Na tegoroczny konkurs dotyczący pozarządowej działalności w obszarze "Kultura, sztuka, ochrona dóbr kultury i dziedzictwa narodowego" wpłynęły aż 343 oferty, z czego tylko 20 nie spełniło wymogów formalnych. Czy coś Was szczególnie zaskoczyło, jeżeli chodzi o zakres tematyczny? Pojawiły się dziedziny, które wcześniej nie brały udziału w konkursie?
Justyna Makowska: Konkurs jest na tyle pojemny, że trudno takie dziedziny wskazać. Dwa lata temu spotkaliśmy się z zarzutem, że nie dostrzegamy środowiska tanecznego. Faktycznie, niewiele tego typu projektów otrzymywało dofinansowanie, ale też niewiele ich miastu oferowano. Mam wrażenie, że teraz mają silniejszą reprezentację. W tym roku pojawiło się też sporo projektów poświęconych grupom migranckim. Stowarzyszenia działające w tym obszarze już od lat są bardzo aktywne, a ich projekty coraz bardziej dopracowane.
Marcin Kostaszuk: Przykładem jest chociażby organizowany w Baraku Kultury nowy festiwal teatralny Druga Próba. Wspólnotowość, jaką daje to wydarzenie łączące twórców z Polski, Ukrainy i Białorusi, daje nadzieję, że przynajmniej w mikroskali jesteśmy w stanie za sprawą kultury rozmasować bolesne historycznie miejsca. Uaktywnił się kulturalnie Migrant Info Point, będący pierwszym przystankiem dla osób z innych krajów, a nawet innych kontynentów. Tu z kolei chodzi o spotkanie osób z różnym kapitałem kulturowym i umożliwienie im znalezienia wspólnego języka na bazie wspólnego przeżycia kinowego.
Pojawiło się bardzo dużo ofert z szeroko pojętej edukacji, obserwujemy też renesans wydarzeń związanych z literaturą. Tu dobrym przykładem jest środowisko związane ze slamem poetyckim, które świetnie daje sobie radę z komunikowaniem się z młodym miastem, prezentując nowoczesny sposób promowania literatury. Mamy też dobrą współpracę, potwierdzoną dotacją, ze środowiskiem tłumaczek i tłumaczy. Pozytywnie zaskoczył nas projekt "Pociąg do Berlina". Okazuje się, że lokalne, jeżyckie stowarzyszenie może być partnerem integrującym Poznań, Warszawę i Berlin i możliwe jest przeniesie poznańskiego ducha - lokalnych muzyków, grafików i innych artystów - w nieoczywistą przestrzeń wagonu. Sam jechałem tym pociągiem i mogę potwierdzić, że pomysł nie trafił w próżnię. Koncert zespołu Youth Novels w wagonie kolejowym pozwolił pasażerom, którzy zupełnie się tego nie spodziewali, doświadczyć niecodziennego przeżycia.
Na uwagę na pewno zasługują też projekty senioralne. Zaczynamy już zauważać społeczne zjawisko "silver tsunami". Dzisiejsi seniorzy to, szybko licząc, osoby urodzone mniej więcej w latach 60. - nie są to więc już odbiorcy kultury wychowani na Mieczysławie Foggu, tylko raczej na Jarocinie i latach 80.-90. Dla nich konserwatywna konwencja obcowania z kulturą, jak filharmonia czy klasyka teatru, nie jest już wystarczająca. Są o wiele aktywniejsi niż poprzednicy, bardziej otwarci na współudział w kreowaniu. Chcą nie tylko doświadczać kultury, ale i brać w niej czynny udział.
Dwa lata temu na naszych mediach ukazał się podobny wywiad na temat ówczesnego wyniku konkursu grantowego. W rozmowie padły słowa, że większość nieporozumień w każdym obszarze, także w kontekście kultury i współpracy wydziału z podmiotami zewnętrznymi, wynika z braku komunikacji. Czy to się zmienia?
J.M.: Na pewno przybywa nowych organizacji, które potrzebują wstępu do tego, jak się współpracuje z Miastem. Mamy w Poznaniu takie, które od lat z nami współpracują i wiedzą już, że w problematycznych sprawach czy w razie jakichkolwiek pytań po prostu można do nas przyjść i porozmawiać. Dla młodych organizacji to wciąż nie jest takie oczywiste, że urząd jest otwarty, że oferuje konsultacje wniosków na pierwszym etapie. I to widać w konkursie. Wiele z podmiotów, które po raz pierwszy składają oferty, zupełnie nie trafia w to, na czym Miastu zależy, bo po prostu nie mieli możliwości posłuchania o lokalnych potrzebach.
M.K.: Nasza praca nad konkursem dotacyjnym tak naprawdę trwa przez cały rok. To nieustanne łowienie sygnałów z miasta, że pojawia się ktoś z nowymi pomysłami i wizją ich realizacji. Minęłaś się właśnie w drzwiach z panią, która jest pianistką wykształconą w Brukseli, ale mieszkającą i płacącą podatki w Poznaniu. Ma pomysł, ale nie wiedziała, jak przełożyć go na ewentualną współpracę z Miastem. Takich ludzi z definicji zawsze zapraszamy do nas na spotkanie face to face. Korespondencja mailowa czy kontakt telefoniczny są rzeczą wtórną, pierwotna jest rozmowa, poznanie swoich historii. To właśnie tworzy relacje, do których można się później odwoływać.
Z czego zatem wynika jeszcze nie do końca stuprocentowy kontakt na linii twórcy kultury-Miasto? To wciąż pokutujący w Polsce stereotyp nieprzystępnego urzędnika?
M.K.: Stereotyp urzędnika, zdecydowanie. "Urząd" to wciąż słowo raczej pejoratywnie postrzegane w naszym społeczeństwie.
J.M.: "Urząd", "procedura", "konkurs", "oferta" - wszystkie te terminy są trochę odstraszające.
M.K.: Na szczęście nie jest tak, że twórca to osoba, która jest zamknięta w ciemnym pokoju i tylko raz na jakiś czas z niego wychodzi. Animatorzy kultury zwykle obracają się w środowisku sobie podobnych osób. I ta opinia, że można do nas zapukać, zadzwonić czy napisać, powoli przebija się do szerszej świadomości. Mierzymy to choćby liczbą spotkań z nowymi podmiotami. Zwykle ktoś pod wpływem takiego spotkania porządkuje sobie, jak współpracować z Miastem. Rozumiemy, że na przykład droga dotacyjna związana z byciem NGO-sem, fundacją, stowarzyszeniem dla niektórych może być nieatrakcyjna. Artyści czekają w związku z tym na nasze nabory stypendialne. Nie jest tak, że każdemu mówimy: jedyna słuszna droga to założyć NGO-sa. W rozmowie poznajemy siebie nawzajem, swoje potrzeby, czasami ograniczenia.
J.M.: Cały czas prowadzimy też profil na Facebooku Poznań Wspiera, na którym pojawiają się informacje o bieżących działaniach Wydziału dotyczących organizacji pozarządowych. Staramy się też, z różną regularnością, organizować spotkania dla młodych organizacji, które chciałyby aplikować do naszych konkursów. Zeszłoroczne spotkanie zorganizowane w Arsenale spotkało się z bardzo dużym odzewem, sala była wypełniona po brzegi.
W tym roku mamy nadzieję, że uda nam się ogłosić duży konkurs wieloletni dla podmiotów, które prowadzą stałą działalność, takich quasidomów kultury. Na pewno będziemy musieli zrobić szkolenie, jak podejść do takiego tematu, co jest istotne dla miasta, czego brakuje w ofercie instytucji kultury i jakie luki w tym ekosystemie mogą zapełnić swoimi działaniami organizacje pozarządowe, które są bardzo silną stroną tego miasta.
Jak spółdzielcze domy kultury na poznańskich osiedlach?
J.M.: Spółdzielcze domy kultury to jedno, ale są też organizacje, które na osiedlach prowadzą stałą działalność kulturalną, na przykład Stowarzyszenie Młodych Animatorów Kultury na Osiedlu Główna czy Asz.Teatr na Starołęce. To organizacje, które działają tam, gdzie naprawdę nie ma już praktycznie żadnej wypustki instytucjonalnej.
Skoro już przy tym jesteśmy... Instytucjonalnie o mieszkańców spoza centrum bardzo dba Estrada Poznańska, chociażby w swoim cyklu "Lato z Estradą". Prowadzony przez nią Dom Kultury AZK też zapełnił już jedną z tych luk. Czy wśród zgłoszonych w tegorocznym konkursie ofert zauważacie przyrost liczby inicjatyw peryferyjnych?
M.K.: Myślę, że ona faktycznie rośnie, ale też tego nie załatwia ten jeden konkurs. Częstokroć jest tak, że najpierw organizacje startują w naszym konkursie, a potem w konkursach organizowanych również przez nas, tyle że ze środków z Poznańskiego Budżetu Obywatelskiego. Okazuje się bowiem, że można całkiem dużo pieniędzy zdobyć głosami Poznaniaków. O ile jeszcze pięć lat temu byliśmy "miastem trenera osiedlowego", teraz powoli bym się zastanowił, czy nie nazwać nas miastem osiedlowych animatorów kultury. Przed dekadą pojechaliśmy na Europejską Stolicę Kultury z autoironicznym performansem "Trenerzy życia codziennego", więc można powiedzieć, że wizja grupy teatralnej Circus Ferus okazała się prorocza.
J.M.: Faktycznie, to eskaluje - potrzeby i inicjatywy samych mieszkańców. Równolegle rady osiedli zgłaszają wnioski, że potrzebują infrastruktury dla kultury, dlatego jesteśmy też w przededniu kolejnych decyzji strategicznych. Pracujemy nad powołaniem instytucji, która będzie zarządzała takimi przestrzeniami na osiedlach, w porozumieniu z radami osiedli i na podstawie diagnoz, które będziemy przeprowadzali na miejscu.
Mamy tu jakieś realne ramy czasowe?
J.M.: Chcielibyśmy, żeby to nastąpiło w tym roku, bo potrzeb jest dużo i trzeba działać. Mamy 16 złożonych wniosków o nowe osiedlowe domy kultury. Rady osiedli zabezpieczyły środki na realizację inwestycji czy projektowanie, a nawet deklarują, że będą współfinansowały utrzymanie takich lokalnych miejsc kultury, więc są to poważne deklaracje.
M.K.: I tu właśnie link z NGO-sami jest taki, że te przyszłe domy kultury ktoś musi prowadzić. Ktoś, kto nie tylko zna potrzeby lokalnych mieszkańców, ale też ma umiejętności zarządzania, produkcji wydarzeń i ich promowania. I znów - bez silnych NGO-sów w przestrzeni miasta trochę nie ma skąd wziąć kadr. Jeśli w takich miejscach funkcjonuje prężne stowarzyszenie czy fundacja skupiona na kulturze, to jest to dodatkowy plus.
Z przeznaczonej w tym roku na kulturę tworzoną niezależnie, rekordowej w historii miasta puli 15 mln zł, aż 9,8 mln zł dofinansuje projekty wybrane właśnie w konkursie grantowym. Wszystko, o czym teraz mówimy, świadczy o tym, że ta kwota to wciąż za mało i że znacznie większa pula byłaby ratunkiem dla komisji, która pewnie musiała bardzo długo dyskutować, jak sprawiedliwie podzielić pieniądze. Jak to się robi?
M.K.: Po to właśnie jest stały wzrost tej ogólnej kwoty - żeby nie było sytuacji, z którą mieliśmy do czynienia kilkanaście lat temu, kiedy cały czas ustalona była podobna kwota, nieuwzględniająca inflacji albo minimalnie ją uwzględniająca. W efekcie pieniędzy starczało wtedy tylko na to, co było absolutnie konieczne, czego nie chcieliśmy zgubić, ale już nie na nowe pomysły i nowe organizacje. Kluczowe jest, żebyśmy nie zgubili ducha czasu. Każda organizacja kiedyś debiutowała. Jeśli dzisiejszych debiutantów zgubimy, nastąpi wyrwa, którą później bardzo ciężko będzie zasypać. Dlatego wśród dotowanych projektów są ludzie, którzy tworzą na przykład bitwy freestyle'owe. Wiemy, że to jest coś, co przemawia do młodszych osób, jeśli tylko jest zrobione w sposób profesjonalny. Stąd w naszym konkursie znalazło się miejsce dla osób, które posługują się inną niż konwencjonalna formą organizacji wydarzeń.
W skład komisji konkursowej zajmującej się opiniowaniem złożonych ofert wchodzi 3 przedstawicieli Miasta, 3 przedstawicieli organizacji pozarządowych oraz 19 ekspertów. Czy decyzje zapadają szybko?
J.M.: Nie zapadają szybko. Najpierw sześcioosobowa komisja niezależnie ocenia wnioski i przyznaje im wartość punktową. Równolegle dopasowani dziedzinowo eksperci piszą swoje, niezależne opinie. Następnie spotykamy się na posiedzeniu finalnym, gdzie po kolei omawiamy każdą ofertę. Te posiedzenia trwają z reguły kilkanaście godzin, bo staramy się, żeby nic nam nie umknęło.
M.K.: O każdym z projektów dyskutujemy. Nie tylko o pomysłach najwyżej ocenionych, bo rzeczywiście tam dyskusje raczej są krótkie, ale również o propozycjach niszowych, o mniejszych organizacjach. Nie chcemy przegapić potencjału, którego być może nie zauważamy od razu.
A jeżeli chodzi o odzew po ogłoszeniu wyników? Dostajecie jakieś skargi od uczestników konkursu, pojawiają się głosy niezadowolenia?
M.K.: Tak, to jest naturalne.
Jak sobie z tym radzicie?
J.M.: Przez parę tygodni staramy się zarządzać rozczarowaniem.
M.K.: To jest po prostu konkurs ofert. Nikomu nie możemy niczego zagwarantować ani nawet dać nadziei, że wynik pójdzie takim torem, jaki ktoś sobie wyobraża. Przed chwilą dzwonił do mnie Pan, który nie otrzymał dotacji. Zawsze staramy się działać w ten sposób, że po pierwsze przyjmujemy tę informację, że ktoś czuje się werdyktem komisji nieusatysfakcjonowany. Zapraszamy do złożenia prośby o udostępnienie karty oceny, z której zapisu każdy może zobaczyć, co było podstawą takiego, a nie innego miejsca w rankingu. Potem zwykle się spotykamy i rozmawiamy o tym, co warto zmienić w przyszłości. Przedstawiamy też zawsze alternatywne ścieżki zdobycia dofinansowania.
Czy taka transparentność procentuje? Wnioskodawcy poprawiają swoje oferty i starają się o środki finansowe w kolejnych programach?
M.K.: Zawsze jest ciąg dalszy. Jak w życiu.
Rozmawiała Anna Solak
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026