Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

Niewiele ponad godzinę trwał piątkowy koncert zespołu Rimbaud. Tomasz Budzyński, Mikołaj Trzaska i Michał Jacaszek zachwycili publiczność w Sali Wielkiej Zamku, choć zagrali bardzo wymagającą muzykę.

. - grafika artykułu
Fot. Tomasz Nowak

Z myślą o takich zespołach wymyślono pół wieku temu termin supergrupa. Określał on formację tworzoną przez liderów innych grup lub autorów cenionych / kultowych własnych projektów. Tak właśnie jest w przypadku Rimbauda - stworzyli go trzej spełnieni, wybitni artyści, twórcy wielu udanych i ważnych płyt. Co więcej, swoistej niezwykłości czy specyfiki dodaje fakt, że każdy z nich pochodzi z innych okolic muzycznej sceny: rocka, free jazzu, elektroniki.

Wrażenie

Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że artyści postanowili zdyskontować dotychczasowe dokonania, proponując muzykę popularną. W tym rozumieniu supergrupa to bowiem nie spotkanie artystów, którzy z braku lepszych pomysłów postanowili atrakcyjnie pobawić się muzyką, pobrylować na scenie w efektownych pozach. To raczej zderzenie trzech mocnych osobowości, nie bojących się odważnych i radykalnych wyzwań. To autentyczna wyprawa niemal na złamanie karku.

Zwłaszcza, że jest jeszcze ten czwarty. Arthur Rimbaud. To jego twórczość - z "Iluminacji", z "Sezonu w piekle" - stała się impulsem do tego niezwykłego muzycznego spotkania. Latem ubiegłego roku ukazała się płyta, powszechnie uznana za wydarzenie i jeden z najważniejszych albumów roku. Teraz mieliśmy wreszcie okazję usłyszeć grupę podczas koncertu. Na żywo wrażenie jest jeszcze potężniejsze.

Kontemplacja

Nie było wątpliwości, że najważniejsza tego wieczoru jest muzyka i przekaz płynący ze sceny. Nawet jeśli treść tekstów śpiewanych / wykrzykiwanych przez Budzyńskiego momentami rozpływała się, ginęła w dźwiękowej otoczce, nawet jeśli głos stawał się czasem tylko (czy aż?) kolejnym instrumentem o niezwykłej barwie. Jego ekspresja, jego energia, jego pasja kazały skupiać się na tym, co - i jak - miał do powiedzenia.

Na scenie, spowitej w mrok nie dominował tym razem dynamiczny ruch. Powiedziałbym, że muzyka, mimo swego radykalizmu i mocy brzmienia, była jednak raczej kontemplacyjna. Mikołaj Trzaska ze swym klarnetem basowym i saksofonem barytonowym ulokował się po lewej stronie sceny, przez większą część koncertu siedząc na krzesełku. Po prawej stronie zasiadł Michał Jacaszek, otoczony elektronicznymi instrumentami, ale też bębnami, które wykorzystywał. Na środku estrady dominował Budzyński, z dwoma mikrofonami w ręku - jeden z nich pozwalał na elektroniczną obróbkę, przetwarzanie jego głosu.

Bez kompromisów

Fascynujące w tym zespole jest nie tylko rewelacyjne połączenie wizjonerskiej, bezkompromisowej twórczości Rimbauda z muzyką. Bo rzeczywiście, muzyczny ekwiwalent czy dźwiękowa narracja, którą proponuje trio, ma w sobie tę dzikość, te nieposkromione emocje, które doskonale współbrzmią z twórczością francuskiego poety.

Wartością samą w sobie jest też ów stylistyczny miks, który artyści proponują. Ich muzyka nie jest bowiem tylko sumą doświadczeń i fascynacji każdego z członków tria, ale wirującą i przeobrażającą się, zdumiewająco spójną, a przy tym różnorodną całością. Mamy tu bowiem eksperymentalną elektronikę i wywodzącą się z jazzu swobodną improwizację, ale też zgoła punkowego ducha, echa industrialu, ale też ambientu czy minimalu.

Kolejne utwory stanowiły jednak całość. Artyści bardzo dbali o to, by nie robić żadnych przerw między poszczególnymi sekwencjami / utworami. Nie było zapowiedzi, komentarzy, konferansjerki, przedstawiania muzyków. Wszystko miała mówić - i mówiła - twórczość płynąca ze sceny.

Oczyszczenie

Bywało jednak tego wieczora i tak: szorstkie jęki saksofonu, spazmatyczne krzyki wokalisty, a do tego chropowate kaskady elektronicznych dźwięków. Można pewnie ten koncert opisać i w takich barwach. Bo to z całą pewnością nie była muzyka lekka, łatwa, ani też przyjemna. Dlatego znalazło się może nawet kilkanaście osób, które opuściły salę podczas piątkowego koncertu. Trudno jednak mieć o to pretensje do nich - a tym bardziej do muzyków.

Jeśli bowiem ktoś przyszedł na koncert, nie znając wcześniej dokonań zespołu i oczekiwał na spotkanie z poezją - mógł przeżyć szok lub przynajmniej zaskoczenie. No a artyści podeszli do spotkania z twórczością Rimbauda najpoważniej, jak mogli. Zaangażowali pełnię swojej wyobraźni i talentów, a efekt tego był prawdziwie niezwykły. Oczyszczający.

Ogromna owacja na koniec, która skłoniła ich do zagrania bisu, była potwierdzeniem, że tak ważna, choć niełatwa muzyka potrafi budzić entuzjazm.

Tomasz Janas

  • Budzyński / Trzaska / Jacaszek: Rimbaud
  • Sala Wielka CK Zamek
  • 29.01