Towarzyszenie zespołu podczas pierwszej części koncertu, należącej do Georgijsa Osokinsa i Koncertu e-moll było jednak prawie niezauważalne. Pianista zawłaszczył wykonanie, nie pozostawiając miejsca dla orkiestry. Szczególnie ciekawie (i niepodzielnie solistycznie) zabrzmiała II część dzieła, bogata w kantyleny, w których wirtuoz czuł się najlepiej.
Osokins ma w sobie coś z romantycznego artysty - samotnego na scenie, miotanego wielkimi uczuciami, ogarniętego obezwładniającą wizją interpretacyjną; wizją, nad którą momentami aż traci kontrolę, ale która zdradza jego wybitny talent i niezwykłą osobowość. Jest uderzająco muzykalny - aż "nadmuzykalny", nadwrażliwy. Potrafił w tak czuły, subtelny sposób prowadzić frazy, że traciły swoje kontury i miejsca w całości utworu - jednocześnie jednak z błyskiem geniuszu wydobywał ich zaskakujące, niedostrzegane wcześniej konteksty harmoniczne i kulminacje wyrazowe. Grał migotliwie i czujnie, a jego wykonanie aż tętniło wielobarwnymi efektami - zawahaniami, ściszeniami, przestrzenną dynamiką.
Występ Osokinsa zdradzał, że wirtuoz nie tylko poznał i zrozumiał Chopina na tyle, by nabrać do niego dystansu, ale również odważył się na krytyczną refleksję dotyczącą uznanych i utartych strategii wykonawczych, które w przypadku dzieł polskiego kompozytora bywają traktowane jak kanoniczne. Szczególnie kontrowersyjny okazał się bis - Polonez As-dur, który w niczym nie przypominał tego utworu w tradycyjnych interpretacjach. Posłuszny intuicjom i natchnieniom Osokins zdobył słuchaczy sceniczną autentycznością.
Płynna fraza
Koncert f-moll zaprezentowany przez Charlesa Richarda Hamelina okazał się bliższy publiczności - być może dlatego, że wykonanie mieściło się w ramach czegoś, co można by nazwać "stylistyką Chopinowską" (gdyby określenie to nie raziło brakiem precyzji i jasnych wyznaczników). Pianista realizował wspólne wielu wielbicielom kompozytora intuicje interpretacyjne, wprowadzając je na wyższy poziom artystycznego zrozumienia. Pozostawał przy tym w pełni oryginalny, a także - w pełni szczery (szczerość to, jak przyznał w jednym z wywiadów warunek konieczny, by grać Chopina). Grał bardziej od Osokinsa wyraziście, bardziej konsekwentnie i w pewien sposób - bardziej przekonująco.
Hamelin ma bowiem rzadki dar - potrafi nie tylko zdobyć pilną uwagę publiczności, ale i utrzymać ją podczas całego wykonania. Od gry solisty wprost nie można było się oderwać - hipnotyzowała, zawłaszczała myśli i uczucia. Była jednocześnie i logiczna, i niezwykle swobodna, naturalna. W potoczystych frazach II części Koncertu (ta, jak u Osokinsa, była chyba najpiękniejsza) czuło się i znawstwo, i lekkość, i tę szczególną umiejętność gry ze wszystkimi jej elementami na swoich miejscach - jakby w zgodzie z musica mundana.
W przeciwieństwie do Osokinsa Hamelin nie czuł się na scenie sam - współpraca z zespołem była mocnym punktem jego występu. Potrafił wtopić w swoją interpretację barwy i atuty orkiestry, co przełożyło się na duży sukces efektu całości.
*
Dwaj wirtuozi, dwie strategie intepretacyjne, dwie wrażliwości i dwa wielkie talenty - poznański koncert nie tylko potwierdził rangę Konkursu Chopinowskiego, ale i uświadomił, jak trudne zadanie stało w tym roku przed konkursową komisją. Kto potrafi rozstrzygnąć, czy werdykt był słuszny?
Agata Szulc-Woźniak
- Koncert nadzwyczajny - "Laureaci"
- Orkiestra Kameralna Polskiego Radia Amadeus pod batutą Agnieszki Duczmal i Anny Duczmal-Mróz
- soliści: Georgijs Osokins i Charles Richard-Hamelin
- 26.10
- Aula UAM