Historia Teatru Muzycznego nie jest łatwa i przyjemna. Instytucja powstała jako Państwowa Operetka Poznańska w znaczącym dla naszego miasta 1956 roku, w budynku, który - jak wspominacie w swoim najnowszym spektaklu "Rewolta" - ma swoją mroczną stronę... Podczas II wojny światowej był katownią i siedzibą gestapo.
Wydaje mi się, że to, iż w pewnym momencie zapomniano o tej historii, było czymś niedobrym. Gdy ponad 13 lat temu objąłem tu funkcję dyrektora, jedną z moich pierwszych decyzji było zainicjowanie koncertów zaduszkowych - jako formy upamiętnienia ludzi, którzy zginęli w tym miejscu.
Moja babcia nie chodziła do tego teatru właśnie ze względu na historię miejsca.
Wydaje mi się, że wielu Poznaniaków nie chodziło tu z tego powodu. Między innymi mój wuj, ale również były wojewoda poznański Maciej Musiał. Zdaje się, że po raz pierwszy odwiedził to miejsce właśnie przy okazji koncertu zaduszkowego. Świadomość, że to było miejsce kaźni, słusznie odstraszała Poznaniaków. Ale jak mówi bohater "Rewolty": "dobrze jest zastępować cierpienie radością". Operetkę ulokowano tu, być może tymczasowo, ale jak wiadomo, w naszym kraju prowizorki są najtrwalsze. I tak minęło 70 lat.
Początek był niełatwy...
Zespół operetkowy wydzielił się z dużego zespołu operowego Teatru Wielkiego. Po śmierci Stalina (1953 r. - przyp. red.) powstała przestrzeń na lżejsze spektakle. Władza ludowa mówiła: "Dobrze, pozwólmy im się bawić i śmiać", a operetka była bezpieczna. Opowiadała o minionych, nieco bajkowych czasach. Czysta rozrywka.
Operetka Poznańska funkcjonowała do 1973 roku, gdy dyrektor Henryk Olszewski zmienił nazwę na Teatr Muzyczny.
Tak, choć pierwsze próby ucieczki od operetki pojawiały się już w latach 60. XX wieku za dyrekcji Stanisława Renza, który tworzył musicale, choć jeszcze w estetyce operetkowej.
Ale zwrot w stronę nowszych brzmień, w stronę musicalu, wydarzył się dopiero za Twojej dyrekcji. Wymyśliłeś ten teatr na nowo.
Rzeczywiście, mimo że nazywaliśmy się Teatrem Muzycznym, byliśmy jedną z ostatnich niezreformowanych scen, z zespołem przygotowanym raczej do wykonywania operetek lub wczesnych musicali. Przebłyskiem był musical "Phantom" Maury'ego Yestona i Arthura Kopita, choć zainscenizowany jeszcze w operetkowym anturażu. Artystki i artyści mieli głosy kształcone i ustawiane operowo, czego w musicalu się nie wykorzystuje. Zmiana, którą przeszliśmy, była więc dosyć drastyczna. Ale ta zmiana była potrzebna, by otworzyć się na nową publiczność i zrzucić z siebie opinię teatru drugiej kategorii. Bez tego nie byłoby mowy o tym, by budować nowy teatr. Natomiast repertuar operetkowy wraca do oper, bo tamtejsi odbiorcy też szukają urozmaicenia. My natomiast rzeczywiście zupełnie zmieniliśmy azymut. Przygotowujemy nie tylko wysokiej klasy musicale, ale również sami tworzymy autorskie spektakle muzyczne.
Za Twojej dyrekcji, jeśli dobrze liczę, powstało około 30 premierowych spektakli.
Myślę, że nie aż tyle...
Mówię też o takich mniejszych spektaklach. Jesteś zaskoczony?
Tak, trochę. Bardziej celowałem w 25. Rzeczywiście, w pierwszych latach realizowaliśmy trzy, a nawet cztery premiery w sezonie. Takie mniejsze rzeczy, choć świetne, jak "Opowieści zimowe" - monodram z Edytą Krzemień, który wyreżyserował Janusz Kruciński. "Ostatnią operetkę - Księżniczkę czardasza" - wystawiliśmy w 2016 roku. I to wszystko się liczy... i "Jesus Christ Superstar" wystawiony na stadionie...
Spoglądasz na tą listę z pewnym rozrzewnieniem.
Trochę tak, bo człowiek jednak mocno żyje bieżącymi sprawami.
A z których produkcji jesteś najbardziej dumny?
Dla mnie wszystko zaczęło się tak naprawdę w 2014 roku od spektaklu "Jekyll & Hyde". To był pierwszy prawdziwy musical, który był uwielbiany przez publiczność. Graliśmy go przez lata. Ważnym spektaklem była także "Evita". Musical ten potwierdzał, że konsekwentnie realizujemy przyjętą linię programową. "Jesus Christ Superstar" pokazał, że chcemy się rozpychać i że nie będziemy siedzieć tylko tutaj, w tym naszym małym podziemnym grajdole, i to był jeden z tytułów, który udowodnił naszą moc zmierzania ku celowi, czyli ku temu, by zbudować teatr. Bardzo lubiłem także "Footloose" i "Pippina". Ten ostatni był dla nas ważnym spektaklem, bo opowieścią o nas, o artystach, o zespole.
Mówiłeś też o autorskich produkcjach.
Od premiery "Virtuoso" o Paderewskim w 2020 roku tworzymy nasze, autorskie spektakle - "Kombinat", "Irenę" o Sendlerowej i "Rewoltę". Gdyby ktoś pytał, co Kieliszewski zrobił w tym teatrze, to chciałbym, żeby oprócz naszych przebojów, jak "Zakonnica w przebraniu" czy "Piękna i Bestia", wspominano właśnie te spektakle. Graliśmy je już w Warszawie czy w Berlinie.
"Rewolta" wraca w czerwcu na deski Teatru Muzycznego. W spektaklu, jak wspominaliśmy, jako wątek poboczny pojawia się miejsce, w którym gracie. A kiedy usiądziemy w nowym teatrze?
Na razie trzymamy się terminarza. Budynek zostanie nam przekazany przez generalnego wykonawcę 20 grudnia 2028 roku. Oczywiście będziemy musieli ten budynek przetestować, trochę się w nim umościć i przygotować pierwszą premierę, więc zakładam, że widzowie rozsiądą się w fotelach w 2029 roku. Do tego czasu plany artystyczne są rozpisane. 12 września odbędzie się premiera "Pani Doubtfire", 27 lutego 2027 zagramy po raz pierwszy w Polsce "Draculę" Franka Wildhorna, czyli wrócimy do stylistyki "Jekylla & Hyde'a", bo to ten sam autor i równie piękna muzyka. We wrześniu 2027 roku pokażemy spektakl "Tylko mnie poproś do tańca" o Annie Jantar i z jej piosenkami. To bardzo poznańskie przedstawienie, opowiadające o dziewczynie, która wychowała się na Łazarzu. A w 2028 roku nie planujemy już premier. Będzie to rok grania tytułów repertuarowych oraz wyjazdów promujących otwarcie nowej siedziby teatru w kilku miastach w Polsce. To będzie także rok 110. rocznicy odzyskania niepodległości, więc na pewno będziemy grać "Virtuoso", również w ramach "Paderewski Festival".
Kiedy mieliśmy okazję ostatni raz rozmawiać, opowiadałeś na portalu "IKS-a. Kulturypoznan.pl", że festiwal Czas na Teatr też jest rodzajem zachęty i pokazania, że w Poznaniu będzie można wystawiać naprawdę duże rzeczy.
Tak, bo ta nowa siedziba będzie dawała niespotykane możliwości. Zaprojektowaliśmy podwójną rampę z możliwością równoczesnego montażu i demontażu scenografii po to, by również festiwalowo móc w tym teatrze grać. Do jednej ciężarówki będziemy scenografię ładować, a z drugiej wyciągać i ustawiać na całkiem sporej, ponad 250-metrowej scenie, która jeszcze w dodatku będzie miała tak samo wielką kulisę tylną i jedną boczną, więc i podręczne magazyny, a do tego scenę obrotową. To, co było dla nas niemożliwe, stanie się wkrótce oczywiste. Wszystko wskazuje na to, że będziemy mogli przenieść do naszego teatru prawie każdą produkcję z Polski. Festiwal Czas na Teatr oraz nagroda musicalowa, którą wykreowaliśmy i która wręczana jest z Instytutem Teatralnym, powoduje, że ranga Poznania jako, mam nadzieję już za chwilę, stolicy musicalu rośnie.
Mówisz o scenach obrotowych, o możliwościach teatru, ale ja muszę Cię zapytać o zastrzeżenia, o których mówi się w kontekście tej inwestycji. Jak na nie reagujesz?
To nie jest tak, że krytyka spływa po nas jak po kaczce. Mam też świadomość i szczęście, że mogę współtworzyć jedną z najważniejszych inwestycji kulturalnych w Poznaniu, a na pewno największą po II wojnie światowej. To ogromna odpowiedzialność. Spróbuję więc konkretnie odpowiedzieć na twoje pytania.
To hasło pierwsze: lokalizacja i parkingi.
Mieliśmy świadomość, decydując się na tę inwestycję, że jej lokalizacja jest absolutnie kluczowa. Mamy więc lokalizację przy centrum komunikacyjnym, jakim jest Rondo Kaponiera, mamy szybki tramwaj do obu dzielnic, mamy kolej metropolitalną i regionalną, mamy PKS i nocne autobusy. Konia z rzędem temu, kto pokaże mi lepsze miejsce. Jeżeli chodzi o parkingi, to do dyspozycji gości, jak i mieszkańców jest ten duży, podziemny, na 250 aut pod Kaponierą, kolejny pod Bałtykiem. Pod samym teatrem będzie więc 70 miejsc parkingowych. Polityka miasta w zakresie parkingów jest taka, żeby mieszkańcy wyrobili sobie nawyk przyjeżdżania transportem publicznym do centrum.
A co z akustyką, drganiami? Tuż obok są tory kolejowe.
Jeżeli chodzi o akustykę i o drgania, to w tej chwili jesteśmy na etapie wylewania fundamentów. Na dnie wykopu powstaje mata wibroizolacyjna, która jest bardzo ważnym elementem konstrukcji przyszłego budynku. To właśnie ona odpowiada za ograniczenie drgań pochodzących z ruchu tramwajów, samochodów i pociągów. Pod płytą fundamentową układana jest specjalna warstwa wibroizolacji o różnej grubości (od 15 do 35 mm). Dodatkowe warstwy izolacyjne pojawią się także przy ścianach podziemia, tzn. między konstrukcją budynku a otaczającym ją gruntem. Sale widowiskowe od zewnętrznych hałasów oddzielone są trzema murami. Z badań wibroakustycznych wynika, że generalny wykonawca zapewnia nam poziom izolacji o kilkanaście procent wyższy niż ten konieczny. Wiemy, że powstanie nowy tor kolejowy, ale ponieważ kolej nie ma jeszcze projektu, będzie musiała dostosować się do nas, więc od tej strony jesteśmy zabezpieczeni. Spędziliśmy nad tym bardzo wiele czasu. Dzisiaj mamy możliwości technologiczne, które pozwalają lokalizować takie budynki w centrach miast i my z nich korzystamy.
A co z fasadą, której wizualizacja różni się od tej zaprezentowanej pierwotnie?
Odbiór tego budynku bazuje na wizualizacjach pokonkursowych pracowni Loeglera sprzed pięciu lat. Zmiany wynikają m.in. z tego, że pracownia robiła badania wibroakustyczne w czasie pandemii i zmniejszonego ruchu. Powtórne analizy wibroakustyczne dowiodły, że jednolita tafla szkła nie izoluje dostatecznie. Mieliśmy ostatnio spotkanie z profesorem Loeglerem, który zaakceptował ten kierunek. Przypominam też, że nad projektem pracują inni architekci z uwagi na to, że miasto Poznań rozstało się z pracownią Loeglera. Praca wciąż trwa. Z dużą wrażliwością podeszliśmy do tych bardzo krytycznych uwag. Wydaje mi się jednak, że kierunek, w którym podążamy, jest dobry i ten budynek spełni oczekiwania Poznaniaków. Stajemy na głowie, żeby byli dumni z tego miejsca.
Teatr ma 70 lat. Ty przeprowadzasz tu drugą rewolucję, a jak widzisz tę instytucję za kolejne 70 lat?
To może za 30, powiedzmy. Moim marzeniem jest, żeby ten teatr się dobrze wkomponował w miasto i rzeczywiście zaspokoił potrzebę Poznaniaków, by w czymś być "naj". Bo my w kolebce naszej państwowości, w zwycięskim powstaniu wielkopolskim, w zrywie przeciw reżimowi komunistycznemu 1956 roku byliśmy pierwsi. Na tym budujemy naszą tożsamość. Poznaniacy lubią być "naj" i wydaje mi się, że ten teatr przywróci też ich wiarę w Poznań. Przez wiele lat pracowaliśmy nad tym, żeby to był najnowocześniejszy, najbardziej dostosowany do potrzeb i widzów, i artystów obiekt. A my o epokę przeskakujemy wszystkie teatry. Działamy w systemie "doprojektuj i wybuduj". Do dzisiaj nie wybraliśmy nagłośnienia czy oświetlenia scenicznego. Zrobimy to najpóźniej jak się da, po to by mieć je "naj". Zjechaliśmy Polskę wszerz i wzdłuż, odbyliśmy wiele wizyt studyjnych, by uczyć się na błędach innych. Nasi specjaliści jadą wkrótce do Londynu i USA, by wybrać najlepszy system nagłośnieniowy. Mam nadzieję, że będziemy mogli powiedzieć z dumą: "Zobaczcie, to przetrwa lata, bo było naprawdę dobrze przemyślane i skonsultowane na wiele sposobów".
A mówiąc nie o budynku, ale o Teatrze?
To się łączy, bo skala tego budynku pozwoli na to, by odbywały się tu najważniejsze imprezy w mieście. Myślę, że uda nam się ugościć tu 300 tysięcy ludzi rocznie. Bo nowoczesność tego budynku przyciągnie do teatru nowych widzów.
Rozmawiała Agnieszka Nawrocka
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026