Ciągle czekam na swój dzień
Widzimy się po prawie dekadzie...
Spotkaliśmy się 9 lat temu, by porozmawiać o kolejnej edycji programu "Zostań Gwiazdą kabaretu", a okazało się, że mam w swojej głowie tyle ciekawych wiadomości, nie tylko o sobie, ale przede wszystkim o tych wszystkich interesujących ludziach, których spotkałem na swojej drodze życiowej, że napisałem książkę "Kuglarze", i muszę ci powiedzieć, że przy mojej kolejnej książce, która się nazywa "Bohdan Smoleń. Toksyczny duet z Laskowikiem", "Kuglarze" ponownie wychodzą z cienia.
Cieszę się, że nasza rozmowa sprzed lat stała się inspiracją dla "Kuglarzy", ale spotykamy się, gdy dostałeś Nagrodę "Wawrzyn pracy organicznej" od Unii Wielkopolan. Za kilka dni kończysz 75 lat.
Dodam, że od marszałka województwa wielkopolskiego dostałem w marcu 2025 nagrodę za całokształt pracy artystycznej, a od ministry kultury i dziedzictwa narodowego Medal "Zasłużony Kulturze Gloria Artis" w dziedzinie teatr.
Przeczytałem bardzo uważnie Twoją ostatnią książkę "Bohdan Smoleń. Toksyczny duet z Laskowikiem" i zadałem sobie pytanie: "Kim jest Krzysztof Deszczyński?". Urodziłeś się w Poznaniu, ale gdzie?
W klinice na Polnej.
Ludzie wielu talentów nie pojawiają się raczej na świecie ot tak. Kim byli Twoi rodzice?
To jest głęboka, wielka tajemnica rodzinna, ponieważ moja mama nie poznała swojego ojca, a urodziła się w lutym 1931 roku. Wtedy, w okresie międzywojennym, dziecko bez rodzica miało znaczek w środowisku, w którym mieszkało. I właśnie ta tajemnica bardzo zaważyła na moim życiu, ponieważ wśród rodzinnych pamiątek nie ma żadnych zdjęć matki, jak była niemowlęciem, z I Komunii św. czy jak kończyła szkoły, czy ze ślubu dziadków. Po prostu mój dziadek, który się pojawił w życiu mojej babci (wzięli ślub w styczniu 1941 roku) i mojej matki dopiero po wojnie, w grudniu 1946 roku, ją przysposobił. Mama miała wtedy prawie 16 lat. Była kobietą. Ja podskórnie, wewnętrznie, cały czas coś czułem niejasnego. I to wszystko opisałem, w formie rozmowy wewnętrznej.
Będzie więc kolejna książka?
Zadajesz pytania, które w zasadzie dotyczą książki, której jeszcze nie wydano. Do powieści, którą ostatnio napisałem, pod wpływem twardej wiadomości, że rak mnie trawi, i zatytułowałem ją "List do Świętego Mikołaja". Wyimaginowałem sobie, że ja w czasie ciąży matki, w jej brzuchu, uczyłem się czytać, pisać, liczyć, a nawet trochę nauczyłem się niemieckiego. Przyjąłem taką narrację, że ja to wszystko już umiałem, jak się urodziłem. A skończyłem tę powieść na roku 1969. Opisałem PRL, dzieciństwo swoje i moich rodziców, moje babcie. Szczególnie babcię Władysławę, która w czasie wojny, jak Żydzi kopali Maltę, to im pomagała. Zostawiała dla nich jedzenie. Polak na nią doniósł, został wywieziona do KL Auschwitz-Birkenau, potem była w obozie koncentracyjnym w Ravensbrück, wolność odzyskała w KL Dachau.
Chętnie przeczytam "List do Świętego Mikołaja", ale wracając do Twojej matki, nie masz żadnych pamiątek z jej dzieciństwa?
Rodzina, w związku z tym, że mama pochodziła z nieprawego łoża, podjęła decyzję, że wszystko czyszczą, że ja nie mam się o tym dowiedzieć.
Fabuła Twojej nieopublikowanej powieści brzmi zupełnie jak zapis traumy międzypokoleniowej. Niechciane dziecko, matka przekazuje Tobie swoją traumę w łonie. I Ty też czujesz się gorszy od innych dzieci, a później też dorosłych. To czysta epigenetyka (nauka zajmująca się badaniem zmian ekspresji genów i dziedziczenia cech - przyp. red.). Brzmi to paradoksalnie, patrząc na Twoją imponującą karierę zawodową.
Jeszcze nikt mi tego nie powiedział. Nie znałem tego słowa. Jego znaczenia. Tak jak pan Jourdain z komedii "Mieszczanin szlachcicem" Moliera nie wiedział, że mówi prozą. Epigenetyka...
Rodzisz się z wdrukowanym mechanizmem, który potem decyduje o Twoich losach, tak naprawdę do końca życia. Czytając każdą Twoją książkę, wiedziałem, że jest jakaś tajemnica w Twoim życiu, głęboko sięgająca rodziców, czy też dziadków. To ona decyduje o wszystkim w Twoim życiu. Ten przysłowiowy trup w szafie jest reżyserem życia wszystkich uczestników, całej rodziny. A z kart nie tylko Twojej ostatniej książki "Bohdan Smoleń. Toksyczny duet z Laskowikiem" wynika, że zawsze czujesz się gorszy od innych.
Wszystko robię dla Smolenia...
Nie, raczej nie dla Smolenia. Robisz dla swojej matki, która nie znała swojego ojca. Czuła się niechciana... Przecież tak naprawdę to ten list do Świętego Mikołaja to Twoja matka pisze do swojego nieznanego ojca.
Jestem zaskoczony Twoją logiką myślenia. Otwiera mi to, zupełnie nowe pole do rozważań o moim życiu.
Czy wiesz, z jakich powodów niesiesz Smolenia na rękach od 1984 roku, tak naprawdę po dziś dzień?
Pewna pani na spotkaniu autorskim, chyba w Domu Kultury "Orle Gniazdo", powiedziała: "Ciekawe, że Bohdan Smoleń chyba w ogóle nie miał świadomości, jak dobrze się stało, że wybrał pana na swojego partnera zawodowego, bo pan go nie opuścił aż do teraz".
Przysięga małżeńska głosi: "i nie opuszczę cię aż do śmierci". A Ty nie opuszczasz Smolenia nawet po śmierci. Stawiasz mu pomnik, taki prawdziwy na skwerze na Rybakach i papierowy w kolejnej książce "Bohdan Smoleń, Toksyczny duet z Laskowikiem". A ja zadaję pytanie: Krzysztofie Deszczyński, dlaczego to robisz?
Uff. Gdybym miał w jednym zdaniu odpowiedzieć na Twoje pytanie, to teraz, dzisiaj, powiem, że robię to tak, jak dla swojej matki. Z szacunku...
Chcesz opowiedzieć swoją historię, nie historię obiektywną, tylko swoją historię pewnej relacji, z perspektywy tego gorszego dziecka. A przecież masz tyle szczęścia w życiu, pomyśl o "Kuglarzach"...
Coś w tym jest... to się nazywa serendipity (przypadek - przyp. red.). We wrześniu ubiegłego roku stałem w kolejce do szczepienia w aptece. Przede mną stała starsza pani, która czytała książkę. I tak sobie stoimy, aż zagaduję: "Jak to fajnie spotkać w kolejce do szczepienia człowieka, który czyta książkę". A na to pani odpowiada: "A pan czyta?". "A ja na to: "Ja piszę". "A co ostatnio pan napisał?" "Bohdan Smoleń. Toksyczny duet z Laskowikiem". "Tak? No to muszę ją konieczne kupić i przeczytać". Zaprosiłem kobietę na autorskie spotkanie w Bibliotece Raczyńskich na Placu Wolności: "Będę miał spotkanie, niech pani przyjdzie, pogadamy". Przyszła. Podczas spotkania zadała pytanie. Poznaliśmy się bliżej. Okazało się, że jest emerytowaną profesor Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, radną osiedla Czecha i Lecha i została fenomenalną prowadzącą spotkanie ze mną w Domu Kultury "Orle Gniazdo". Skoro jestem z definicji gorszy, to znaczy, że jestem marzycielem, który ciągle czeka na swój dzień, a czasu mam coraz mniej...
Rozmawiał Przemysław Toboła
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2025
Zobacz również
Kultura na weekend
Mgła cytatów
Hybrydy, czyli rewia na krawędzi świata