Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

Ciała (nie)doskonałe

W klasycznym balecie kobiece ciało ma zachwycać lekkością, precyzją i perfekcją, a wysiłek, który stoi za tym obrazem, powinien pozostać niewidoczny. W spektaklu "Kocham balet" Ramona Nagabczyńska przygląda się tej tradycji z innej perspektywy. Nie odrzuca baletowego języka, lecz przejmuje go i wykorzystuje na własnych zasadach.

. - grafika artykułu
fot. Pat Mic

Piękne, eteryczne i doskonałe - takie są bohaterki cenionych na świecie dzieł baletowych.  Wcielają się w role księżniczek, nimf, duchów lub łabędzic, zawsze zawieszonych pomiędzy światem rzeczywistym a fantazją. Ich ciała powinny pozostać młode, szczupłe, elastyczne, pozbawione oznak zmęczenia. W balecie nie ma miejsca na fizyczną niedoskonałość, a ciało tancerki, chociaż podlega rygorystycznej dyscyplinie (kontrola wagi, przekraczanie fizycznych granic, częste treningi, odporność na ból), ma kojarzyć się wyłącznie z delikatnością skrojoną pod male gaze (męskie spojrzenie - przyp. red.). Klasyczne produkcje baletowe odbierają tancerkom sprawczość, sprowadzając je do roli obiektu, który ma być eksponowany, oceniany i podziwiany. Kontrola przypisana jest tancerzom, którzy prowadzą, podnoszą i podtrzymują partnerki, demonstrując tym samym siłę i techniczną sprawność. Wysiłek baletnic ma pozostać niewidoczny. 

"To świat skonstruowany przez mężczyzn dla mężczyzn. O ich fantazjach" - mówi Ramona Nagabczyńska, tancerka i choreografka "Kocham balet", spektaklu prezentowanego 16 i 17 października w Pawilonie. Nagabczyńska do projektu zaprosiła Agatę Siniarską, Aleksandrę Borys i Karolinę Kraczkowską - wszystkie artystki zajmują się tańcem, ale zaczynały edukację w szkołach baletowych. Punktem odniesienia dla spektaklu stało się "Jezioro łabędzie" Piotra Czajkowskiego. To oczywiście historia o miłości: o księciu Zygfrydzie, który zakochuje się w Odetcie, dziewczynie przemienionej w łabędzia. Według tradycyjnej wersji Odetta i pozostałe bohaterki za dnia są łabędziami, a nocą odzyskują ludzką postać. Zygfryd przysięga dziewczynie miłość, ale zostaje oszukany przez czarnego łabędzia, który się pod nią podszywa - Odylę.

Pamięć ciała

"Kocham balet" rozpoczyna się od długiej sekwencji rozciągania i ustawiania ciał. Każda z tancerek wykonuje ruchy, które przywodzą na myśl przygotowanie do lekcji baletu. Co ciekawe, po każdej sekwencji ćwiczeń rozciągających performerki zastygają w pozach, tworząc wspólnie coś na kształt żywej rzeźby złożonej z konstelacji ciał. Akcja rozwija się powoli, w ciszy, w białym, niemal laboratoryjnym świetle - to okazja, by przyjrzeć się kostiumom zaprojektowanym przez Dominikę Olszowy. Tancerki noszą body w odcieniach cielistego różu, beżu i pasteli, półprzezroczyste tiule oraz zwiewne satynowe materiały ozdobione falbankami, cekinami i piórami. Ich włosy zaczesane są w gładkie koki. W jednym z kostiumów zauważamy niewielkie, zdeformowane skrzydełka. Stroje z jednej strony przywołują baśniowy i idealizowany świat baletu, z drugiej są aż nazbyt dekoracyjne, celowo niedopracowane, może nawet groteskowe? Baletnice nie są w tej historii perfekcyjnymi, subtelnymi i eleganckimi postaciami - uwodzą publiczność spojrzeniem, przyjmując kpiące pozy. 

Scenografia jest minimalistyczna: w lewej części sceny znajduje się kilkaset point, z których ułożono łabędzia, a nastrój budowany jest głównie przez muzykę skomponowaną przez Daniela Szweda i grę świateł, za którą odpowiada Piotr Pieczyński. Z ostrego, białego światła przechodzimy do bardziej baśniowej, choć podszytej niepokojem krainy. Sekwencje ruchów wykonywane przez tancerki zaczynają coraz bardziej przypominać klasyczny balet romantyczny, pojawiają się też elementy pantomimy - każda z performerek wykonuje te same gesty nawiązujące do "Jeziora łabędziego". Ruch jest zapętlony i fragmentaryczny, przypomina wyuczony, wpisany w pamięć ciała mechanizm. W kolejnej scenie Aleksandra Borys wciela się w rolę nauczycielki baletu i wypowiada kilka słów w języku rosyjskim, równocześnie korygując ustawienie ciał baletnic. To chyba jedyny tak wyrazisty moment, w którym skojarzenie z opresyjnym i przemocowym systemem pojawia się w tak bezpośredni sposób. Choć spektakl z pewnością przywoływał traumy związane z baletową edukacją performerek, Nagabczyńska w wywiadach wielokrotnie wspominała, że nie chciała, by była to opowieść wyłącznie o traumie - i nie jest.

Łabędzi bunt

Można odnieść wrażenie, że wraz z rozwojem opowieści pojawia się coraz większe napięcie. Narasta niejasne przeczucie, że coś za chwilę się wydarzy. Po scenie przywodzącej na myśl lekcję baletową tancerki podchodzą do figury łabędzia ułożonej z point. Zbliża się czas właściwego spektaklu - artystki zaczynają szukać odpowiednich butów. Dekonstruują figurę łabędzia, wyciągając z niej kolejne pary, które następnie w geście irytacji rozrzucają po scenie. Dlaczego tak wiele z nich nie pasuje? Kiedy, po dłuższej chwili, tancerki znajdują odpowiednie buty, zaczynają wyginać ich podeszwy i uderzać nimi o podłogę. Dźwięk trzaskania i łamania wprowadza nerwowe napięcie i wypełnia przestrzeń Pawilonu. Cały proces wydaje się trwać dłużej niż powinien. Warto jednak pamiętać, że dopasowywanie i zmiękczanie point to standardowy element przygotowań baletnic. W tym przypadku gest ten zostaje nie tylko zwielokrotniony, ale i przerysowany - jedna z performerek uderza pointą o powierzchnię podłogi z taką siłą, że zostawia widoczny ślad. Tancerki zakładają wreszcie pointy i zaczynają tańczyć. 

Wcześniejsze sceny rozgrywały się w ciszy lub przy dźwiękach muzyki Camille'a Saint-Saënsa (z klasycznego solo "Umierający łabędź"), w końcowej fazie spektaklu muzyka zmienia się diametralnie. Najpierw zaskakuje nas bardzo głośny i niekomfortowy odgłos przypominający wystrzał armatni, a następnie zalewa nas fala głośnej, rytmicznej muzyki z pogranicza noise'u i techno, której towarzyszy ostre, kobaltowe oświetlenie. Performerki wykonują sekwencję ruchów na pointach i wielokrotnie przemieszczają się w grupie w stronę widowni, po czym wracają na tył sceny. Zrównują się z pierwszym rzędem widowni, tym samym przełamując granicę pomiędzy sceną a bezpieczną przestrzenią obserwacji. Performerki kierują spojrzenia w stronę widzów i poruszają się zdecydowanie, kiedy zbliżają się do publiczności, przypominają oddział ruszający do ataku, a powtarzalność ich kroków przywodzi na myśl marsz bojowy. Ruch następuje falami, z każdym kolejnym "natarciem" wydaje się coraz bardziej intensywny. 

Po chwili performerki formują krąg i wirują wokół jego osi, wykonując serię piruetów. Poruszają się z dużą prędkością, jakby wciąż pozostawały w amoku poprzedniej sceny. Stopniowo dostrzegamy jednak pierwsze oznaki zmęczenia. Tancerki przeplatają kolejne piruety chwilami wytchnienia, podczas których zwalniają i przechodzą do zwykłego chodu. Ich ruchy stają się coraz mniej precyzyjne, a utrzymanie wcześniejszej dynamiki wymaga coraz większego wysiłku. Mimo narastającego wyczerpania nie rezygnują z kolejnych prób - każda na swój sposób bada granice własnej wytrzymałości, ponownie wprawiając ciało w ruch i podejmując wysiłek wykonania następnego piruetu. 

"Kocham balet" to opowieść o pamięci zapisanej w ciele i odzyskiwaniu sprawczości. W miejsce oczekiwanej w przypadku baletu lekkości pojawia się wysiłek, zamiast perfekcji widzimy zmęczenie, a tak ceniona w środowisku precyzja staje się w tym przypadku narzędziem oporu. Nagabczyńska wydobywa na pierwszy plan to, co w balecie zostaje głęboko ukryte: wiek, ciężar ciała, jego ograniczenia. Spektakl jest z jednej strony aktem oporu, z drugiej zaś - wyznaniem miłości do tańca i próbą pozbawienia go ciężaru przeszłości. 

Klaudia Strzyżewska

  • "Kocham balet"
  • Pawilon
  • recenzja z 16.10

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026