Kultura Poznań.pl

Historia

opublikowano:

Aparat na froncie

Równe sto lat temu, w końcu 1917 roku, przyszły poznański miłośnik fotografii Bogdan Zieliński został wydalony z gimnazjum w Münsterze. "Jako niepożądany Polak" - pisał. Określono go mianem "Nationalpole", polskiego nacjonalisty, a z wiosną 1918 wcielono do niemieckiego wojska. - To była największa trauma ojca - stwierdza jego syn Zygmunt, wieloletni wiolonczelista orkiestry Amadeus.

.
Bogdan Zieliński na przejeździe kolejowym w Münsterze, ok. 1910-1911 r.

Bogdan poszedł na front zachodni po tym, jak dwa lata wcześniej we Flandrii zginął jego starszy brat Franek, a w roku 1917 - Julek. Tego Juliusz senior nie wytrzymał - zmarł, mając zaledwie 65 lat. Z mężczyzn w rodzinie przeżyli bracia najstarsi: Kazimierz i Stach oraz najmłodsi: Stefan i Bogdan. Nie wiadomo, który które zdjęcia robił na tej Wielkiej Wojnie. Zaczęli w Münsterze od samych siebie - przy warcabach w przydomowym ogródku i od widoków maszerujących przez miasto landwerzystów. Na początku Zielińscy w galowych mundurach mają jeszcze morowe miny, ale nigdzie nie tworzą tego klimatu, jaki zgodnie opisują historycy: w pierwszych tygodniach wojna jawiła się większości Niemców jako krótka przygoda, wypełniona hulankami. Owszem, Zielińscy zrobili wiele zdjęć na kwaterach przy kieliszkach, ale w portretowanych twarzach jest napięcie albo niepewność. Jeśli uśmiech - to tylko taki dla matki, żeby się nie martwiła.

Z dziewczyną, z kolegami

Aparat na froncie na pewno miał przy sobie Stach. On najbardziej to potrafił - uśmiechać się mimo wszystko. Był już po medycynie, więc lekarz, w trakcie wybuchu wojny 25-letni, w sam raz na zawodową praktykę. Wojna dała mu wszechstronną. Czy dlatego nigdy się potem nie ożenił, nie miał dzieci? Na zdjęciach widzimy go w mundurze i w cywilu, przy okopach i na kwaterach, na przepustce z dziewczyną i kolegami. Wszystkie te fotografie są dosłownymi zapisami zniszczeń, ekstremalnych warunków frontowych lub szalenie swobodnymi aranżacjami, dokumentami rewolucji społecznej. Kobieta z lepszych sfer pijąca wino z tuzinem wojaków na łonie natury? I cóż, że jest wśród nich jej Stach? Sam musiał ustawiać aparat, a potem prosić kogoś o naciśnięcie spustu - może wiejskich urwisów, którzy kręcili się wokół rozbawionego towarzystwa. Kilka ujęć połamanego jak zapałki zagajnika i zbombardowanego okopu, koło którego stał na innym zdjęciu, zrobił najwyraźniej sam. Inne obrazy - tak charakterystycznego dla tamtej wojny zderzenia nowej i starej techniki, tzn. porzucone stare dwukółki armatnie z zaprzęgów konnych i ogromne stalowe działa, transportowane na platformach kolejowych, utrwalali chyba i Stach, i młodsi bracia, prócz biednego Franka, który odszedł jako pierwszy.

Powiadam ci, cudo

Stefan i Bogdan uwielbiali koleje jeszcze przed wojną. Wystawali przy przejazdach, żeby się na ich tle wzajemnie sfotografować. Stefan to się jeszcze hamował, przyzwoicie ustawiał przy szlabanie, a młodszy wskakiwał okrakiem i... hajda! Kochał pociągi. Zygmunt Zieliński tak wspomina ojca po II wojnie światowej: - Najstarszy mój brat dostał kolejkę - drewniane wagoniki, lokomotywka - po Niemcach, którzy uciekając w popłochu, zostawili to w naszym mieszkaniu. A ojciec to wszystko poprzerabiał, podorabiał nowe podwozia, tory, szyny... Miał zdolności techniczne po swoim ojcu. Zażyczyłem sobie samochodu, musiał być czerwony i koniecznie z żółtymi kołami. I dostałem. Korpus drewniany, a błotniki metalowe, wycięte z puszek od konserw. Z pół metra długości, wymodelowany jak powojenny opel, taki garbus. Miał silnik, nad nim podnoszoną klapę na zawiasach. Były żarówki na bateryjki, więc świeciły reflektory. Okna z pleksi, klameczki z gwoździa. Powiadam ci, to było cudo.

Bogdan był zdolny, jak reszta braci, jednak jego priorytety z początku odsunęły talenta na bok. Zresztą początkowo, gdy wylądował na froncie zachodnim, w dodatku we Francji, jego wola w ogóle nie miała znaczenia. W sierpniu 1918 wybuchła epidemia hiszpanki. Zaraza szła na Europę właśnie stamtąd, z portów francuskich przenosiła się do okopów i dziesiątkowała wojsko. Bogdan uszedł kulom, choć odsłużył do końca I wojny, lecz hiszpance nie umknął. Gdzieś w połowie 1919 roku szczęśliwie się wyleczył i zaraz pojechał do Gdańska do polskiego Komitetu Narodowego. Tam wydano mu zezwolenie na powrót do odrodzonej Polski.

- Ojciec, widzisz, pierwsza rzecz to zgłosił się do wojska - mówi dziś Zygmunt Zieliński. Ale co z maturą? On, syn profesora matematyki, miał zostać bez? Zdał w kwietniu. "W lipcu 1920 r. byłem w Szkole Podchorążych Artylerii w Poznaniu" - pisał. Po dwóch latach przeszedł do rezerwy. Dopiero wtedy naprawdę rozwinął skrzydła. Zaczął pracę w poznańskim Banku Przemysłowców S.A. i już w 1925 roku miał za sobą egzamin na urzędnika bankowego, był samodzielny. Mógł sprowadzić matkę i rodzeństwo, rozpocząć studia i oddać się gromadzeniu wiedzy i materiałów do fotografii...

Monika Piotrowska