Kultura Poznań.pl

Kultura

opublikowano:

Azjatycki uśmiech mistrza

W październiku Galeria Jerzego Piotrowicza Pod Koroną świętuje rocznicę swojego powstania, a także śmierci patrona. W programie obchodów znalazła się również wystawa fotografii Krzysztofa Fabiańskiego Lech Raczak okiem obiektywu.

. - grafika artykułu
Lech Raczak, fot. Krzysztof Fabiański

To nie jest zbyt duża wystawa, bo - co dość nietypowe jak na ekspozycje w Galerii Jerzego Piotrowicza - zajmuje tylko jedną salę. Niemniej na tej ograniczonej przestrzeni sporych rozmiarów fotografie są dość znacznie upakowane. W odbiorcy pojawia się też pewne, odruchowe porównanie. Podobnie jak w przypadku monumentalnej wystawy poświęconej Ryszardowi Kai w Starym Browarze, ekspozycję prac Fabiańskiego otaczają gęste opary teatralnej, pełnej napięcia aury. Powidoki ze skupienia typowego dla innego stanu świadomości nasuwają się same.

Lecha Raczaka nigdy osobiście nie spotkałem - chyba, że przy jakiejś okazji minęliśmy się w anonimowym tłumie. Nie widziałem też żadnego z jego spektakli. Z niewyjaśnionego dotąd dla mnie powodu  jego twórczość nie wzbudzała we mnie zainteresowania. Stąd nie wiem o tym artyście zbyt wiele, a to, co wiem, ogranicza się głównie do środowiskowych plotek.

Na niepokojącej i bardzo emocjonującej wystawie Krzysztofa Fabiańskiego po raz pierwszy zaczęły mi towarzyszyć silniejsze uczucia przy dotychczasowej refleksji, że tak selektywnie, a więc błędnie podchodziłem do ignorowania jego spektakli. Patrząc na te obrazy - bardziej fotograficzne malarstwo, aniżeli prostą, komunikatywną i jednoznaczną dokumentację spektakli, wydaje mi się, że po raz pierwszy otarłem się o osobowość Lecha Raczaka. Fabiański portretowo odmalowuje go w różnych sceneriach. W każdej z nich jest pogrążony w zadumie wymieszanej ze spokojem, być może pozornym i fałszywym.

Wśród twarzy i postaci z występów czy prób odnalazłem rozmazany powidok, który natychmiast rozpoznałem jako długowłosą i brodatą, "jezusową" sylwetkę Janusza Stolarskiego. Pomyślałem więc, że zadam mu kilka pytań. I w ten sposób dowiedziałem się, że na wystawie w Galerii Jerzego Piotrowicza możemy zobaczyć unikalne zdjęcia z grudniowej, zamkniętej próby z 2019 roku, gdy Raczak pracował nad kolejnym spektaklem.

- Nie został on nigdy pokazany. Idea i zaczyn były cudne, ale niestety śmierć zabrała Lecha - czyli kogoś, kto miał to wszystko w głowie. W czasie zamkniętej próby Fabiański mógł oglądać nasze improwizacje. Ujrzenie jego fotografii na wernisażu było dla mnie niezwykłym i mocnym przeżyciem. Uświadomiłem sobie, że Fabiański jest właściwie w posiadaniu naszego niedoszłego, nienarodzonego dziecka teatralnego - wspomina Stolarski. Na wystawie aktor przypomniał sobie sytuacje, o których myślał, że już nigdy do niego nie wrócą. - Aż tu nagle patrzę, że jest Fabiański, jego aparat, i te sekundowe zapisy - mówi.

W tym niezrealizowanym spektaklu Raczak stworzył dwie figury. Jedna z nich była wymyśloną postacią, której nigdy nie było. Narracja była jednak tak skonstruowana, by widz miał wrażenie, że taka osoba faktycznie istniała. - Ten człowiek działał, żył, miał w sobie krew, ducha i co tam jeszcze jest przypisywane ludziom. Natomiast druga część tego przedstawienia, fotografowana przez Fabiańskiego, dotyczyła osoby, która istniała naprawdę. Robiła jednak tak niesamowite rzeczy, że niemożliwe wydawało się to, aby żyła - opisuje Stolarski. - Czasami możemy sobie przecież coś naopowiadać i wydaje się nam wówczas, że jakaś fikcyjna osoba równie dobrze mogłaby istnieć. Potem okazuje się jednak, że ten ktoś żył - choćbyśmy nawet uważali, iż jego czyny były absolutnie niemożliwe do dokonania. Miałem wrażenie, że Lechu dotknął w tym przedstawieniu bardzo ciekawego, być może i osobistego problemu - dodaje aktor.

Raczak sięgnął do postaci Arsenija Awraamowa, który skomponował futurystyczną Symfonię syren fabrycznych na chór, armaty i wszystkie syreny w mieście. Została ona wykonana tylko dwukrotnie - w 1922 roku w Baku i rok później w Moskwie. - Po śmierci Lecha zjawił się Jacek Głąb i powiedział, że to jest tak fascynujące, że chciałby to zrobić. Ja jednak nie byłem w stanie odpowiedzieć pozytywnie na takie hasło. Nie chcę już tego tykać, bo myślę, że tylko Lechu wiedział, o co mu chodzi w tym spektaklu - przyznaje Stolarski.

Na wystawie w serii artystycznych portretów Fabiański z czułością ujmuje artystyczną samotność Raczaka, jego osobność i odrębność. To idealna figura tragiczna, bo pokazuje nam człowieka wybitnie uzdolnionego, który odrzucony przez najbliższą mu dotąd grupę artystów musiał dalej radzić sobie sam. I chyba nigdy już nie wyszło mu to tak dobrze, jak kiedyś. Co musiał czuć? Ujęty na fotografiach z nieodłącznym papierosem i łagodnym, sympatycznym uśmiechem, zdaje się być doskonale pogodzony z pewnego rodzaju "upadkiem" czy wyalienowaniem, które stało się jego niechcianym i pewnie częściowo wypieranym, negowanym doświadczeniem. Czuć w tej figurze również bezbrzeżny smutek. Ale są to tylko moje intuicje i projekcje - żonglerka wyobraźnią, drobne eksperymenty myślowe. Oczy mamy jednak różne i inaczej przez nie widzimy.

- Gdy Lechu odszedł z Teatru Ósmego Dnia, w pewnym momencie próbował zacząć działać sam. Chciał skonstruować kolejny zespół - grupę, z którą mógłby zrobić nowy spektakl. Nazwał ją Grupa Sekta. Zrobiliśmy nawet jeden spektakl, był wystawiony w Zamku w holu dolnym. Tamto przedstawienie było dla mnie dziwne, a równocześnie bardzo ciekawe. Zostało zbudowane wokół Borgesa i różnych, trochę raczakowych, a przy tym bardzo fascynujących klimatów. Pojawił się w nim zwalony most, motocyklista w kasku z lat 60., czy osoba w kałuży, jakby żywcem wyjęta z Tarkowskiego - wspomina Stolarski.

Obok niego do Grupy Sekta należała Jolanta Cynkutis, Małgorzata Walas, Daria Anfelli, Vincenzo Tedesco i Bogumił Gauden. - Z tą przygodą jest związana anegdota, która dziwnie do niej pasuje. Pewnego dnia graliśmy w Eskulapie. Po spektaklu, przed wyjazdem do Bydgoszczy, Lech poprosił, by poleżała tam parę dni nasza scenografia. Gdy jednak wypakowaliśmy ją w teatrze w Bydgoszczy okazało się, że wypełzły z niej insekty. To był znak, że zamiast teatru rozwozimy po Polsce właśnie jakieś owady. Później musieliśmy płacić za dezynfekcję - kwituje ze smutnym śmiechem Stolarski.

Artysta nigdy nie poddał dogłębnej analizie, co było przyczyną tego, że Grupa Sekta nie stała się nowymi Ósemkami. - Być może rozumiem jednak, dlaczego tak było. Wydaje mi się, że była to trochę nieudana próba zawalczenia o nową ekipę. Mam wrażenie, że Lechu został w swoim świecie - własnych poszukiwań, tematów i spraw. Nie jestem pewien, czy ta druga strona - nasz skład aktorski, była czymś, co mogło to ponieść i unieść. Nie twierdzę niemniej, że robiliśmy coś źle. Gdy dzisiaj jednak o tym myślę, mam poczucie pewnego rodzaju nieporozumienia. Niby wszystko było dobrze. W zespole była Cynkutisowa z korzeniami Teatru Laboratorium, my z Gaudenem związani z teatrem fizycznym, Daria i Vincenzo poszukujący w dość specyficzny sposób teatru... Ale to wszystko połączone razem nie powodowało wybuchu. Boję się to mówić, bo być może czynię tym Lechowi krzywdę, ale mam wrażenie, że był to rodzaj działania muzealnego. Czegoś, co już nie było pierwsze i nasze, tylko było czymś w rodzaju umowy. Wydaje mi się, że jednak nie poszło to w taką stronę, pozostając nadal dziwne, a trochę i przy tym kontrowersyjne. Zagraliśmy ten spektakl kilka razy i daliśmy sobie spokój - przyznaje artysta.

Po tym jednym spektaklu Raczak podjął kolejną inicjatywę - Trzeci Teatr, który realizował w ramach fundacji Orbis Tertius. To właśnie tam powstał choćby Spisek smoleński czy Misterium Buffo. I w ramach tego ostatniego teatru artysta pracował nad spektaklem, którego powstawanie przerwała jego nagła śmierć w styczniu 2020 roku.

W drugiej sali galerii w związku z obchodami rocznicy śmierci patrona, można oglądać wystawę grafik Jerzego Piotrowicza. Jedna z nich, przedstawiająca jakąś wielką i niezbyt czytelną scenę zbiorową, opatrzona jest tytułem Musimy opuścić ten raj. Jak przedziwnie dobrze i jednocześnie  bardzo gorzko pasuje do fotografii zmarłego Lecha Raczaka...

Marek S. Bochniarz

  • wystawa fotografii Krzysztofa Fabiańskiego Lech Raczak okiem obiektywu
  • Galeria Jerzego Piotrowicza pod Koroną
  • czynna do 7.11

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021