Porywacze Ciał działają od 1992 roku. Katarzyna Pawłowska i Maciej Adamczyk w swoich autorskich przedstawieniach przyglądają się współczesnej rzeczywistości: jej mitologiom, językowi, popkulturze i społecznym schematom. Korzystają z ironii, parodii, pastiszu, kabaretu, happeningu i performansu, chętnie zacierając granicę między tym, co teatralne, a tym, co wydarza się naprawdę. Ich spektakle bywają przy tym próbą uruchomienia szczególnej relacji z widzem - nie tylko opowiedzenia mu historii, ale też wciągnięcia go w sytuację, której reguły nie zawsze są oczywiste.
Artyści doskonale wiedzą, że między potrzebą tworzenia a koniecznością napisania kolejnego wniosku grantowego rozciąga się przestrzeń, w której twórcza wena musi czasem ustąpić miejsca tabelkom i harmonogramom. "Johatsu" bierze ten paradoks na warsztat. Spektakl staje się metaopowieścią o własnym powstawaniu: o szukaniu formy, negocjowaniu pomysłów i kolejnych próbach znalezienia odpowiedzi na pytanie, co powinno się zrobić z otrzymanymi pieniędzmi.
W tym sensie "Johatsu" mówi także o projektariacie, który - czy nam się to podoba, czy nie - coraz mocniej organizuje życie artystyczne. Teatry niezależne muszą nieustannie walczyć o kolejne źródła finansowania, a każda dotacja jest jednocześnie szansą i zobowiązaniem. Trudno spokojnie szukać artystycznego języka, kiedy z tyłu głowy pozostaje pytanie o następny spektakl. Jeszcze trudniej, gdy istnieje ryzyko, że efekt pracy nie zostanie uznany za wystarczająco zgodny z tym, co zapisano wcześniej w projekcie. Twórca ma być więc jednocześnie artystą, producentem, księgowym i specjalistą od przewidywania własnej wyobraźni - a także oczekiwań osób decyzyjnych i regulaminów, które tę wyobraźnię mają później oceniać.
Pawłowska i Adamczyk grają w "Johatsu" Macieja i Katarzynę - twórców przerysowanych i przepuszczonych przez krzywe zwierciadło. Katarzyna uosabia energię działania - próbuje, proponuje, szuka rozwiązań, nawet gdy sytuacja wydaje się beznadziejna. Maciej jest skupiony na sobie i własnej wyjątkowości, przekonany o wadze teatru jako doświadczenia, które wymaga od odbiorcy szczególnego zaangażowania.
To właśnie on staje się najzabawniejszą, ale też najbardziej kłopotliwą figurą spektaklu. Jest karykaturą artysty przekonanego, że skoro jego praca jest sztuką, to jej wartość powinna automatycznie wyznaczać zasady kontaktu z publicznością. Zapowiadane na "mocną godzinę" "Johatsu" przeciąga się znacznie poza ten czas, a jego dramaturgia coraz wyraźniej zaczyna przypominać proces, który sam przed chwilą poddawał krytyce.
To napięcie wydaje mi się zresztą najciekawszą cechą najnowszej produkcji Porywaczy. Bo jeśli Maciej irytuje, to niekoniecznie dlatego, że jego postać została źle skonstruowana. Przeciwnie - irytuje właśnie dlatego, że została skonstruowana całkiem trafnie. Jego przekonanie o wadze własnego procesu twórczego i niechęć do podporządkowania go oczekiwaniom innych przypominają powszechnie znany typ artysty. Pawłowska jest dla tej postaci znakomitym kontrapunktem. Jej bohaterka próbuje przywracać rozmowę do poziomu konkretu, podczas gdy Maciej konsekwentnie ją komplikuje. Razem tworzą duet, który można czytać jako dwa sposoby funkcjonowania w teatrze: pragmatyczny i narcystyczny, nastawiony na działanie i na przeżywanie. Żadne z nich nie jest całkowicie niewinne. Ten pierwszy, rozwinięty do skrajności, może prowadzić do biurokratycznego ujarzmienia sztuki, drugi - do przekonania, że sztuka nie musi obchodzić nikogo poza artystą, a jednocześnie powinna obchodzić wszystkich bez wyjątku, z "pismakami" na czele.
Na osobne uznanie zasługuje wizualna i dźwiękowa strona spektaklu. Stworzone z dużą wyobraźnią i wyczuciem szczegółu lalki autorstwa Larysy Markelovej są znakomite - każda z nich ma własny charakter, a ich obecność na scenie nie jest tylko efektownym wizualnie dodatkiem, ale dobrze współgra z przewrotną, momentami groteskową logiką przedstawienia. Porywacze po raz pierwszy w spektaklu dla dorosłych odkrywają się jako wykształceni lalkarze. Równie trafnie skomponowana jest warstwa muzyczna Marysi Łojko: muzyka nie próbuje dominować nad tym, co dzieje się na scenie, ale celnie podbija kolejne nastroje i znaczenia, pomagając prowadzić całą opowieść. Również i kostiumy dopełniają ten świat, balansując między zwyczajnością a teatralnym przerysowaniem.
Odbiór spektaklu w dużej mierze zależy od tego, jak dobrze znamy teatralne podwórko. Osoby zanurzone w branży mogą (gorzko) śmiać się z przedstawianych sytuacji, rozpoznając w nich własne doświadczenia i absurdy grantowego systemu. Widz spoza tego środowiska dostanie natomiast opowieść o twórcach, którzy próbują znaleźć sens swojej pracy w świecie, w którym sztuka musi nieustannie tłumaczyć się ze swojego istnienia.
Tytuł okazuje się przy tym znaczący. Johatsu to nazwa japońskiego zjawiska oznaczającego dosłownie "odparowanie" i określającego ludzi, którzy celowo i bez śladu znikają ze swojego dotychczasowego życia. W spektaklu można znaleźć kilka takich rodzajów znikania: znika stabilność, znikają granice między pracą a życiem, między twórcą a postacią, projektem a spektaklem. Znika też - przynajmniej chwilami - sam widz, podporządkowany procesowi twórczemu rozgrywającemu się przed jego oczami.
"Johatsu" to pierwsza premiera Porywaczy Ciał po ośmiu latach. Teatr offowy od lat walczy o przetrwanie... o prawo do niezależności, eksperymentu i własnego języka, ale też o pieniądze, przestrzeń i uwagę widzów. Spektakl pokazuje, że te dążenia potrafią wejść ze sobą w konflikt. Bo można próbować ocalić wolność artystyczną, jednocześnie produkując kolejne mechanizmy, które tę wolność ograniczają, ale można też tak bardzo bronić autonomii artysty, że umyka fakt, iż teatr istnieje w relacji. Całość jest trafna, momentami szczerze zabawna i celnie złośliwa. Mimo wszystko "Johatsu" jest też jednak zbyt rozkochane w opowieści o własnym procesie twórczym, ale może właśnie ta niedogodność jest częścią jego przewrotności? Teatr jest doświadczeniem i nikt, kto choć raz naprawdę dał się mu porwać, temu nie zaprzeczy. Tyle że to doświadczenie nie należy wyłącznie do tego, kto stoi na scenie, bo również i widownia ma do niego prawo. I to ona ostatecznie decyduje, czy po tym spotkaniu chce zostać, czy - zgodnie z tytułem - po prostu zniknąć.
Marta Szostak
- "Johatsu"
- Teatr Porywacze Ciał
- recenzja z 8.09
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026