Miasto gości bowiem kolejnych laureatów Konkursu Chopinowskiego, wirtuozów zadziwiających dojrzałością, którzy pomimo młodego wieku potrafią zdobyć nawet najbardziej wymagającą publiczność wyszukanymi interpretacjami i sceniczną charyzmą. Od zwycięzców oczekuje się więcej, toteż i pokonkursowe koncerty prowokują szczególnie żywe emocje, dyskusje i polemiki. A apetyty spod znaku wielkich igrzysk wciąż rosną.
Tym razem Filharmonia Poznańska poszła więc o krok dalej. Zaproszono pianistę nieco nawet młodszego od większości tryumfatorów Konkursu Chopinowskiego, który pokusił się o podjęcie zadania ogromnego kalibru. I tak Aula UAM w ostatni listopadowy weekend stała się świadkiem niemal gladiatorskiego starcia - starcia zuchwałego śmiałka z rozmiarami i wyrazową potęgą pięciu koncertów fortepianowych Ludviga van Beethovena.
Jan Lisiecki, pianista polskiego pochodzenia, zaledwie dwudziestoletni, rozpoczął naukę gry na fortepianie w wieku pięciu lat. Cztery lata później wygrał już konkurs muzyczny w Calgary, swoim rodzinnym mieście, a jako piętnastolatek rozpoczął współpracę z Deutsche Grammophon, która do tej pory wydała jego dwie płyty z dziełami Mozarta i Chopina. W imponującym dorobku artystycznym Lisiecki ma setki koncertów na obu półkulach, w tym występ przed królową Elżbietą i otwarcie międzynarodowego festiwalu muzycznego w Seulu. Doświadczenie wirtuoza - sceniczne i muzyczne - było słychać podczas dwóch wieczorów z muzyką Beethovena. Ale zarazem, na szczęście, nie zdominowało ono żadnego z wykonań. Interpretacje Lisieckiego pozostały świeże, młodzieńcze i pełne dynamizmu.
W piątkowy wieczór solista zaprezentował trzy koncerty, w kolejności ich powstania - B-dur, C-dur i c-moll. Muzyczne spotkanie, podzielone na trzy akty, nabrało (czy w związku z tym?) pewnej dramaturgii, przyjęło interesujący, gradacyjny układ. Pierwsza część koncertu, jak prolog, wprowadzała w atmosferę wieczoru - w grze solisty wyczuwało się przede wszystkim koncentrację, troskę o jakość muzycznej prezentacji. Lisiecki grał wyraziście, niezwykle selektywnie, z dużym wyczuciem nawiązując do klasycystycznych tropów w twórczości Beethovena - odnajdując właściwe im elegancję, wdzięk i lekkość. Koncert B-dur zabrzmiał ciekawie, ale nie zapowiadał bogactwa estetycznych wrażeń, które miały zaskoczyć melomanów w kolejnych częściach wieczoru.
Wydaje się, że dopiero po przerwie artysta nabrał wyraźnego, wirtuozowskiego rozpędu - wykonanie Koncertu C-dur ujawniło tkwiący w nim ogień. Punktem kulminacyjnym była tu przepiękna kadencja kończąca pierwszą część utworu, zagrana nie tylko błyskotliwie, z dużą biegłością i w imponującym tempie, ale też zdradzająca prawdziwą pasję, coś niezwykle autentycznego w wykonawczym przeżyciu.
Trzecia odsłona wieczoru, podczas której zabrzmiał Koncert c-moll, była kontynuacją tej ścieżki. Solista, mimo rozpoczęcia kolejnej godziny na scenie, nie wyglądał na zmęczonego - wręcz przeciwnie: z każdą chwilą zdawał się nabierać nowej energii, działając jak samonapędzający się mechanizm, zaskakujący bezbłędnością i rozmachem. Wyjątkowo piękne, refleksyjne Largo było jednym z najmocniejszych punktów całego wieczoru - Lisiecki grał z dużym skupieniem i wnikliwością, dbając o kontakt z orkiestrą i odpowiednie proporcje między różnymi wyrazowo partiami tekstu. Ostatnia część Koncertu, momentami uderzająca patosem, wybujałą emocjonalnością, momentami niemal żartobliwa, spodobała się publiczności tak bardzo, że wieczór zakończył się owacjami na stojąco.
Podczas kolejnego spotkania w Auli UAM Lisiecki dokończył prezentację koncertów Beethovena, tym razem sięgając po dzieła prawdziwie już romantyczne, naznaczone charakterystyczną dla kompozytora intensywnością ekspresji i wielością sensów - Koncert G-dur i, słynny, Koncert Es-dur Cesarski. Tym razem ukazał muzyczne rejony, w które trafiają tylko najwybitniejsi wirtuozi: ci, którym starcza zapału, by wyszlifować karkołomne trudności techniczne i jednocześnie wrażliwości, by podążyć za wahaniami, ściszeniami i dumnymi kulminacjami, komplikującymi materię dzieła. Grał jakby głębiej i jakby śmielej, dobierając wyszukane środki - konstruując ciekawe kontrasty, poszukując idealnego dźwięku.
Finał - Koncert Es-dur był prawdziwym majstersztykiem. Lisiecki zaprezentował w pełni spójną, oryginalną i jednocześnie wieloznaczną interpretację, w której każda z części stanowiła odrębne dzieło, a zarazem nie traciła swojego miejsca w całości. Potoczyste frazy pierwszej części, piękne dialogi z orkiestrą w Adagio un poco mosso i temperatura Ronda (ubarwionego solem wykonanym na historycznie zrekonstruowanych kotłach), były świetnym zwieńczeniem dwudniowego maratonu koncertowego.
Sposób gry Lisieckiego już od pierwszych taktów zdradzał zasadnicze cechy jego twórczej osobowości - duży temperament, prawdziwie młodzieńczy, pełen wigoru, żywiołowy i, bardzo interesującą właściwość wykonawczą, którą można by nazwać naturalnością, a która powodowała u solisty niechęć do przesady, brak afektacji - niewymuszoną lekkość. Wirtuoz pozostawał wierny Beethovenowi - filtrując muzyczny tekst przez własną wrażliwość, potrafił powściągnąć emocje tak, aby nie przesłaniały dzieła - by utwór pozostał przejrzysty, nieskazitelny technicznie, wyrazisty.
Tym, co najbardziej zachwycało u Lisieckiego, była jednak głębia i szczerość przeżycia muzyki. W artykulacji, scenicznej prezencji i nawet w emocjonalnych reakcjach po wykonaniu czuło się coś zaskakująco spójnego. Podczas gry Lisiecki pozostawał zanurzony w tworzonej rzeczywistości, zwrócony w stronę orkiestry. Żywo uczestniczył nie tylko w narracji prowadzonej we własnej partii, ale również w głosach orkiestry. Czujnie i całym sobą reagował na zmienne kolory harmoniczne, na migotliwe w utworach napięcia, momenty odprężeń i kulminacji. To obejmujące całego pianistę doświadczanie muzyki stanowi chyba o najważniejszym wymiarze bycia artystą.
Agata Szulc-Woźniak
- Weekend z Beethovenem:
- Jan Lisiecki - fortepian, Łukasz Borowicz - dyrygent, Orkiestra Filharmonii Poznańskiej
- 27 i 28.11
- Aula UAM