Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

O kilku zdjęciach Zbigniewa Zielonackiego (1910-1981)

Zniszczona zabudowa wewnętrzna Starego Rynku, fot. Z. Zielonacki - grafika artykułu
Zniszczona zabudowa wewnętrzna Starego Rynku, fot. Z. Zielonacki

Jest początek 1945 roku. Zbigniew Zielonacki przemierza Poznań i utrwala zastane sytuacje i obrazy na kliszy fotograficznej. Tego dnia był na Chwaliszewie. Wybuch. Troje ludzi ucieka przez chmurę dymu, która kłębi się i unosi, zakrywając zniszczone kamienice. Chwila niepewności i niewiedzy. Co się wydarzy? Reporter ryzykuje. Robi jeszcze jedno zdjęcie i sam ucieka. Na wywołanej fotografii zobaczy później ciemne sylwetki latarni. To również one sprawiają, że zdjęcie przestaje być zwykłym reportażem, a staje się sztuką.

Zielonacki nie ryzykował po raz pierwszy. W jego karierze fotoreportera zdarzało się wiele momentów, w których musiał lub chciał ryzykować, aby zrobić "dobre" zdjęcie. Nigdy jednak nie znalazł się w sytuacji bezpośredniego zagrożenia, katastrofy i niewyobrażalnego zniszczenia. Nie przypuszczał też, że tych niezwykłych okolicznościach, w których przyszło mu pracować, znajdzie inspirację i temat życia.

Kończy się wojna. Krajobraz miasta zmienia się. Ruiny. Początkowo to one stają się bohaterami zdjęć Zielonackiego. Będzie je fotografował okiem reportera, dokumentalisty. Ale przyjdą momenty, kiedy Zielonacki - fotoreporter ustąpi miejsca Zielonackiemu - fotografikowi. Cofnijmy się jednak w czasie, aby nadać kontekst działalności Zielonackiego.

W okresie międzywojennym Poznań jest istotnym ośrodkiem fotografiki. Nie chodzi jedynie o dużą ilość zakładów fotograficznych, co o działalność teoretyczną propagującą fotografię i praktykę ukazującą nowe możliwości techniczne i artystyczne. Spośród kilku działających w Poznaniu doskonałych fotografików warto wymienić Kazimierza Gregera oraz Romana Stefana Ulatowskiego. Obaj mają ogromny wkład w rozwój fotografiki w Poznaniu. Obaj także fotografują, każdy inaczej.

Kazimierz Gregier, właściciel jednej z najlepiej prosperujących firm fotograficznych w kraju, znany jest przede wszystkim z dokumentowania powstania wielkopolskiego. Jego zdjęcia stanowią nie tylko kapitalne źródło historyczne, są też wynikiem świadomej reporterskiej postawy wobec medium i tematu.

Ulatowski natomiast zasłynął jako fotograf miasta. W latach 20. rozpoczął pracę nad dokumentacją zabytków Poznania. Fotografie kompletowane były w teki - każda z 24 poświęcona była innemu obiektowi. Zdjęcia Ulatowskiego różnią się estetycznie od zdjęć Gregera. Ich bohaterami są budynki i miejsca z ich przestrzenią, światłem, walorem i dekoracyjnością. Każde z najsłynniejszych zdjęć Ulatwoskiego to - w całym tego słowa znaczeniu - portret przedmiotu i przestrzeni w ten przedmiot ujętej.

Zbigniew Zielonacki jest o pokolenie młodszy od Gregera i Ulatowskiego. Wzrasta jednak w atmosferze wypełnionej fotografiami obu autorów (Greger i Ulatowski wydawali swoje prace także w formie pocztówek). Wpływ, jaki niewątpliwie wywarły na nim zdjęcia obu fotografików, miał się jednak ujawnić w najmniej oczekiwanym momencie.

Przez cały okres międzywojenny Zielonacki pracuje dla największych czasopism wydawanych w Poznaniu. Zawód fotoreportera wymaga od niego czujności, mobilności i doskonałego opanowania warsztatu fotografa. Umiejętności te stały się niezbędne do ukazania miasta na początku 1945 roku. Fotografia z Chwaliszewa ukazuje zdolność Zielonackiego do szybkiego reagowania i kadrowania sceny dynamicznej i pełnej wyrazu. Kiedy jednak opada pył wojny, nastaje wyciszenie, zdjęcia Zielonackiego zmieniają się.

To on prowadzi nas przed Bibliotekę Rzczyńskich. W niespotykanym dotychczas kadrze ukazuje fragment zniszczonej kolumnady budynku. Nic więcej. Fotograf daje przemówić murom, jak niegdyś robił to Ulatowski. Jednak zdjęcia Zielonackiego są inne. Budynki rozdarte, podziurawione, zawalone. Fotograf wydobywa z nieładu zniszczenia smutne piękno, które paradoksalnie ma równie silną wymowę estetyczną, co dawne zdjęcia poznańskich budowli w ich pełnej krasie. Jeszcze jedna fotografia i raz jeszcze Biblioteka Raczyńskich. Tym razem kadr jest jeszcze węższy. Cztery kolumny stojące na gołych murach podtrzymują przerwane belkowanie, z którego - jakby wygięte bólem - wychodzą stalowe pręty. Pełnia ekspresji wyrażona jedynie fragmentem zniszczonego budynku. Diagonalna kompozycja,która wzmaga niepokój. W podobny sposób fotograf prezentuje jeszcze kilka obiektów i miejsc w Poznaniu.

Zielonacki z pewnością przez całe swoje dotychczasowe zawodowe życie poszukiwał tematu, który pozwoliłby uwolnić mu własny temperament. Szukał go pośród ludzi. Znalazł je w szczątkach miasta. One pozwoliły mu stać się artystą, bo tylko artysta potrafi zbudować narrację z najmniejszej cząstki otaczającego go świata. Fotografowanie ruin było z pewnością dla Zielonackiego przełomem. Stał się dojrzałym fotografikiem. Jednak historia zdjęć z 1945 roku na tym się nie kończy.

Przyszedł czas, kiedy pośród zniszczonego miasta zaczęli pojawiać się mieszkańcy. Zielonacki, który zwykł fotografować głównie ludzi, podchodzi do nich teraz z dystansem. Wciąż skupia swoją uwagę na zniszczonym mieście. Postacie to tylko sztafaż. Konieczność. Z niej pewnie powstały kolejne fotografie o niezwykłej wymowie. Oczyszczona z gruzów ulica 23 Lutego: ruiny, które wyglądają jeszcze bardziej nienaturalnie i ludzie, którzy dokonują codziennych życiowych czynności - jak gdyby nic się nie stało.

W kolejnych fotografiach daje się uchwycić następna przemiana autora. Pozwala on postaci wejść w kadr, pozwala jej ponownie stać się równoprawnym bohaterem zdjęcia. Zniszczona tarcza zegara z wieży ratuszowej. Zielonacki fotografuje moment. Praca godna artysty i fotoreportera. Na gruzach leży fragment tarczy zegarowej. Wyraźnie widoczne są łacińskie cyfry. Fragmenty budynków, jakaś kratownica, która wygina się bezcelowo. I nagle, w tej apokaliptycznej scenie, pojawia się postać. Właściwie ona się nie pojawia, ona tam jest. Jest w centrum kadru, pochylona nad tarczą zegara. Szukająca, dotykająca, jakby zespolona ze zrujnowanym miastem. Anonimowa i istniejąca poza czasem. W tej fotografii Zielonacki ukazuje mistrzostwo swojego warsztatu - spostrzegawczość, refleks a także doskonałe wyczucie estetyczne.

Kolejne zdjęcia będą już inne. Będą miały w sobie nadzieję. Najbardziej symboliczne są te ukazujące odbudowę ratusza. Jest wśród nich również zdjęcie nieco inne, nie ukazujące rusztowań i pracy. Pośród zniszczenia i niepokoju, dwoje ludzi przedostaje się na szczątki ratuszowej wieży. Jeden z nich za chwilę zagra hejnał - pierwszy od lat. Drugi wykona zdjęcie.

***

Fotografie Zbigniewa Zielonackiego z 1945 roku są nieocenionym dokumentem epoki. Nie tylko ukazują stopień zniszczenia miasta, ale przede wszystkim pozwalają miastu przemówić. Mają tu głos słupy latarni ulicznych, mówią ty mury najbardziej znanych poznańskich budowli, wreszcie przemawiają ludzie. Swoją pracą Zbigniew Zielonacki, zyskuje z pewnością miejsce wśród najistotniejszych fotografów poznańskich XX wieku.

Maciej Szymaniak