winogradzki i Rat One, czyli poznański duet RAT KRU, który niedawno zadebiutował filmowo, a już niebawem zaprezentuje swoją nową płytę "V". 

Dwaj mężczyźni w średnim wieku, bez koszulek z surowym wyrazem twarzy, na tle bloku mieszkalnego (pora letnia) - grafika artykułu
Rat Kru, fot. Wojtek Antczak

Sebastian Gabryel: Gdyby Rat Kru na chwilę przestało być projektem muzycznym, a stało się stanem umysłu albo jednostką chorobową w ICD, to jak by się nazywało i jakie miałoby objawy?

Rat One: Byłoby Syndromem Egzystencjalnej Rezonacji Miejskiej! To raczej nieuleczalne. I trzeba z tym jakoś twórczo żyć...

Klasycy betonowej samby, poeci rave'u, instruktorzy aerobiku dla oczytanych - różnie się o Was mówi. A Wy - zwłaszcza dziś - jak najczęściej myślicie o sobie jako o Rat Kru?

Lew Winogradzki: To dobrze zorganizowany chaos.

R.O.: Obserwując scenę muzyczną i cały obecny show-biznes, myślę, że jesteśmy duetem szczerym i bez ściemy. Nie pozujemy na kogoś, kim nie jesteśmy. Na scenie i poza sceną zachowujemy się podobnie, naturalnie. Myślę, że to ważne. Bycie sobą jest chyba największą siłą. A poza tym jesteśmy bandą kumpli, która dobrze się bawi, robiąc to, co lubi. 

Z innych rzeczy, które wciąż pojawiają się w Waszym kontekście, jest to, że nieustannie poruszacie się na granicy sztuki i kiczu. Po tych dziesięciu latach działalności takie granie na granicy wciąż Was żywo interesuje, czy może częściej działa na zasadzie pewnej muzycznej pamięci mięśniowej?

L.W.: Tak, ktoś to kiedyś powiedział i tak się utarło - ale czy to jest prawda?

R.O.: Nie wiem, czy to jest cały czas "granica sztuki i kiczu". To się po prostu dzieje. Nie zastanawiam się nad tym.

W dużym skrócie, "Bloki i Smoki" - wasz poprzedni, czwarty album z 2024 roku - były płytą o alienacji, hedonizmie i nieoczywistej nadziei na końcu. O czym opowiecie na "V"?

L.W.: Głównie o miłości.

R.O.: Wzięliśmy na warsztat temat miłości i bliskości - fundamentalnych potrzeb, których poszukuje każdy człowiek. I myślę, że Winogradzki precyzyjnie oddał to w tekstach. 

Słuchając poprzedniego krążka, wciąż czułem się jak na surrealistycznej imprezie, choć bywały też chwile większej subtelności i melancholii, jak na afterze. Tak jest i tym razem?

L.W.: Teraz będzie impreza u naćpanego rzeźnika, od którego odeszła narzeczona.

R.O.: I pojawi się jeden utwór jakby spoza naszej bajki, ale zachowujący naszą tożsamość. Sam jestem ciekawy odbioru, bo to mój ulubiony numer - ze względu na genialny tekst. A poza tym będzie to intensywna, gęsta i pulsująca jazda.

Tytuł "V" brzmi jak znak albo etap. Co dla Was oznacza ta litera, oprócz tego, że to po prostu piąty album?

L.W.: Sami dobrze wiecie, czego to jest symbol...

R.O.: Znak zwycięstwa? Dla mnie trochę też. Sam sobie czasem udowadniam, że konsekwencja i upór to rzeczy, dzięki którym cały czas istniejemy, i lubimy to robić. Pomimo trudności lecimy dalej z tym cyrkiem. Nie jesteśmy gładcy i "lekko wchodzący" w odbiorze. Gramy naszą chropowatą muzykę, zachowując swój "core" (rdzeń - przyp. red.).

2026 rok to dziesięciolecie działalności Rat Kru. To dobry moment, by zamknąć go nowym wydawnictwem i podsumować tę dekadę.

R.O.: Tak, chcemy to podkreślić właśnie tym albumem i dać odbiorcom to, co w nas najlepsze, czyli energię w muzyce, podkreśloną celnymi tekstami. Jedno bez drugiego nie istnieje.

Nowy materiał ogrywacie już na koncertach. Jak siada?

L.W.: Kozacko!

R.O.: Obecnie gramy trzy nowe piosenki i odbiór jest entuzjastyczny. Hookowe refreny - na przykład w utworach "Hefajstos" czy "Wilk" - mocno oddziałują na publikę ze względu na ich chwytliwy tekst.

Czy są takie numery - z tych kilkudziesięciu, które razem zrobiliście - które szczególnie ciekawie "rozjechały się" między studiem a sceną? W ogóle lubicie, kiedy kawałek na koncercie staje się czymś zupełnie innym, takim małym mutantem?

L.W.: "7 rano" - umęczył mnie ten kawałek.

R.O.: Takim przykładem jest też utwór "Smok", który na żywo gramy na innym bicie niż na płycie - to takie puszczenie oka do publiczności. Świetna zabawa, w której ludzie śpiewają z nami refren. Podobnie jest we wspomnianym nowym utworze "Wilk" - w ostatnim refrenie publika powtarza frazy tekstu po zaśpiewach Winogradzkiego. 

Niedawno odbyła się premiera "Śluzu". Ten krótkometrażowy film z Wami w rolach głównych to Wasz pierwszy tak wyraźny krok w stronę kina. Ten film mówi o instynktach, neurozie i uwikłaniu jednego człowieka w drugiego. Na ile to Wasza historia, a na ile autorska wizja Marcina Gałduszyńskiego, reżysera? I co, według Was, jest jego najistotniejszym sensem, powodem, dla którego warto go sprawdzić?

L.W.: Wizja jest Marcina - ja pomogłem tylko w rozpisaniu pierwszej części filmu.

R.O.: Chciał, żebyśmy, grając w tym filmie, byli sobą. Wyszło bardzo naturalnie. Trzymaliśmy się szkieletu i założeń scenariuszowych, ale było też sporo improwizacji. Świetna przygoda. I nie jest to historia bezpośrednio o nas. Jest w niej pewna uniwersalność, która dotyczy każdego człowieka. Ja tak to odczytuję. A dodatkowo są tam bardzo dobre zdjęcia i muzyka podkreślająca stan pewnego obłędu.

L.W.: Nie ma takiego kina - to jest nowy, mocny, surowy styl. 

Czy teraz, już po premierze "Śluzu", widzicie kino dla Rat Kru jako ten wyjątkowy, jednorazowy eksperyment, czy może realną przestrzeń na kolejne działania?

L.W.: Lecimy dalej z tym!

R.O.: Mamy z Marcinem następne pomysły na film. Nie będę teraz o nich wspominać, bo dopiero się kreują w naszych głowach. Ale jest to bardzo pociągające i twórcze. 

Winogrady są w Waszej muzyce czymś więcej niż adresem. Ale czy Poznań nadal jest dla Was tym najważniejszym twórczym zapleczem? Jak o nim myślicie na obecną chwilę, patrząc z dystansu, z lotu ptaka?

L.W.: Poznań jest najważniejszy - z lotu ptaka i z biegu tygrysa!

R.O.: Na przestrzeni dwóch ostatnich lat w moim życiu doszło do wielu zmian. Życie prywatne, osobiste, wywróciło się do góry nogami. Obecnie mieszkam poza miastem, blisko przyrody, i trochę mierzę się z samym sobą, określam się na nowo. Jak to powiedział niedawno Winogradzki: "Samotność to sport ekstremalny". I jest w tym dużo prawdy. Człowiek, będąc totalnie sam, zaczyna spoglądać bardzo uważnie w głąb siebie. Odkrywają się mroki i demony, ale też nowe sfery. Wbijam sobie do głowy, że tylko w szczerości i prawdzie kryją się nowe możliwości. I to na każdej płaszczyźnie - czy to życiowej, czy twórczej. Oczywiście bardzo często bywam w Poznaniu, bo to miasto, które mnie ukształtowało, i będę je kochał do końca życia. Mam tu rodzinę i przyjaciół. Ale większość utworów na nową płytę powstała już w mojej leśnej chacie. 

A kiedy koncert w Poznaniu?

L.W.: Wiosną.

R.O.: Jesteśmy na etapie układania całego planu związanego z wydaniem płyty, dekadą aktywności i promocją. 

Po tylu koncertach i płytach - co dziś najbardziej, tak naprawdę, ekscytuje Was w robieniu muzyki? I czy to to samo, co na początku, czy już zupełnie coś innego?

L.W.: Wymyślanie melodii.

R.O.: Tworząc pewną strukturę rytmiczną lub harmoniczną, myślę, jak może to działać emocjonalnie i energetycznie na ludzi. Do pewnego momentu mieliśmy taki schemat pracy, że ja dawałem bit, a Lew pisał do tego tekst. Teraz to się zmienia i czasami Winogradzki ma tekst i linię wokalu, do których ja tworzę muzykę. To superkreatywna praca. Lubię tę robotę. Obecnie też myślę nie tylko o samej muzyce, ale o tym, jak to ubrać promocyjnie, kreatywnie, żeby to, co robimy, dotarło do większej publiczności. Lubię wymyślać pomysły na zdjęcia, jakieś akcje i to, co dzieje się wokół zespołu. Wszyscy staramy się świadomie zarządzać tą firmą.

A co trzeba przeżyć albo zrozumieć, żeby naprawdę "wejść" w Rat Kru?

L.W.: Trzeba zjeść dwa kilo gruzu.

R.O.: Żeby nas skumać, trzeba być na koncercie i poczuć się jak wspólnota. Żeby nas zrozumieć, trzeba trochę "przeczytać nas między wierszami". Jak to się mówi: PDK! (śmiech) [PDK - pozdro dla kumatych - przyp. red]

Wyobraźmy sobie, że ktoś znajduje Waszą muzykę za sto lat, bez żadnego kontekstu. Co pomyśli o świecie, w którym żyliście?

L.W.: Pomyśli: "Co za nygusy bez serca i honoru, jak tak można!".

R.O.: "Ale ludzie byli przebodźcowani - i czemu nie chcieli być sobą? A Rat Kru ostrzegało w tekstach, namawiając do miłości, bliskości, radości i obcowania z przyrodą..." Chyba jakoś tak! 

Rozmawiał Sebastian Gabryel

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026