Kultura Poznań.pl

Film

opublikowano:

PROSTO Z EKRANU. Siła sióstr

Mimo zrealizowanych wcześniej kilkunastu ekranizacji (w tym ostatniej z 1994 roku, z Winoną Ryder i Christianem Balem w rolach głównych) Małe kobietki nadal stanowią interesujący temat dla współczesnego kina. To fenomen na miarę Ani z Zielonego Wzgórza - evergreen o dorastaniu, utraconym na zawsze beztroskim dzieciństwie i problemach dorosłości, z którymi na początku zmagamy się po omacku.

fot. materiały dystrybutora
fot. materiały dystrybutora

Gretę Gerwig lubię od czasów jej znakomitej tytułowej roli w Frances Ha z 2012 roku, kiedy to wcieliła się w postać zwariowanej i nieco zagubionej mieszkanki Nowego Jorku, która śmiało goni za marzeniami i nigdy się nie poddaje. Do dziś nie mogę jednoznacznie stwierdzić, czy był to bardziej dramat, czy komedia, jednak właśnie ta niejednoznaczność nadała Gerwig w moim osobistym rankingu miano "głosu mojego pokolenia". Tym razem Greta już po raz kolejny woli stać po drugiej stronie kamery, co jak wiemy od czasu wejścia na ekrany kin Lady Bird (2 Złote Globy i 15 innych nagród), wychodzi jej równie dobrze, jak bycie aktorką. O ile jednak historia dojrzewającej w kalifornijskim Sacramento Christine to uderzająco współczesny refleks przeistaczania się nastolatki w młodą kobietę, o tyle Małe kobietki w wykonaniu Gerwig okazują się uniwersalną opowieścią na ten sam temat. Uniwersalną zwłaszcza dlatego, że powieść Louisy May Alcott pod tym samym tytułem ukazała się w Stanach Zjednoczonych w połowie XIX wieku, a mimo to przyciąga uwagę i dotyka niestety wciąż aktualnych tematów ograniczania kobiecej wolności w sferze politycznej, ekonomicznej i społecznej.

Oto przyglądamy się codzienności czterech sióstr March: buntowniczej i niezależnej Jo (Saoirse Ronan), skromnej i opiekuńczej Meg (Emma Watson), niesfornej i  humorzastej Amy (Florence Pugh) oraz cichej i grzecznej Beth (Eliza Scanlen). Od kiedy ojciec dziewcząt wyjechał na front wojny secesyjnej, ich złożone i skrajnie różne charaktery usiłuje poskromić matka Marmee (Laura Dern) oraz obrzydliwie bogata ciotka March (znakomita jak zawsze Meryl Streep!), która manipuluje swoimi bratanicami, usiłując wybrać godną dziedziczkę swojego majątku. Do znakomicie rozpisanych i zagranych ról kobiecych dołączają doskonale uzupełniające je role męskie: bogaty i buńczuczny chłopak z sąsiedztwa Theodore "Laurie" Laurence (Timothée Chalamet) oraz John Brooke (James Norton). Dzieje się tu dużo i często, bo codzienność dorastających sióstr March to nieustanna przygoda przeplatana rodzinnym ciepłem, radosnym gwarem i artystycznymi eksperymentami. Każda z nich posiada jakiś odrębny talent - od pisarstwa, przez aktorstwo i muzykę, aż po malarstwo. Każda też do końca nie wierzy we własne siły, nieustannie zmagając się z poczuciem, że jest niewystarczająco dobra w tym, co robi. To właśnie od tej niepewności rozpoczyna się feministyczne przesłanie Małych kobietek. Bohaterki nieustannie bombardowane są przez otoczenie oczekiwaniami związanymi z właściwym prowadzeniem się, dotrzymywaniem "standardów" zachowania i etykiety, a wreszcie bogatym wyjściem za mąż. Bo jak wiadomo "jeśli główną bohaterką powieści jest dziewczyna, na koniec musi wyjść za mąż", a gdy idzie o życie na własnych zasadach "nikt tak nie robi, a na pewno nie kobiety".

Retrospekcje, jakie Gerwig stosuje w opowiadaniu beztroskiego dzieciństwa swoich bohaterek i brutalne "teraz", które przedstawia w momencie, gdy wchodzą w dorosłość, to dobrze przemyślane, płynnie przeplatające się sekwencje, które pozwalają jeszcze lepiej unaocznić fakt, jak uniwersalne okazują się opisane przez Alcott mechanizmy rządzące przemijaniem i sytuacją kobiet, nawet 150 lat później. W tym nieoczywistym kinie kostiumowym jak w zwierciadle przeglądają się stereotypy i klisze dotyczące kondycji wszystkich bez wyjątku kobiet, które wprawdzie zdążyły już zrzucić krępujące ruchy gorsety, ale wciąż jeszcze mają dużo do zrobienia.

Anna Solak

  • Małe kobietki
  • reż. Greta Gerwig

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2020