Leszek Kułakowski - wybitny pianista, klasyk polskiego jazzu, od dekad obecny w głównym nurcie polskiej muzyki powraca z fascynującą muzyką odwołującą się do twórczości Stanisława Ignacego Witkiewicza. Wśród wielu jego świetnych dotychczasowych dokonań warto, w kontekście najnowszego krążka, szczególnie pamiętać album "Witkacy. Narkotyki" sprzed pięciu lat. Pianista komponował też muzykę do przedstawień na motywach dramatów wielkiego ekscentryka. Warto również mieć w pamięci fakt, że w Słupsku - gdzie Kułakowski się urodził i z którym jest związany - znajduje się największa kolekcja prac plastycznych Witkiewicza. Najnowszy, omawiany tu album pianisty również bezpośrednio odwołuje się do twórczości Witkacego. Ten ostatni swoje w pełni improwizowane, intuicyjne, pianistyczne popisy nazywał ironicznie "chlustami". Taki też tytuł nosi nowy krążek Kułakowskiego. Nawiązuje on do tej samej idei czy metody: tworzą go utwory powstałe pod wpływem chwili, będące wyrazem naturalnych emocji. Proces komponowania każdego z tematów trwał najwyżej kwadrans. Dlaczego? Aby dać muzyczny, współczesny ekwiwalent Witkacowskich idei, aby stać się dźwiękową kliszą jego twórczości: "groteskowej, absurdalnej, nieprzewidywalnej", a zarazem niosącej głębokie przeżycia metafizyczne. W tej podróży towarzyszą liderowi: świetnie się z nim rozumiejący perkusista Tomasz Sowiński oraz kontrabasista Piotr Kułakowski.
Powiedzieć można, że w niektórych fragmentach lider zdaje się kontrolować czy hamować swoją ekspresję, by nadać kompozycjom trochę melodii, powietrza. W paru innych gra jednak bardziej ofensywnie, acz zawsze konstrukcja utworów jest klarowna. Jak się tego słucha? Wybornie! Nie trzeba przy tym być wielbicielem Witkacego, choć z pewnością to nie zaszkodzi!
- Leszek Kułakowski, "Chlusty" (Soliton)
Pozostańmy jeszcze w klimacie tematów kaszubskich (lub ich okolicach), wykonajmy jednak zachwycający zwrot ku muzyce, która próbuje uchronić to, co - zdawałoby się - odchodzi w zapomnienie. Drugi rok z rzędu świetną, bardzo świetną, płytę wydaje grupa Drëszë. Kwartet, prowadzony przez dobrze znaną na folkowych scenach Joannę Gostkowską, prezentuje brawurowe opracowania tradycyjnych melodii. O ile kaszubskie dziedzictwo muzyczne nie miało dotąd (przynajmmniej w ogólnopolskiej perspektywie) zbyt wielu udanych folkowych interpretacji, o tyle każdy kolejny krążek tej formacji jawi się jako wydarzenie. Pierwsza płyta była próbą zdefiniowania stylu i pomysłu na muzykowanie. Na drugiej zespół mówi już pełnym głosem. I, co można uznać za ciekawy kierunek, artyści postanowili, że ten drugi album ukierunkowany będzie na muzykę taneczną. Nie! To nie znaczy nic złego! Pozostajemy w kręgu tradycyjnych tematów i akustycznego instrumentarium. A gdyby ktoś (jak i piszący te słowa) nie był zbyt skłonny do oddawania się tanecznym pląsom, to zapewniam: dla słuchacza jest tu również mnóstwo wspaniałych smaków! Krążek jest bowiem nie tylko (jakże udaną) próbą odnajdywania starych melodii, ale też oddania hołdu dawnym mistrzom - i ich dziedzictwu. Gościnnie pojawia się tu więc w trzech utworach Władysław Jankowski (rocznik 1935!), a także o pokolenie młodszy Mirosław Sobisz (1957). Gostkowska konsekwentnie (jakżeby inaczej!) śpiewa po kaszubsku, partnerzy (w tym klasyk folkowej sceny, Hubert Połoniewicz) dają jej wspaniałe wsparcie instrumentalne, pozwalają na kolejny zachwyt kaszubską tradycją! Warto!
- Drëszë, "Rejwach" (Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie)
Kolejna, jakże świetna płyta! Oczywiście, znamy przykłady wielkich zespołów prowadzonych przez basistów - nieco anegdotycznie mówiąc: od Mingusa po Pastoriousa - ale w naszym kraju to rzeczywistość nieczęsta. Pomińmy wyszukiwanie przykładów - oczywiście, znajdą się. Skupmy się na dokonaniach Franciszka Pospieszalskiego, bo jest na czym. Z jednej strony obciążony (?) sławą słynnej muzykującej rodziny, z drugiej - jeden z czołowych przedstawicieli "skandynawskiego zaciągu" w młodym polskim jazzie (świetnych krajowych artystów wykształconych w skandynawskich szkołach muzycznych).
To wszystko jednak sprawy drugorzędne. Ma bowiem Franciszek Pospieszalski, młody przecież muzyk, na koncie już kilka bardzo udanych płyt jako lider (warto sprawdzić) i kilka jako członek innych zespołów. Tym razem postawił na brzmienie gitary basowej Po raz kolejny potrafił znaleźć godnych siebie partnerów, którzy nie tylko zrozumieją czy złapią jego idee muzyczne, ale pozwolą im unieść się w niebo. Świetny jest grający na trąbce (okazjonalnie też na flugelhornie i pianie elektrycznym) Ignacy Wendt, tak jak i zapewniający harmoniczną podstawę pianista Piotr Andrzejewski. Aktywność lidera świetnie wspiera dynamiczny i wszędobylski perkusista Patryk Dobosz. Niezwykłe w tym nagraniu jest to, że słyszymy świetnie zgrany zespół i jego autentyczną synergię, a zarazem - to równie wyraźne - nie byłoby tego wspaniałego efektu, gdyby nie kunszt, wielki kunszt (i koncepcyjny, i instrumentalny) lidera. Piękne granie!
- Franciszek Pospieszalski, "Warsaw Band" (Audio Cave)
A jeśli komuś nie w smak muzyka nazbyt nowoczesna - bardzo proszę: oto szansa na spotkanie z klasycznymi brzmieniami (i tematami), które chyba każdego wprowadzą w dobry nastrój. Zawłaszcza, że kreuje je niekłamany mistrz - Adam Makowicz!
Pozostaję w nadziei, że nie trzeba tłumaczyć, kim jest ten klasyk, gigant polskiej (i amerykańskiej) muzyki, jaki ciężar gatunkowy miały jego dokonania tu, za (ówczesną) żelazną kurtyną i jak wspaniale odnalazł się (a właściwie od nowa zbudował) tam, w ojczyźnie jazzu. Tym razem mistrz ze swym, jak zawsze, wspaniale brzmiącym fortepianem, zaprosił do współpracy grającego na saksofonie tenorowym Krzysztofa Medynę. To emigrant z czasów stanu wojennego, również od dekad mieszkający i tworzący w Stanach Zjednoczonych. W duecie prezentują muzykę, którą bez kłopotu można zapisać do nurtu easy listening, a zarazem przypisać do jazzowej klasyki - i to jej największa zaleta, największa uroda. Nagrania zostały zrealizowane latem 2024 r. w warszawskiej sali koncertowej Nowa Miodowa. Sami artyści podkreślają nie tylko jazzowe, ale też bluesowe źródła swych inspiracji. W repertuarze tematy Jerome'a Kerna, Theloniousa Monka, Duke Ellingtona, Cole Portera i wielu innych. Nic, tylko usiąść i zasłuchać się z przyjemnością...
- Makowicz & Medyna, "New York Flavors" (For Tune)
Tomasz Janas
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026