Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

BLISKO Z WERSAMI. Co pamiętają przedmioty?

Poetycki debiut Agaty Afeltowicz, "Lyrica", to gorzka pigułka obserwacji najbliższych okolic. Świat, którego obraz wyłania się z tego niewielkiego tomiku, jest niezdatny do życia, zimny, niemożliwy do zmiany, a mimo to zamieszkany.

. - grafika artykułu
Agata Afeltowicz, "Lyrica", fot. materiały prasowe

Budowa książki nie jest jednorodna, przeważają tu teksty obszerniejsze niż zwykle wiersze współczesne, niekiedy zapisane w formie bardziej kojarzonej z krótkimi prozami. Mimo to sposób frazowania i kompozycji tekstów sprawia, że tomik bez wahania można nazwać poetyckim. Skoro już mowa o aspektach technicznych, warto zatrzymać się także na okładce autorstwa Piotra Zdanowicza, która przedstawia zdjęcie transparentnej, szklanej, rudej figurki wiewiórki, w której brzuchu znajdują się jakieś kapsułki. Jest w tym przedmiocie zarówno coś hipnotycznego, jak i niepokojącego, i to odczucie znajduje swoje odzwierciedlenie w klimacie tekstów autorstwa Afeltowicz.

"Wszędzie sprzedają plastikowe miecze świetlne.

W nocy ma być sztorm.

O świcie mam szansę znaleźć porozrzucane na plaży muszle z Aliexpress i bursztyny z Temu. Chcę wracać, ale nie ma połączeń powrotnych. Wyszukaj ponownie.

Kupuję miecz świetlny. Będę walczyć z liniowością czasu.

Przegram."

("Rewal", s. 5)

W obrazowaniu świata w tej książce dominują natłok elementów i nieporządek polegający na mieszaniu dotychczas niekwestionowanych porządków. Dlatego też nie dziwi, że najczęściej stosowanym sposobem opisu jest wyliczenie. Wpisane w teksty litanie nie mają jednak funkcji modlitewnej, lecz wydają się formą rozpaczliwej walki z lękiem przed pustką. Bardzo ciekawe, że ta ostatnia zawsze znajdzie dla siebie miejsce wśród nadmiernie zgromadzonych rekwizytów niekoniecznie niezbędnych do życia.

W drugim wierszu, zatytułowanym "Mój kochanek", podmiotka projektuje mężczyznę dla siebie, dbając o każdy aspekt jego zachowania, zwyczajów i przekonań: "Mój kochanek będzie zdeklarowanym poliamorystą, alterglobalistą i buddystą nietolerującym homofobii, polityki Izraela i laktozy". Ten idealnie wymyślony byt będzie kimś po pierwsze niemożliwym do spotkania, a o drugie nieświadomym faktu, że został stworzony. W "Lyrice" niejednokrotnie poruszany jest temat ubezwłasnowolnienia w kontekście bycia z kimś. Gubi się tutaj balans między chęcią poznania drugiej osoby i lękiem przed zranieniem, podmiotka gotowa jest jednak zapłacić każdą cenę: "Ja będę to wszystko wiedzieć. I ja się, w nim, durna, zakocham". Jak wielki musi być lęk przed odrzuceniem wszyty w język "ja" lirycznego, że nie ma zaufania nawet do tego, co sam stwarza? Poruszające.

"Wiszę do góry nogami na trzepaku i widzę osiedle wolnostojących domów, światów równoległych poprzecinanych liniami ogrodzeń i podciętych żywopłotów. Jest coraz mniej podwórek, coraz więcej ogrodów. Każde dziecko ma własną trampolinę, na której nie skacze. Żadne nie ma odcisków od kapsli. Nikt już nie chce ani ran, ani blizn. Rodzice tańczą na silent disco. Każdy do innej piosenki. Dzieci też mają swojego Minecrafta. Jesteśmy pełni miłości, więc nie jemy już mięsa i nie znamy swoich imion.

Nadajemy je odkurzaczom."

("Nikt już nie trzepie dywanów", s. 9)

Lekturze tych utworów towarzyszy poczucie braku funkcjonalności - nie dotyczy on jednak przedmiotów, tylko niemożliwości współpracy: w tym przypadku rzeczy przeznaczonych do użytku i użytkowników. Trudno pozbyć się wrażenia, że świat przedstawiony oparty jest na stwarzaniu możliwości - jak przywołana w powyższym cytacie trampolina - które pozostają systemowo niewykorzystane. Glitch w tym zmultiplikowanym świecie podzielonym na kubiki nie polega na nadmiernym powieleniu, tylko na tym, że przygotowana scenografia nie staje się miejscem akcji. Podobnie jak trzepak, będący reliktem przeszłości, nie znajduje zagospodarowania, tak nowe artefakty stoją samotne i ich umiejscowienie na osi czasu naprawdę nie ma znaczenia. Afeltowicz eksponuje w swojej książce niezwykle dojmujący rodzaj odrzucenia.

Powszechna niemożność budowania więzi i wspólnoty sprawia, że postaci przewijające się w tych utworach osieracają też same siebie. Podmiotka nieraz wykorzystuje ten stan rzeczy, by, posiłkując się ironią, wypunktować patologiczne, choć coraz szerzej znane wzorce rodem z manosfery. Nie sposób jednak nie odnieść wrażenia, że gra, której ona się podejmuje, ma podłoże w wielkiej rozpaczy. Ironia mieszkająca w tym tomiku, to tak naprawdę z trudem maskowana, a wręcz ulewająca się, gorycz:

"Jestem w siódmym niebie, gdy chwalisz mój rosół, bo w życiu ważne są osiągnięcia, a przecież niczego byś nie osiągnął, gdybyś chodził głodny. Osobiście stawiam na rozwój, więc po dwóch dniach dodaję przecieru pomidorowego i czuję, że nie stoję w miejscu."

("On, ona, ono", s. 12)

Pytanie o status kobiety, której mężczyzna usłużne tłumaczy, jak wygląda świat, nie dotyczy tylko zasad koegzystencji między przedstawicielami konkretnych płci - ten temat realizowany jest w "Lyrice" szerzej. Trudno pozbyć się wrażenia, że zagrożenie jest dużo bardziej uniwersalne: co z tego, że to my mówimy, skoro ktoś inny jest w stanie wejść nam w głowę i determinować, co wychodzi z naszych ust? Czasami lęk o utrzymanie jednostkowości wkracza nawet dużo głębiej, przyjmując formę paralogicznego równania:

"Coraz bardziej przypominasz mnie, a ja

siebie nie kocham.

Przykro mi.

Zmieńmy kanał."

("Kłótnia", s. 25)

Wspólne dla wszystkich utworów z tego tomiku są bardzo udane próby opowiedzenia o niemocy. Kiedy czytamy: "Jem majonez łyżką do zupy, której nie mam siły ugotować", to widzimy przecież dużo więcej niż niezdrową dietę. Wydaje się, że interwencji potrzebuje nie tyle sytuacja bieżąca, co jakieś doświadczenie, które miało miejsce dawno temu i trudno je wytropić.

"Życie składa się z pretekstów i sentymentów.

Do sklepu ze starociami wchodzimy pobyć za darmo we fragmentach czyjegoś czasu.

Jest tam niewyczuwalny dotyk palców na klawiszach fortepianu, którego nienawidził mały chłopiec, bo zmuszano go, by grał. Jest niewidzialny ślad rozsypanego pudru na toaletce, przez który zakochana kobieta spóźniła się kiedyś na przyjęcie. On się obraził, i tyle było z zaręczyn.

Srebrne sztućce, niepełna zastawa z porcelany. Tym brakującym talerzem mąż trafił ją w skroń i pozostawił bliznę."

("Sklep z czasem", s. 30)

W tych bezładnie wiszących głową w dół na nieużywanym trzepaku bohaterach wciąż tli się potrzeba odnalezienia sensu i przynależności, posiadania własnej historii, która nie jest zlepkiem medialnych komunikatów i kolażem trendów. To właśnie sposób, w jaki Agata Afeltowicz prezentuje obraz współczesnej melancholii.

W opisywanym świecie wszystko potrzebuje pomocy, medykacji, utulenia. Tymczasem jako remedium podsuwana jest szklana figurka wiewiórki z tabletkami w brzuchu. Sprawa wygląda jednak tak, że ona nie jest prawdziwa, tabletki w niej zamknięte są poza naszym zasięgiem, a i tak nie wiadomo, czy są na to, co nas trawi; ważne, że możliwość pozostaje do naszej dyspozycji.

Joanna Żabnicka

  • Agata Afeltowicz, "Lyrica"
  • wyd. Wydawnictwo Biblioteki Wielkopolskiej im. Stanisława Barańczaka

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026