Umiejętność zbudowania pełnoprawnego świata z dźwięków instrumentu, który w powszechnym odbiorze traktowany bywa raczej jako ciekawostka niż centrum muzycznej architektury, to nie lada sztuka. Hekla Magnúsdóttir ją posiadła. Jej twórczość od dawna funkcjonuje w obszarze, gdzie drone, dark ambient, współczesna muzyka kameralna, post-minimalizm, spektralne napięcia i rodzaj pozagatunkowego songwritingu zaczynają mówić wspólnym językiem. Jej nowa EP-ka "Gjá" (2025) wydaje się idealnym potwierdzeniem tej metody. To materiał zwięzły, trzyczęściowy, a przy tym wyjątkowo gęsty. Wydawnictwo, które wraca do spektralnego świata z poprzedniego, opublikowanego kilka miesięcy wcześniej albumu "Turnar" (2025) i rozwija go w sposób, który trudno traktować jako zwykły dopisek do pełnego formatu. Bo jeśli "Turnar" przypominało rozległą opowieść, powolne zanurzanie się w chłodzie i mroku, to "Gjá" ma formę bardziej ciśnieniową - niemal opowieści grozy snutej przy ogniu, która kończy się szybciej, niż słuchacz zdąży odzyskać orientację.
Teraz Magnúsdóttir nie potrzebuje długiego rozbiegu, rozległej ekspozycji ani stopniowego budowania świata od podstaw. Ten porządek już istnieje - zimny, pogrążony w cieniu, wyraźnie islandzki w swoim odczuciu przestrzeni, a zarazem wymykający się prostemu geograficznemu przypisaniu. Czuć tu i pejzaż, i architekturę, i psychiczny stan zawieszenia. Paleta barw przesuwa się z szarości w czerwień, lecz sama aura pozostaje równie posępna i zagadkowa jak zima z jej rodzimych stron. Wzorem swojego tytułu, "Gjá" niesie w sobie obraz pęknięcia, szczeliny, rozwarstwienia - czegoś otwartego i niepokojąco głębokiego. To trafna metafora dla twórczości Hekli, która od dawna operuje napięciem między powierzchnią a otchłanią, między dźwiękiem śpiewnym a brzmieniem osuwającym się w dół, między kościelnym rezonansem a basowym pomrukiem przywodzącym na myśl wnętrze jaskini.
Na "Gjá" ten efekt osiąga szczególną intensywność dzięki rozszerzeniu thereminu o wiolonczelę, głos i święte organy kościelne Kristjána Hrannara. To zestawienie instrumentów ma w sobie potencjał oczywisty, lecz Hekla i Hrannar wykorzystują go w sposób daleki od oczywistości. Organy zagęszczają powietrze, nadają brzmieniu masę i chłód, przywołując skojarzenie z opuszczoną świątynią - z przestrzenią, która pozostaje otwarta, lecz wcale nie obiecuje schronienia. Wiolonczela z kolei nie pełni wyłącznie roli ciepłego, organicznego kontrapunktu dla elektronicznej eteryczności thereminu. To właśnie dialog między źródłami dźwięku czyni "Gjá" tak sugestywną. Czasem ma się wrażenie, że słucha się muzyki pisanej dla przestrzeni bardziej niż dla linearnie rozumianych utworów. Jaskinia, krypta, kamienny korytarz, surowy kościół na pustkowiu, dom stojący samotnie wobec nadciągającego śniegu - takie obrazy wracają tu naturalnie.
"Gjá" można też odczytać jako idealny komentarz do "Turnar", bo obie płyty razem świetnie pokazują skalę tego, co Hekla osiągnęła w ostatnim etapie swojej twórczości. "Turnar" już samo w sobie było wydawnictwem imponującym - surowym, bezkompromisowym, wymagającym od odbiorcy skupienia, a przy tym niezwykle nagradzającym uważny odsłuch. Tam także słychać było ogromną dyscyplinę formalną. Hekla pokazywała na albumie, że interesuje ją nie tyle sam nastrój grozy, ile kompozycja grozy - jej architektura, ekonomia środków, precyzja budowania ciężaru. I właśnie ekonomia pozostaje jednym z najbardziej niedocenianych aspektów jej muzyki. Przy pierwszym kontakcie można odnieść wrażenie, że te utwory opierają się głównie na gęstym, masywnym, warstwowym pejzażu. Kolejne odsłuchy odsłaniają jednak coś innego - wyraźną oszczędność. U Hekli prawie nic nie jest zbędne. Każdy pogłos, każda fala subbasu, każda smuga thereminu ma swoje miejsce w układzie. To muzyka bardzo zdyscyplinowana, nawet kiedy mówi językiem widmowości i rozedrgania.
Wielkim osiągnięciem tej artystki pozostaje także odsunięcie thereminu od campu. Instrument, który w popkulturowej pamięci bywa związany z kiczem retrofuturystycznym, w jej twórczości odzyskuje surowość, cielesność i powagę. Hekla pokazuje jego nowoczesność. Pokazuje, że ten stuletni wynalazek nadal potrafi mówić rzeczy radykalnie współczesne - o lęku, izolacji, niepewności, psychicznym chłodzie, stanie bycia stale na progu czegoś nieuchwytnego. W tym sensie jej muzyka okazuje się bardzo aktualna. Warto też zatrzymać się przy samym sposobie gry Hekli. Jej zakres pozostaje imponujący - od ptasich, drżących, niemal ćwierkających figur po monumentalny subbas o tektonicznej skali. Wiele osób mówi o thereminie jako instrumencie eterycznym, niematerialnym, zawieszonym między ruchem ręki a falą elektromagnetyczną. Hekla potrafi wydobyć z niego również masę i odnaleźć równowagę pomiędzy pięknem a trwogą.
I może właśnie to stanowi najlepszą definicję twórczości Hekli Magnúsdóttir na tym etapie. To muzyka, która buduje przestrzeń zagrożenia, a zarazem obiecuje rodzaj dziwnej ulgi. Muzyka ciemna, ale magnetyczna. Surowa, lecz pełna wyrafinowania. Zanurzona w chłodzie, a przy tym zaskakująco zmysłowa. Jedna z najciekawszych rzeczy, jakie dziś dzieją się na przecięciu dronu, współczesnej kompozycji i szeroko rozumianej muzyki eksperymentalnej.
Sebastian Gabryel
- Hekla
- 29.03, g. 20
- Pawilon
- bilety: 10 zł
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026