Kultura Poznań.pl

Rozmowy

opublikowano:

ROZMOWY W GARDEROBIE. Zobaczyć psa w kłębku wełny

- W Katowicach mówiłem wiersz w jakiejś dużej sali i nagle poczułem, że - dosłownie - steruję ludźmi, że oni czekają na moje kolejne słowa i będą czekać tyle, ile zechcę - opowiada Marcin Ryl-Krystianowski*, aktor Teatru Animacji.

.
Marcin Ryl-Krystianowski w spektaklu "Baron Münchhausen" w Teatrze Animacji, fot. J. Wittchen

Bawiłeś się z ojcem w teatr?

Nie, i w ogóle nie pamiętam zabaw z tatą. On miał swój świat, a ja spędzałem dużo czasu sam w swoim pokoju.

Z jakimiś zabawkami?

Rodzice dbali, żebym oprócz autek i misiów miał zabawki konstrukcyjne. Coś się młoteczkiem przybijało, wkręcało jakieś śrubki. Ciocia, dzięki koleżance z Anglii, podarowała mi malutki, wielkości telefonu, zestaw Lego, potem drugi, i potrafiłem tym bawić się godzinami. Miałem też drewniane klocki, które potem zdekompletował mi tata, bo potrzebował ich, by zrobić marionetkę na swój egzamin aktorski. Bardzo lubiłem budować pojazdy...

Ale dzieciństwo nie upływało Ci wyłącznie w ten sposób?

Nie, sporo czasu spędzałem też na podwórku. Grało się w piłkę, łaziło po drzewach, paliło ogniska, piło mleko prosto od krowy, łowiło kijanki... W Łodzi mieszkaliśmy na osiedlu Teofilów, wtedy wśród piachów i łąk. Cudowne miejsce. I był jeszcze Kraków, czyli dziadkowie. Co roku spędzałem tam co najmniej miesiąc wakacji. Dziadek najpierw zabierał mnie z Teatrem "Groteska" na jakieś wyjazdy, a potem, jak już przestał pracować, organizował nam różne wyprawy, np. pod namiot w okolicach Tyńca. No i samo miasto schodziliśmy wszerz i wzdłuż. Tam nauczyłem się jeździć na motorowerze.

No właśnie: dziadek Alfred... aktor "Groteski",  jego brat Henryk zakładał "Arlekina" w Łodzi, tata i mama też lalkarze, a Ty nie chciałeś kontynuować rodzinnej tradycji.

Ja w ogóle nie wiedziałem, co chcę robić.

I to ojciec wybrał Ci zawód?

Po trzeciej klasie liceum zapytał mnie o plany. Nie miałem. Nie wiem, na jakiej podstawie stwierdził wtedy, że mógłbym być dobrym aktorem. Uwierzyłem mu.

Pomagał Ci przygotować się do egzaminów?

Pośrednio. Poprosił swojego przyjaciela, a jednocześnie kierownika literackiego teatru, którym kierował w Jeleniej Górze, Tadeusza Pajdałę, by się mną zajął. A potem obaj wpadli na pomysł, że muszę trochę powystępować, i zgłosili mnie na Ogólnopolski Konkurs Recytatorski. Prawdę mówiąc, dopiero wtedy zacząłem poważnie myśleć o szkole.

Bo wygrałeś konkurs?

Nie, nie o to chodziło. Zresztą nie wygrałem. Stało się po prostu coś niezwykłego. W Katowicach mówiłem wiersz w jakiejś dużej sali i nagle poczułem, że - dosłownie - steruję ludźmi, że oni czekają na moje kolejne słowa i będą czekać tyle, ile zechcę. W napięciu. Czysta magia! Wtedy właśnie pomyślałem, że dla tego uczucia warto być aktorem.

Brałeś pod uwagę inny wydział niż lalkarski?

Nie, ja do dzisiaj nie wierzę w siebie.

Mimo nagród, jakie dostawałeś?

Nagrody to wypadkowa tak wielu rzeczy, że dajmy spokój.

Urodziłeś się w Łodzi, maturę robiłeś w Jeleniej Górze, a kiedy skończyłeś studia, rodzice mieszkali już w Poznaniu. Z ich powodu znalazłeś się tutaj?

To była decyzja podyktowana wyłącznie rozumem.

Bo Teatr Animacji był wtedy jednym z najlepszych tego typu teatrów w Polsce?

Bardzo podobał mi się teatr w Białymstoku i tam chciałem zostać - tym bardziej że Mariola, moja żona, jeszcze studiowała. Ale nie było szans. Mieli komplet. No więc skoro chciałem być w dobrym teatrze, a chciałem, to byłbym idiotą, gdybym nie poszedł do "Animacji", prawda?

Ale tata dyrektor...

I dlatego miałem zrezygnować?

Nie obawiałeś się, że możesz być postrzegany wyłącznie jako "syn szefa"?

Wtedy o tym nie myślałem. Miałem za sobą bardzo wysoko ocenione spektakle dyplomowe, wiedziałem, że nie będę tu ciągnięty za uszy, bo sam sobie dobrze poradzę i z zadania, jakie dostanę, po prostu się wywiążę. Natomiast potem, w sytuacjach czysto ludzkich, oczywiście wyszło, że jestem "synalkiem tatusia".

To już historia?

Teraz trochę się zmieniło, bo mamy kolejnego już dyrektora, który nie jest moim krewniakiem, ale pewna niechęć niektórych kolegów została.

Jak sobie z tym radzisz?

Byłem i jestem głupio naiwny, bo ciągle sobie wyobrażam, że ludzie, z którymi pracuję, a nie zrobiłem im krzywdy, choć prywatnie różnią się poglądami na wiele spraw, w teatrze powinni być grupą przyjaciół wzajemnie się wspierających i współpracujących na scenie,  bez upartego szukania u innych czegoś złego.

Nie chciałeś zostawić Poznania? Warszawa daje więcej możliwości, także pozateatralnych.

Nie, jakoś nie. Ale ja w ogóle nie lubię zmian. Kiedy zaczynałem tu pracę, interesował mnie wyłącznie teatr i udział w ciekawych spektaklach. Wtedy warszawskie sceny nie dawały takiej szansy.  Dziś jest inaczej, w "Lalce" znalazło się wielu kolegów Marioli i moich, wszyscy w okolicach pięćdziesiątki. No to gdzie my tam? Kolejni "z latami"? Tam potrzeba młodych. Nasza córka Ola dołączyła teraz do nich.

Kolejna w klanie Ryl-Krystianowskich.

Długo się przed tym broniła. Najpierw przez dwa lata studiowała edukację artystyczną na poznańskiej ASP (dziś UAP - przyp. red.), potem pracowała jako kelnerka w różnych miejscach w Polsce, ale w końcu trafiła do szkoły w Białymstoku.

Wróci do Poznania?

Jej życie związało się z Warszawą. Współpracuje z filmem, gra, projektuje i robi lalki, scenografię... W Poznaniu stworzyła muppeta Macieja Nowaka do Extravaganzy Teatru Polskiego; przez jakiś czas współpracowała z Teatrem Cortiqué Ani Niedźwiedź: do Królowej Śniegu zaprojektowała i zrobiła lalki Gerdy oraz Kaja, sama animowała Gerdę, na dłuższą metę jednak takie jeżdżenie jest po prostu niemożliwe.

A syn?

Jest w liceum, w klasie informatycznej. Scena, jak powiedział, go nie interesuje.

Ciągle nie wiem, czy Ty Poznań lubisz... Wyprowadziłeś się za miasto.

Z powodu przyrody. Trudno się do nas dostać, jeśli nie ma się własnego transportu, ale kiedy już się tu przyjedzie i widzi tę trawę, która rośnie, i te ptaki, które czasami jazgoczą niemiłosiernie... Wiesz, ja jakoś nie zżyłem się z Poznaniem. Na szczęście dosyć dużo pracuję, więc nie mam czasu na rozmyślania, dlaczego tak się stało. Ciągle teatr jest najważniejszy.

I potrzebny?

Jestem o tym przekonany. On ma misję. A ja sobie kiedyś wymyśliłem, że chciałbym, aby ci nasi widzowie wchodzili w otaczający ich świat, używając wyobraźni. To im podpowiadamy ze sceny: żeby w patyku widzieć miecz, żeby zobaczyć psa w kłębku wełny. Żeby nauczyli się patrzeć na świat inaczej i szerzej, żeby umieli w szarym zobaczyć też kolor. Wtedy będzie dobrze.

rozmawiała Anna Kochnowicz-Kann

*Marcin Ryl-Krystianowski  ur. 1967 r. w Łodzi, od 28 lat aktor Teatru Animacji w Poznaniu; w 1990 ukończył PWST w Warszawie Wydział Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku; laureat wielu nagród artystycznych, w 1992 r. otrzymał Medal Młodej Sztuki.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018