Kultura Poznań.pl

Rozmowy

opublikowano:

Saga z ciarkami na plecach

- Chciałam pokazać, że bamberska historia trwa do dzisiaj. W Poznaniu wciąż mieszka wielu potomków Bambrów. Zależało mi też na przybliżeniu różnych okresów w ich życiu - mówi Maja Rausch*, autorka książki Przez zmierzchy i świty. Saga bamberska, która ukaże się we wrześniu nakładem Wydawnictwa Miejskiego Posnania.

.
Marcin Sołecki - prapradziadek Mai Rausch z dziećmi: Marią Grzegorzewicz i Antonim

Równo trzysta lat temu w okolicach Poznania pojawili się pierwsi Bambrzy. Ale Twoi przodkowie przybyli tu troszkę później?

Nie jest w pełni udokumentowane, kiedy i skąd dokładnie przybyli. Wiadomo, że pochodzili z okolic Bambergu. Z kwerendy, jaką zrobiłam, wynika, że ok. roku 1730 - w trakcie drugiej z czterech fal napływu owych migrantów do podpoznańskich wsi, takich jak Luboń, Wilda czy Jeżyce - do Dębca dotarł Caspar Rausch. W książce Marii Paradowskiej znalazłam informację, że pochodził z Bambergu. Ale czy to był ten Rausch, od którego ja się wywodzę? Do końca nie wiem. A ponieważ wszelkie wzmianki o Rauschach traktuję sentymentalnie, pomyślałam sobie: kto wie? Jeśli nawet Caspar Rausch nie był moim bezpośrednim praprapra...dziadem, to może jego bratem?

Co o nim wiadomo?

Tylko to, że tu przywędrował. Najprawdopodobniej był rolnikiem, choć w grupie Bambrów przybyłych do Poznania obok typowych gospodarzy żyjących z płodów ziemi zdarzali się winogrodnicy, czasami rzemieślnicy, którzy osiedli w mieście. W mojej bamberskiej rodzinie napotkałam głównie rolników, o czym świadczą późniejsze adnotacje urzędowe w pruskich dokumentach, w pozycji zawód: "gospodarz".

Twoja nowa książka Przez zmierzchy i świty, która ukaże się we wrześniu nakładem Wydawnictwa Miejskiego Posnania, ma być hołdem złożonym hipotetycznym przodkom sprzed trzech stuleci?

Trochę tak. Chciałam też pokazać, że bamberska historia trwa do dzisiaj. W Poznaniu wciąż mieszka wielu potomków Bambrów. Zależało mi też na przybliżeniu różnych okresów w ich życiu. Poczynając od pierwszego przodka, który postanowił osiedlić się na "Dzikim Wschodzie". Bo dla Bambrów podpoznańskie wsie, do których trafiali, były nie tylko wyludnione i zrujnowane, ale też mniej rozwinięte niż znane im niemieckie. Pełni obaw, nie wiedzieli, czego mogą się spodziewać. Nie było wtedy internetu czy telefonów, więc nie mogli się niczego dowiedzieć od wcześniej przybyłych osadników. Dla ludzi wyprawiających się w tak daleką podróż, a musieli przejść około 560 kilometrów, Polska była enigmatyczną krainą, czyli "Dzikim Wschodem" w sensie pejoratywnym. Być może niektórzy przed wyruszeniem w podróż rozważali zabranie ze sobą narzędzi do karczowania ścieżek lub obawiali się napotkania przysłowiowych "białych niedźwiedzi". Zdawali sobie sprawę, że zmierzają do kraju mniej "cywilizowanego". Nie mieli jednak wyboru. Żyjąc w Bawarii, Górnej Frankonii, nie posiadali własnej ziemi. I wiedzieli, że jej nie dostaną. Bo tam dziedziczył jedynie najstarszy syn, a gospodarstw nie rozdrabniano, by mogły się utrzymać. W ojczyźnie dla młodszych synów nie było zatem perspektyw. W Polsce - przeciwnie: tu czekała na nich ziemia obiecana w sensie dosłownym, zagrody co prawda podupadłe, ale Bambrzy wiedzieli, co zrobić, by przywrócić im dawną świetność.

Twoja powieść to saga. Na ile inspirowana jest prawdziwą historią Twojej rodziny?

W dużym stopniu, choć w niektórych wątkach pozwoliłam sobie puścić wodze fantazji. Ponieważ informacji o moich protoplastach było niewiele, zdecydowałam się na snucie opowieści prawdopodobnej, realnej. Być może historyczni Bambrzy szli nieco inną trasą do Polski niż bohaterowie sagi. Trudno to odtworzyć. Ale kiedy później opisuję historię konkretnych osób, opieram się już wyłącznie na faktach. Zbierałam po rodzinie anegdoty i informacje, co wiązało się z odwiedzinami u bliższych i dalszych krewnych. Nawet takich, z którymi od wielu lat nie miałam kontaktu, np. na Minikowie. Pamiętam niezwykłą podróż wraz z mamą do Strykowa pod Stęszewem. Pojechałyśmy zupełnie w ciemno, nie wiedząc, czy akurat kogoś zastaniemy. Byłyśmy tam ostatni raz ponad dwie dekady temu! Okolica bardzo się zmieniła, więc chodziłyśmy od domu do domu. Na szczęście udało się odszukać rodzinę, a spotkanie z nią po latach było bardzo miłe.

Za to współczesna część powieści to mieszanka wyobraźni i prawdy, którą czasem naginałam. Losy niektórych bohaterów połączyłam, a to, co się wydarzyło w rzeczywistości, spotkało np. inną osobę z mojej rodziny.

Głównymi źródłami były dla Ciebie przekazy rodzinne?

Nie tylko, przeglądałam też stare dokumenty. Korzystałam przede wszystkim ze zbiorów Archiwum Archidiecezjalnego i Archiwum Państwowego. Cennym źródłem jest też internet: w bazie o nazwie Basia - dzięki wysiłkowi osób, które zeskanowały archiwalia - można znaleźć wiele informacji genealogicznych. Wystarczy wpisać nazwisko poszukiwanej osoby. Największą trudnością w odczytaniu akt z czasów zaboru pruskiego była nie tyle konieczność znajomości języka niemieckiego, co rozszyfrowanie odręcznego pisma, w dodatku w tzw. niemieckim gotyku, jakiego używali ówcześni urzędnicy. Bardzo pomogła mi moja babcia, która w czasie wojny chodziła do niemieckiej szkoły, więc potrafiła go odczytać.

Mieszkasz na Górczynie, w bamberskim domu dziadka Floriana.

Tak, to niesamowite miejsce. Nie tyle dom, co reszta zabudowań po bamberskim gospodarstwie, jakie założył mój pradziadek, gdy zdecydował się założyć rodzinę. Znajdą się oczywiście w powieści. Za to dzięki starym mapom zamieszczonym na Cyrylu znalazłam taką, na której po odpowiednim "wyostrzeniu" ukazały się budynki gospodarcze mojego prapradziadka, który również mieszkał w Górczynie. Wiem, gdzie stał jego dom mieszkalny, stodoła, ogród. I kiedy teraz przejeżdżam rowerem ulicą Jarochowskiego na odcinku od Górczyńskiej do Palacza, to aż czuję ciarki na plecach, bo wiem, że przebiega ona częściowo przez grunty należące dawniej do mojego prapradziadka.

W tle Twojej powieści pojawia się wielka historia: II wojna światowa i naciski na Bambrów, by podpisywali volkslistę. Albo odbieranie im ziemi przez komunistów. Taka przestrzeń czasowa to spore wyzwanie dla autorki.

Sprawy najbardziej bolesne pokazałam z perspektywy małego Florka, mojego dziadka. Nie chciałam, by książka przypominała podręcznik czy fachową literaturę. Zależało mi, żeby powieść dobrze się czytała - i opowiadała o ludziach, którzy rzeczywiście istnieli.

Podobno wróciłaś do dawnego, bamberskiego nazwiska?

To był ukłon w stronę mojego nieżyjącego dziadka Floriana. Zmieniono mu nazwisko w PRL, gdy był jeszcze niepełnoletni - z bamberskiego Rausch na Rosiński. Dziadek nigdy się z tym nie pogodził.     

rozmawiał Piotr Bojarski

*Maja Rausch  ur. 1980 r., poznanianka o bamberskich korzeniach, absolwentka ASP w Poznaniu, przewodniczka miejska, laureatka konkursu literackiego "Poznań - miasto to powieść" w 2016 r. za książkę Szachownica, czyli sztuka rozpoznania.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019