Kultura Poznań.pl

Film

opublikowano:

Wieczna euforia

Miłość do seriali nie jest bynajmniej wynalazkiem naszych czasów. Jej objawy można znaleźć w każdej epoce, a nawet na przestrzeni epok, w których dopisywano przecież nowe przygody postaciom stworzonym w zupełnie innych okolicznościach historycznych.

.
"Euforia" (fot. HBO)

Czym, jak nie głębokim przywiązaniem publiczności do bohatera, tłumaczyć fakt, że wciąż powraca - w literaturze, kinie, telewizji, teatrze, a także w grach komputerowych - Sherlock Holmes? Detektyw nie zmienił od XIX wieku miejsca zamieszkania (londyńska Baker Street) i przetrwał kolejne zakręty dziejowe. Wciąż, mimo nałogu narkotykowego, pozostaje w dobrym zdrowiu i świetnej kondycji intelektualnej, czego dowodem chociażby niedawny serial BBC z Benedictem Cumberbatchem w roli głównej.

Twórca Sherlocka, Arthur Conan Doyle, śmiertelnie znużony wymyślaniem zagadek z udziałem Holmesa, uśmiercił go w roku 1893 w opowiadaniu Ostatnia zagadka. Czytelnicy byli jednak tak tą śmiercią zszokowani (wielu nosiło nawet czarne opaski na znak żałoby), że dziesięć lat później pisarz uległ ich presji i wskrzesił detektywa.

Na szczęście (albo nieszczęście, jak kto woli) Henryk Sienkiewicz nie musiał "zmartwychwstawać" Wołodyjowskiego, a Bolesław Prus Wokulskiego. Bohaterowie ci znani nam są z Trylogii i Lalki, książek, które także były najpierw publikowane jako powieści w odcinkach na łamach "Słowa" (Trylogia) i "Kuriera Codziennego" (Lalka). Pojawiały się one nieregularnie i z dużymi przerwami. Biedni czytelnicy! Musieli uzbroić się w anielską cierpliwość, jeśli chcieli poznać dalsze losy ukochanych postaci. Raz Prus zrobił sobie nawet długą przerwę wakacyjną i mimo ponagleń redaktorów "Kuriera..." nie przysłał w umówionym terminie obiecanych odcinków Lalki. Zgroza!

W latach 70. i 80. XX wieku, w czasach mojego dzieciństwa, seriale, już telewizyjne, gromadziły po "Dzienniku" całą Polskę. O ile dobrze pamiętam, zarezerwowane były dla nich wieczory niedzielny, wtorkowy i czwartkowy. Przy czym czwartek obowiązkowo należał do seriali kryminalnych typu Kojak czy Colombo, w którym zagadka "kto zabił?" znajdowała rozwiązanie w ramach jednego odcinka. W przypadku pozostałych serii trzeba było czekać cały tydzień na rozwój akcji. Cóż to była za udręka! Widz mógł się poczuć zupełnie jak Niewolnica Isaura, bohaterka niezwykle w Polsce popularnej brazylijskiej telenoweli, nękana przez złego Leoncia właśnie co wtorek. W pozostałe dni tygodnia wspomniana wyżej "cała Polska" dyskutowała zawzięcie i gubiła się w domysłach, co też naszej niewolnicy los tym razem zgotuje.

Potem zaczęto emitować w polskiej telewizji amerykańską Dynastię, już w rytmie codziennym, wkrótce powstała też pierwsza polska opera mydlana, W labiryncie. Później, po przełomie ustrojowym, przyszły kolejne Klany i M jak miłość. Wydawało się, że serial jako gatunek przeżywa jednak regres. Został zredukowany do rangi góra półgodzinnych kuchennych opowieści, które gdzieś tam sobie płyną z telewizora i wypełniają coraz bardziej nadmuchaną ramówkę. Seriale o większych ambicjach, oryginalne w formie i treści - takie jak np. Twin Peaks Davida Lyncha - powstawały okazjonalnie i skierowane były do koneserów.

Renesans seriali zaczął się na początku naszego wieku, kiedy to Alan Bell stworzył Sześć stóp pod ziemią. Serial nie dość że rozgrywający się w niezbyt napawającym optymizmem miejscu, czyli w domu pogrzebowym, to jeszcze pokazujący wprost, i to z czarnym poczuciem humoru, te wszystkie zjawiska, o których seriale telewizyjne dotąd raczej milczały: seks (także w wersji homo), nagłą śmierć, samobójstwo, przemoc, nałogi etc. Wiązało się to generalnie ze zmianą postawy stacji telewizyjnych (uściślijmy, amerykańskich, polskie mają wciąż sporo do nadrobienia), które postanowiły wyskoczyć do przodu i znaleźć się w awangardzie przemian. Zarówno obyczajowych, jak i filmowych.

Dotychczas po "treści zakazane" biegało się do kina. Telewizja uchodziła za "konserwę", w której nie zobaczymy nic, co mogłoby urazić "przeciętnego" widza. Żadnych nagości, bluźnierstw, żadnej też skomplikowanej narracji. A tu proszę! Wraz z rozwojem internetu rewolucja ta przeniosła się z ekranów telewizyjnych do sieci, na platformy streamingowe. Postęp jest tak wielki, że np. niedawno dziennikarze z wypiekami na twarzy donosili, iż serial Euforia pobił wszelkie rekordy, jeśli chodzi o liczbę penisów w jednej scenie.

Ale nie o penisy przecież w tym wszystkim biega. A przynajmniej nie tylko o nie. Uzależnienie od seriali jest, zwłaszcza wśród młodych widzów, ogromne. Przyspieszenie technologiczne, ale także bogactwo oferty sprawiły, że dystrybutorzy zrezygnowali z wydzielania kolejnych odcinków. Wypuszczają do sieci od razu cały sezon - kilka lub kilkanaście odcinków. Niedawno mój znajomy, który musi wstawać do pracy na ósmą rano, przyznał się, że do czwartej oglądał jakiś Czarnobyl czy inne Czarne lustro. Nie mógł się oderwać. Seriale mogą być zresztą podstawą wykluczenia towarzyskiego. O czym tu bowiem z tobą gadać, jeśli nie "łyknąłeś" w całości, i to od razu po premierze, najnowszej produkcji Netfliksa czy HBO? Zdaje się, że seriale stały się czymś w rodzaju społecznie akceptowanego i powszechnie dostępnego narkotyku.

Sam, prawdę mówiąc, za serialami nie przepadam. Albo też zwyczajnie za nimi nie nadążam. Przynajmniej nie nadążam za ich marketingiem. Przeszkadza mi także w nich brak zwięzłości. Gadulstwo. Ciągnięcie za uszy fabuły już nie tylko do następnego odcinka, ale i do następnego sezonu. I jeszcze jednego... Zrezygnowałem z oglądania serii Narcos, gdy w ósmym epizodzie drugiego sezonu agenci wciąż nie byli w stanie dopaść barona narkotykowego, Pablo Escobara.

Nie moralizujmy jednak, bo też problem, jeśli już, nie tkwi w samych serialach, a w konformizmie odbiorczym, który każe nam ciągle być "na bieżąco". I to w stanie wiecznej euforii i wiecznego niezaspokojenia. Nieustającej potrzeby nowych bodźców, nowych tytułów. Tymczasem z serialami jest jak z wielotomową powieścią. Warto po nią sięgnąć w swoim czasie i w swoim rytmie.

Bartosz Żurawiecki

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2020