Kultura Poznań.pl

Historia

opublikowano:

Ucieczka z cukrowni

- Ojca przygoda z fotografią zakończyła się gdzieś w 1949 roku - stwierdza Zygmunt Zieliński, syn Bogdana.  - Wystawę w maju 1949 zaliczył raczej siłą rozpędu, choć wtedy dostał legitymację Polskiego Towarzystwa Fotograficznego. Później robił zdjęcia, ale już nieartystyczne.

.
Bogdan Zieliński w 1939 r., prawdopodobnie ostatni raz w willi przy Ostroroga 20 przed wyjazdem na front. Opiera się o biurko Stanisława. / fot. archiwum rodziny Zielińskich

Koniec i początek tej przygody najmłodszego z braci Zielińskich znaczą wystawy zbiorowe. O zaiste ekscytującej samorealizacji w latach 1932-39 wysoko postawionego pracownika polskiego kartelu cukrowniczego pisałam już ostatnio. Niełatwo oderwać się od archiwum rodziny Zielińskich, to już czwarty odcinek nim zainspirowany. Może tylko Tadeusz Cyprian ma pośród  członków międzywojennego Towarzystwa Miłośników Fotografii TMF w Poznaniu równie dobrze udokumentowane losy. Lecz nie własną twórczość. Po Bogdanie Zielińskim natomiast zachowała się m.in. cała jego pierwsza własna wystawa. Na tyłach czterdziestu trzech kartonów z naklejonymi zdjęciami są winiety organizatora. Tam - ważki opis: "Wystawa indywidualna TMF w Poznaniu / 1932/33". Tematycznie swobodna, zawiera zdjęcia z bogatego, dotychczasowego życia autora, wątki poznańskie - np. dźwig na Pewuce i rzeźbę lwa przed wejściem do opery, a dalej dowody wielkiej ruchliwości Zielińskiego: Kościuszko opuszcza Gdynię, fontanna Neptuna w Gdańska, Ku morzu, Hamburg jako Światła wielkiego miasta, motywy przyrodnicze - Paw, Mewy, Park leśny, architektoniczne - Kościół św. Katarzyny w Gdańsku, zamek w Westfalii, fragment fasady z Gniezna, kościół w Chojnicach. Są też ujęcia intymniejsze - Czułości czy Zaczytany. Zbiór jest formalnie różnorodny, widać jednak fascynację kompozycją malarską. Autor zmierza ku piktorializmowi.

Artystyczny dokument

Czy była to jedyna indywidualna wystawa Zielińskiego? Na pewno przedstawiała go jako nowego członka TMF. Mogła krążyć po mniejszych ośrodkach Wielkopolski - poznański TMF miał oddziały w Żninie i Wągrowcu. Wiele z tych prac, jak Kruchta, ma też naklejki z kolejnych ekspozycji, tyle że zbiorowych. Licznie je organizowano w całym kraju, blisko (Grudziądz, Wągrowiec) i daleko (Lwów, Kielce, Warszawa). Raz tylko, w Wągrowcu,  pokazano większą liczbę, bo aż 19 zdjęć z tego pierwszego zestawu.

Nowych lub innych prac artystycznych nie ma wiele. Zieliński, od 1931 roku referent prasowy i statystyczny w zarządzie cukrowni dwóch regionów - poznańskiego i pomorskiego, nie mógł poświęcać wielu godzin na czasochłonną obróbkę fotografii w technikach szlachetnych. Do 1938 roku kilkakrotnie zatem powtarzał np. prezentację trzech zdjęć, wykonanych wyraźnie już w duchu piktorialnym: Bieda, Ghetto i Odpoczynek/Nędzne życie. To bardzo reprezentatywne kompozycje dla nurtu, który utożsamiał techniki "rozmalowujące" fotografię z wolnością gestu artystycznego. I zgodne z zasadą Bułhaka, opisaną w książce Technika bromowa z 1933 roku, którą Zieliński posiadał. Zrobił on wszystko dla poprawienia treści negatywu, nic dla jej dokomponowania, "wszystko w odejmowaniu, uwydatnieniu, ale nic w dodawaniu". Mimo artystycznej techniki te trzy zdjęcia pozostają więc i dokumentem. Są świadectwem ostrych cieni życia w tamtym czasie, zapachu ubóstwa. Poza Poznaniem ostatnim miejscem przed wojną, gdzie dwa z tych zdjęć się pojawiły, było zresztą miasto biednej ściany wschodniej: Lublin. Na nędzę Zieliński był czuły, jego rodzinie długo się nie przelewało. Winiety na rewersach wymieniają przez kilka lat ten sam wspólny adres z matką, siostrą Ireną i bratem Stefanem: ul. Matejki 68. Lecz w 1934 roku zostaje przekreślony. - Ręką ojca wpisany jest nowy: Ostroroga 20 - mówi syn Zygmunt.

Ławeczka

Wille na Ostrorogu zwano wielkopańskimi. Kosztowały tyle, co na Sołaczu, 75-80 tysięcy złotych. Żaden z Zielińskich tam się nie wybudował ani nie kupił domu. Ale Stanisława, lekarza ginekologa z prywatną lecznicą, stać było na wynajęcie jednej kondygnacji. Do niego wprowadzili się Bogdan z matką i Ireną. Znów mieszkali wspólnie, za to w jakiej dzielnicy! Wokoło adwokaci, prezesi, przedsiębiorcy, miejska elita. No i ogrody, pola, bo Grunwald dopiero się zabudowywał. Parę lat później i parę ulic dalej pobudował się w końcu jeden z Zielińskich: Stefan, urzędnik banku PKO, z żoną Kazimierą. Adres: Lubeckiego 9. Dla Bogdana ta ich nowa lokalizacja miała duże znaczenie, bo w ogródku urządzono oczko wodne z rybkami i kamienną ławeczką przy brzegu.

Na tej ławeczce się dogadali. Bogdan z pianistką Izabellą Ostoia. Poznali się w 1939. On od roku mieszkał już w Kościanie, został tam dyrektorem finansowym cukrowni. Przyjechał do Stefanów w odwiedziny, poszli na koncert, zobaczył Izabellę. A może inaczej - ona była już u Stefanów, poszli razem na koncert... - Ojciec był zafascynowany - mówi Zygmunt Zieliński. - Miał czterdzieści lat, ona o jedenaście mniej, oboje byli więc "w latach".

Dogadali się, mimo że ona dopiero zaczynała karierę, koncertowała. Przez radio usłyszał ją słynny Grzegorz Fitelberg, dyrektor orkiestry symfonicznej w Katowicach. Zadzwonił, chciał się spotkać, nie zdążył - wybuchła wojna. Nie zdążył i Bogdan - ze ślubem. "W nocy żegnałem się z Matulką" - pisał 29 sierpnia 1939 roku. - "Mówiła: czy się jeszcze kiedy zobaczymy?" Rano wyjechał do Łodzi. Spisał relację z klęski wrześniowej - obraz chaosu decyzyjnego, bezsensownych marszów, nierównej walki, padających z wycieńczenia koni i syzyfowej pracy ofiarnych jednostek. Dostał kulę pod Lublinem. Opatrzony i ukryty przez miejscowe kobiety przed drugim wrogiem - Rosjanami, wrócił do Stefanów.

"Jedna kieszeń w mundurze przeznaczona była na Twoje listy" - pisał przyszłej żonie. Ślub wzięli dopiero w 1942. Bogdan musiał dostać zezwolenie na wyjazd za granicę, do Generalnej Guberni, gdzie była ona, on zaś pracował znów w cukrowni kościańskiej pod zarządem okupanta. Po wojnie został tam do emerytury. Zielińscy wychowali piątkę dzieci. -Bardzo się kochali. A łatwo im nie było - mówi syn Zygmunt. Izabella była szlachcianką, donoszono na Bogdana w pracy, że ma żonę hrabiankę. On o niej mówił zawsze w superlatywach. W 1949 roku dostał awans połączony z zesłaniem: mianowano go szefem finansów Zjednoczenia Przemysłu Cukrowniczego w Poznaniu. Zaczęły się dojazdy. Ale to wtedy wysłał pracę na tamtejszą I Ogólnopolską Wystawę PTF (w Muzeum Wielkopolskim, 127 zdjęć, 85 fotografów, 22 tysiące zwiedzających). Jego ostatnią. Wpisowe za każdą z prac wynosiło 100 złotych. Pieniądze miał, czasu - nie. W pociągu nie ma ciemni.

Monika Piotrowska

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018