Kultura Poznań.pl

Film

opublikowano:

KULTURA W KAPCIACH. Miszmasz seriali (nie)popularnych

O serialach Netflixa zawsze mówi się i pisze bardzo dużo. W okresie kwarantanny - jeszcze częściej. Nic dziwnego, stanowią bardzo atrakcyjną formę spędzenia wolnego czasu, zwłaszcza dla miłośników takiej rozrywki. Dorzucę więc tutaj i swoje trzy grosze.

.
"Seria niefortunnych zdarzeń", fot. materiały dystrybutora

Wybrane przeze mnie seriale dostępne na platformie mają wspólny mianownik - nie są to tytuły zupełnie nieznane, w niektórych przypadkach akcja promocyjna przed emisją odcinków mogła przyczynić się do zwrócenia na nie uwagi, ale z jakiegoś powodu nie zakończyła się spektakularnym sukcesem. Oceny na jednym z popularnych filmowych portali wskazują przy tym, że jakiś potencjał w tych realizacjach się czai.

Miecze w dłoń!

Wśród wszystkich tych niby fajnych, niby wyszukanych, (ale w moim odczuciu czasem za bardzo silących się na kontrowersyjne społecznie) pogmatwanych pod względem akcji, a w gruncie rzeczy nierzadko bezsensownych tworów, szukam czasem czegoś, w czym znajdę jednak trochę patosu, powagi, wzruszeń, wartości, godnych bohaterów i dźwięku krzyżujących się mieczy. Tak, lubię takie rzeczy. Wszystkie te warunki spełnia Upadek królestwa - mój numer jeden. Jest to angielska produkcja, ciesząca się niemałą popularnością za granicą, u nas jednak niedoceniona. Premierowe odcinki wyemitowano w 2015 roku. Serial oparty jest na cyklu książek Bernarda Cornwella pt. Wojny Wikingów. Do tej pory ukazały się trzy sezony, w kwietniu tego roku odbyć się ma premiera czwartego. Fabuła opiera się na luźno traktowanej faktografii, dlatego też określanie serialu mianem historycznego nie jest do końca słuszne. Trzeba być tu ostrożnym. Oś opowieści skonstruowana jest wokół walk o dominację między Anglosasami a Duńczykami w drugiej połowie IX wieku. Uhtred, główny bohater opowieści, rozdarty jest między lojalnością wobec jednych i drugich. To przede wszystkim jego perypetie śledzimy na ekranie.

Bardzo często produkcje tego typu skalane są ambicją twórców, by stworzyć monumentalne dzieło, które rozmachem będzie zapierało dech. A skoro panuje przekonanie, że możliwości są dziś właściwie nieograniczone, serwuje się nam filmy i seriale aż lepkie od sztucznych efektów specjalnych, które w domyśle ambicje te mają spełniać. Na ich tle Upadek królestwa jawi się jako perełka. Scenografia nie sprawia wrażenia stworzonej tylko przez grafików komputerowych, a aktorzy wykazują niemały talent w kreowaniu skomplikowanych, niekiedy tragicznych i zawsze bardzo wyrazistych, a przy tym naturalnych postaci. Emocji nie brakuje, jednak bez obaw - nie usłyszymy tu ckliwych, tandetnych dialogów. Nie musimy się też obawiać, że w trakcie oglądania zaginiemy gdzieś w akcji lub zanudzimy na śmierć - twórcy zadbali o nasycenie każdego odcinka treścią w taki sposób, by zrównoważyć wszystkie ważne elementy: zwroty akcji, punkty kulminacyjne i chwile, które pozwalają na moment się wyciszyć i przetrawić to, co właśnie widzieliśmy.

...ale kicz też lubię...

Może się wydawać, że zaprzeczę temu, co napisałam powyżej, ale nie mam nic przeciwko konwencji kiczu. Jeśli oczywiście jest to kicz zamierzony i pasujący do scenariusza. W przypadku Serii niefortunnych zdarzeń na pewno tak jest. Zapewne wiele osób pamięta film o tym samym tytule oparty na motywach serii książek autorstwa Daniela Handlera (posługującego się pseudonimem Lemony Snicket), gdzie w rolę hrabiego Olafa uprzykrzającego życie rodzeństwu Baudelaire'ów, które w wyniku pożaru straciło rodziców, wcielił się Jim Carrey. Olaf czyha na odziedziczony przez dzieci majątek, jednak te wykazują się nieprzeciętnymi zdolnościami i sprytem, który pozwala im wychodzić z pułapek zastawianych przez demonicznego hrabiego i podążającą za nimi trupę dziwaków.

Neil Patrick Harris, który w serialowej wersji kreuje postać Olafa, stanął przed nie lada wyzwaniem. Wiadomo, że widzowie bywają bardzo krytyczni wobec aktorów, którzy odtwarzają role odegrane wcześniej przez kogoś innego. Szczególnie, jeśli jest to osoba popularna i lubiana. Harris wybrnął z tego jednak bardzo dobrze. Odnoszę wrażenie, że stworzył postać jeszcze bardziej groteskową i przerysowaną, a przy tym zabawną. Być może dlatego, że serial umożliwił mu pokazanie większego niż w przypadku filmu spektrum aktorskich możliwości. Wynika to przede wszystkim z faktu, że w kinowej adaptacji serii fabułę trzeba było drastycznie skrócić, wycinając atrakcyjne epizody, które dla aktora mogłyby stanowić ciekawe wyzwanie. Oglądając ten film, moglibyśmy narzekać na to, że jest przekolorowany, zbyt intensywny wizualnie, że rekwizyty i charakteryzacja bywają tandetne, ale to wszystko takie właśnie ma być! Bo tu niczego nie można brać na serio. Każdy odcinek obfituje w niemożliwe, dziwne i absurdalne sytuacje, niekiedy nawet przerażające w swojej bezmyślności. Wszystko jest tu nienaturalne i okraszone specyficznym humorem, który przejawia się nawet w sytuacjach dramatycznych. Całość ogląda się jak odrealnione przedstawienie zafundowane nam przez twórcę o bardzo wybujałej wyobraźni.

Zagadki po francusku

Niemałym zaskoczeniem były dla mnie całkiem interesujące francuskie seriale z tajemnicą w tle. Nie mogę powiedzieć, że nie zauważyłam niektórych uchybień, nawet tych czysto logicznych i tego, że gdzieniegdzie powielono pewne schematy zaczerpnięte z innych produkcji, ale według mnie są to naprawdę całkiem zgrabnie skonstruowane fabuły, które mogą być alternatywą dla ciężkich realizacji - chociażby tych skandynawskich.

Trzy seriale, do których obejrzenia zachęcam to LasDom w górach i Czarny punkt. Ten ostatni to twór belgijsko-francuski. Wszystkie są do siebie podobne w pewnym stopniu. Akcja każdego z nich rozgrywa się w niewielkich, trochę zapomnianych mieścinach, które żyją własnym życiem. Atrakcyjną scenografię stanowi też przyroda, która odcina ludzi od cywilizowanego i w prosty sposób wytłumaczalnego świata. Szczególnie widać to na przykładzie Lasu i Czarnego punktu, gdzie dajemy ponieść się własnej fantazji, tłumacząc sobie niektóre wydarzenia w irracjonalny, fantastyczny sposób. Ludzie znikają w lesie, a kadry ukazujące jego zamglony, dziki teren dają pożywkę naszej wyobraźni. Prowadzone dochodzenia w sprawie tych zaginięć utrudniają dziwne zdarzenia, a główne bohaterki zdają się skrywać tajemnice z przeszłości, które w niewyjaśniony sposób się z nimi łączą. Nieco inaczej przedstawia się sprawa Domu w górach, gdzie starzy znajomi decydują się spotkać w miejscu, w którym upłynęło ich dzieciństwo. Kiedy jednak most prowadzący do osady zawala się, odcinając ich od reszty świata, wszyscy zaczynają zmagać się z klaustrofobicznym klimatem tego miejsca i narastającym napięciem. Giną bowiem kolejne osoby i wszystko wskazuje na to, że sprawcą tego jest ktoś z pozostałych. Cóż - klasyka.

Justyna Żarczyńska

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2020