Kultura Poznań.pl

Film

opublikowano:

MILLENNIUM DOCS. Dziś Jezus jest czarnym aktywistą

Milo Rau w Nowej Ewangelii na bohatera przedstawienia pasyjnego wybrał kameruńskiego rolnika i aktywistę. Yvan Sagnet walczy o godność pracowników rolniczych wykorzystywanych przez mafię kontrolującą częściowo tę gospodarkę. Przed kamerą staje się najbardziej charyzmatycznym i fascynującym Jezusem, którego widziałem w kinie.

. - grafika artykułu
"Nowa Ewangelia", fot. materiały dystrybutora

Film biblijny, bądź - jak określają to Niemcy - film sandałowy, jest osobnym gatunkiem filmowym. Jego historia jest równie długa jak samo kino. Ten powiew przeszłości doskonale czuć w Materze - mieście na południu Włoch, do którego przybywa szwajcarski reżyser teatralny i filmowy Milo Rau, aby zarejestrować przedstawienie pasyjne. Dlaczego właśnie tam? Bo na miejscu wszystko jest już praktycznie gotowe i tylko czeka na rewizytę. To właśnie w Materze Pier Paolo Pasolini kręcił poetycką Ewangelię według św. Mateusza, a Mel Gibson swoją brutalną Pasję. Nad miastem góruje wzgórze udające Golgotę, które wręcz wygląda kolejnego ukrzyżowania. Minione produkcje pozostawiły po sobie pewne udogodnienia. W gotowe dołki wystarczy wstawić krzyż, dokręcić śruby i cyk - gotowe, można ruszać z przedstawieniem! Rau nie jest tu jednak po to, aby podążać wyślizganymi koleinami wyznaczonymi przez Pasoliniego czy Gibsona. Oczywiście w pewnym sensie do nich nawiązuje, lecz doprawdy niewiele jest tu dla niego do wykorzystania. Ma zresztą znacznie bardziej oryginalny pomysł i nie musi bawić się w bycie epigonem.

Nowa Ewangelia nie jest typowym filmem biblijnym, a raczej dokumentem prezentującym kulisy powstawania przedstawienia pasyjnego. To przedstawienie z kolei jest jednak tylko pretekstem do opowiedzenia o działaniach aktywistów walczących o prawa pracowników rolnych w regionie Matery, którzy są eksploatowani przez mafię, żyjąc i pracując w niezwykle ciężkich i niegodnych warunkach. Większość z nich to uchodźcy z Afryki, a w tym gronie uwagę Raua przykuwa Yvan Sagnet. Ze swoimi zdolnościami przemawiania do ludzi, odwoływania się do ich emocji i poczucia przyzwoitości, a także z powodu - bądźmy tu szczerzy i chwalmy - swej niezwykłej urody, kameruński aktywista jest znacznie lepszym Jezusem niźli aktorzy teatralni czy filmowi. Tamci jedynie odgrywają sztuczne role, gdy wypowiadają popularne frazesy z ewangelii kompromitując siebie i resztę ekipy wielu współczesnych, kiczowatych filmów biblijnych. Z kolei u Sagneta rys poświęcenia i zaangażowania jest autentyczny, szczery, a swoje źródła ma nie tylko w jego poczuciu niesprawiedliwości, ale i chęci walki o swoje. Zresztą tylko prawdziwy bojownik i rewolucjonista może przekonać współczesną (zwłaszcza laicką) publiczność, że w Dobrej Księdze da się jeszcze cokolwiek odszukać, co nadal miałoby jakiekolwiek interesujące przełożenie na rzeczywistość. Bo dla wielu Biblię skompromitowały i zohydziły skandale kościoła katolickiego, bezczelność kleru uwikłanego w szemrane interesy, dostojników kryjących kryminalistów i pedofili w swych szeregach.

Milo Rau testuje jak teksty ewangelii wypadają w realiach współczesnego kraju europejskiego. Bo doskonale wie, że właśnie w Materze - traktowanym przez niego trochę jak pomnik hipokryzji i idealnej fikcyjności biblijnej Ziemi Świętej - potrafi zadać najboleśniejszy cios. W kogo uderza? Poniekąd we wszystkich wokoło. Mówimy przecież o katolickim kraju słynącym z rasizmu, szarej strefy biznesów kontrolowanych przez mafię, eksploatacji imigrantów... Można jeszcze wspomnieć o wzroście aktywności faszystów i neonazistów. Czy mógł więc trafić lepiej? I czy Materę nie da się przenieść w inne miejsca na mapie bogatej i cynicznej Europy? Wybierzmy po prostu takie miasta, których dwuznaczny charakter w równie dobry sposób zilustruje hipokryzję ludzi mieniących się dobrymi. Oczywiście - katolicy, czy szerzej chrześcijanie, zdają się pod tym względem najlepszymi osobami do ataku, bo kieruje nimi iluzoryczne poczucie bycia lepszymi - złudzenie, że ich religia jest jedyną słuszną (i choć ktoś doda, że inni wyznawcy myślą dość podobnie, to będę się upierać co do różnic).

W trakcie seansu uzmysławiamy sobie, że nie oglądamy ujętej w tytule Nowej Ewangelii, a raczej prowokacyjną dokumentalną dekonstrukcję filmu biblijnego i religii chrześcijańskiej. Rau z ostentacją ujawnia zaplecze powstającego przedstawienia. Walkę o godność pracowników sytuuje w przestrzeni w większości zblazowanych i znudzonych Włochów prowadzących swoją spokojną egzystencję. Obsadza aktorów i aktorki, którzy grali u Pasoliniego czy u Gibsona. Film tego pierwszego puszcza, by ukazać jego medytacyjny charakter i wzruszenie oglądających go pracowników rolnych, szukających choć krótkiego wytchnienia i spokoju od opresyjnej codzienności. Z kolei specyfikę produkcji tego drugiego wprowadza poniekąd w życie, umieszczając sceny pełne przemocy, sztucznej krwi, okrzyków podnieconych agresją katów i ranionych ofiar. Podgląda, jak na te sceny reaguje publiczność.

Mel Gibson jest zresztą w Nowej Ewangelii wielkim nieobecnym, którego małość jako człowieka zostaje doświetlona ostrym reflektorem reżysera. To przecież modelowy hipokryta, który po pijaku rzucał antysemickie uwagi pomimo tego, że nakręcił przecież film o założycielu i przywódcy jednej z żydowskich sekt religijnych. To, że ta sekta stała się szybko bardzo popularna, a jej wyznawcy zaczęli z czasem coraz bardziej nienawidzić źródła, z którego się wywodzi wypierając się tego pochodzenia, to już inna kwestia. W filmie Milo Raua figurą Gibsona staje się po części Włoch, który w czasie castingu mówi, że chce koniecznie zagrać i może być nawet jednym z rzymskich żołnierzy. Rau wykorzystuje sytuację i prowokuje go, aby zaczął biczować i znęcać się nad krzesłem, co tamtemu przychodzi z zaskakującą łatwością. To w zasadzie najbardziej makabryczna scena tego filmu- jak da się obudzić agresję drzemiącą czasem w człowieku. Z gorzkim uśmiechem zastanawiałem się przy tej okazji czemu w zasadzie miała służyć orgia przemocy w Pasji - poza tym, że dobrze oddawała brutalność kina klasy B.

Pozostaje jeszcze problem z kolorem skóry Ivana Sagneta. Czy biali katolicy zaakceptują czarnego Jezusa? Przyzwyczaili się przecież tak bardzo do zakłamującej realia ikonografii rzymskiej i bizantyńskiej, do białego Jeszui. A przecież historyczny mieszkaniec Judei wcale tak nie wyglądał! Dlatego Giovanni Columbu w sardyńskim filmie jezusowym Su Re zaangażował aktora o twarzy bardziej przypominającym osobę z naukowej wizualizacji stworzonej przez Richarda Neava przy zastosowaniu antropologii kryminalistycznej. Oczywiście - Milo Rau kierował się innymi przesłankami przy "obsadzie" Sagneta, pytając widza raczej o to, co to w ogóle znaczy być dziś Jezusem, co taka postać miałaby reprezentować i skąd się wywodzić. Niemniej w zasadzie póki co tylko Su Re i jego film nie sprawiają wrażenia ożywionej, tandetnej i popularnej sztuki religijnej. Bo większość filmów biblijnych znacznie więcej mówi dziś o swoich twórcach i ich światopoglądzie, uwikłaniu w pewne kalki wyobrażeniowe, niż o tzw. znaczeniu ewangelii.

Nowa Ewangelia w Polsce ma sporą szansę stać się dość siarczystym policzkiem w twarz katolickich hipokrytów, którzy ze swoją ksenofobią, rasizmem, mizoginią, homofobią i sami-wiecie-że-listę-można-jeszcze-długo-mnożyć na pewno będą mieć problem z filmem Milo Raua. A może nawet kilka sporych problemów? Pytanie tylko, czy go nie przegapią? Chciałbym, żeby go obejrzeli, obrazili się na reżysera i rzucali pod jego adresem niewybredne uwagi. W ten sposób tylko ujawniliby po raz kolejny swoją prawdziwą twarz. Dokładnie tak, jak różni statyści, gapie, naturszczycy, politycy i inni ludzie w filmie Milo Raua - papierku lakmusowym ludzkiego zakłamania, dwulicowości i podwójnych standardów.

Marek S. Bochniarz

  • 18. Millennium Docs Against Gravity: Nowa Ewangelia, reż. Milo Rau
  • kino Muza
  • 7.12

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021