Kultura Poznań.pl

Historia

opublikowano:

Toast Wilusia i "zaprzańcy"

Cesarz Wilhelm II lubił przyjeżdżać do Poznania w sierpniu. Latem 1910 roku odbierał swój najnowszy zamek, a trzy lata później - imponującą kaplicę w stylu bizantyjskim. Ta druga wizyta wywołała niemałe emocje - jednak za sprawą... Polaków.

.
Wydanie "Dziennika Poznańskiego" z sierpnia 1913 r. z zapowiedzią wizyty cesarza Wilhelma II, fot. ze zb. Wielkopolskiej Biblioteki Cyfrowej

Dzień 26 sierpnia 1913 roku rozpoczął się deszczem. Mimo opadów od rana w kierunku Ławicy zmierzały oddziały armii niemieckiej, które miały wziąć udział w paradzie cesarskiej. O godzinie 7.15 na dworzec przyjechał osobnym pociągiem cesarz Niemiec Wilhelm II, a do składu doczepiono wagon salonowy dla bawarskiego rejenta księcia Ludwika. Przyjazd władcy powitano 33 strzałami armatnimi z fortów zachodnich. Cesarz i rejent odjechali automobilami do zamku. Dla bezpieczeństwa cesarza wszystkie ulice w okolicy zamku zostały zamknięte przez policję.

Przed południem Wilhelm II odebrał paradę na Ławicy, po której nastąpił uroczysty wjazd cesarza do miasta. Na obiad o godzinie 19 zaproszono 180 wojskowych. Następnego dnia cesarz miał odebrać kaplicę zamkową w wieży, a wieczorem podjąć cywilów obiadem w zamku.

Choć oficjalnym celem wizyty cesarza w 1913 roku był udział w manewrach oraz odbiór kaplicy w wieży zamkowej, szczególną uwagę polskiej prasy przykuł obiad galowy dla zaproszonych gości. Wśród nich znalazło się bowiem około trzydziestu Polaków: przedstawicieli samorządu, urzędników zamkowych, ale również ziemian, którzy przyjęli zaproszenia od kajzera. "Kurier Poznański" podał później ich nazwiska: gośćmi Wilhelma II zgodzili się być m.in. książę Ferdynand Radziwiłł, księżna Olgierdowa Czartoryska, książę Drucki-Lubecki, biskupi Edward Likowski i Wilhelm Kloske, wreszcie hrabiowie Ignacy Mielżyński, Stanisław Turno, Roman Komierowski, Stanisław Mycielski, Mieczysław Kwilecki i Józef Żychliński.

"Dziennik Poznański" nie potępiał ich z tego powodu. Uznał jednak, że obecność wielkopolskich ziemian - choć motywowana chęcią upomnienia się o prawa Polaków - świadczy o ich naiwności. "Nigdy przecież położenie nasze nie było tak ciężkie, jak w obecnej chwili, nigdy system tamujący nam wszelką swobodę ruchu, wszelką manifestacyę naszego życia narodowego nie wysilał się do tego stopnia, co w ostatnich latach" - konstatował na trzy dni przed przyjęciem komentator "Dziennika".

- Niechaj także rzetelna praca i opieka, które okazują królowie pruscy od wielu lat prowincyi poznańskiej, przyczyniają się coraz bardziej do ukształtowania się jej jako trwałej i pięknej części wspaniałej budowy naszej pruskiej, naszej niemieckiej ojczyzny - przemówił podczas obiadu na zamku Wilhelm II. I dodał: - Piję na błogą i pomyślną przyszłość prowincyi i jej mieszkańców!

Żadnego gestu w stronę Polaków jednak nie wykonał. Co więcej, wyraził nadzieję, że mieszkańcy Poznania "bez względu na narodowości i wyznanie" złączą się węzłem miłości do pruskiej ojczyzny. A to dla polskich środowisk patriotycznych zabrzmiało jak obelga. "Każdy polak (pisownia oryginalna - red.), o ile nie jest moralnie czy umysłowo niepoczytalny, przyzna, że taki program »ugody« jest dla społeczeństwa polskiego programem całkowitego zaprzaństwa narodowego, jest budowaniem grobu dla naszej przyszłości narodowej" - komentował rozsierdzony publicysta "Kuriera Poznańskiego".

Polacy z reguły bojkotowali wizyty cesarza w mieście. W 1902 roku Wilhelma II przywitały zaciągnięte żaluzje i story w oknach mieszkań i sklepów Polaków. Podobnie było w 1910. Ale w 1913 roku sytuacja wyglądała już nieco inaczej - oprócz udziału polskich ziemian na obiedzie na zamku wzburzenie wywołał też fakt udekorowania na okoliczność przyjazdu cesarza fasady... Bazaru, uchodzącego wszak za ostoję polskości.

"Zaprzańcy" - głosił tytuł publikacji "Kuriera Poznańskiego", piętnujący ozdoby na Bazarze. "Są rzeczy, które trzeba widzieć na własne oczy, by pojąć ogrom ich potworności. Do takich potworności należy udekorowany na cześć pruskich uroczystości Bazar polski. Dekorowanie rozpoczęto w niedzielę w południe. Kto wczoraj czy dzisiaj przechodził koło Bazaru, nie mógł się od niego nie odwrócić z poczuciem pogardy i wstrętu wobec tej przepaści upodlenia, w jaką stoczyła się część naszej arystokracji ziemiańskiej. (...) Pomiędzy zaprzańcami otwartymi i tymi, co zakapturzeni kryci za nimi - a resztą społeczeństwa rozwarła się przepaść nieprzebyta" - komentował "Kurier".

Decyzja właścicieli Bazaru o przystrojeniu budynku na wizytę pruskiego władcy wywołała demonstracje w najbliższym otoczeniu hotelu. Sykanie, gwizdy i obelgi powitały polskie arystokratki, które wychodziły z Bazaru na spotkanie z cesarzową. Na kilka z nich wylano ponoć płyny wydzielające "niemiłą woń". Interweniowała policja. Podobne dantejskie sceny rozegrały się wieczorem, gdy z Bazaru wyjeżdżali na obiad u cesarza polscy ziemianie - ich również oblano podobno śmierdzącymi płynami. Wychodzący równolegle z Hotelu Rzymskiego Niemcy, wyraźnie ubawieni całym zdarzeniem, odjechali do zamku nie niepokojeni.

Wieczorem na Bazarze rozbłysła iluminacja (co warto jednak podkreślić, żaden z kupców, którzy mieli swoje lokale w budynku, nie rozświetlił swojej witryny). Rozemocjonowane tłumy wygrażały wracającym z zamku ziemianom do późnej nocy. Było tak gorąco, że policja znowu musiała otoczyć Bazar kordonem.

Następnego dnia wizyty w Poznaniu cesarz odwiedził też świeżo odrestaurowany ratusz. Witany był w nim przez nadburmistrza Ernsta Wilmsa, ale polscy radni - w odróżnieniu od ziemian - odmówili udziału w uroczystości na ratuszu. - Sztuka budowniczych wskrzesiła ten stary ratusz we wspaniałej okazałości dawnych dni i chętnie przybyłem dzisiaj, by dzieło to poświęcić - przemówił kajzer. Przypomniał, że na szczycie ratuszowej wieży spoczywa "korona moja królewska", i wyraził nadzieję, że w ratuszu zgodnie pracować będą miejscy radni. Nie omieszkał też przypomnieć, że po jego decyzji o usunięciu pierścienia fortyfikacji dla Poznania nastał czas "szybkiego rozkwitu".

Jeśli Polacy liczyli na łaskawość władcy, nie doczekali się żadnej jej oznaki. "Bilans polityczny uroczystości cesarskich wypada więc dla nas bardzo ujemnie" - ocenił kilka dni później na łamach "Dziennika Poznańskiego" Wojciech Korfanty.

Trzy lata wcześniej cesarz wraz z żoną odebrali klucze do zamku z rąk jego budowniczego, Franza Schwechtena. "Wiluś zamek zbudował. I cóż w tym tak złego? Przyjdziemy może kiedyś już do gotowego?" - mawiali wtedy prześmiewczo Polacy. Przepowiedzieli przyszłość.

Piotr Bojarski

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019