Wiedziałam jednak, że przecież skoro dotychczas mnie nie zawiedli - ani Weronika Asińska (tu w roli Sinnead O'Connor) ani Dawid Ptak (w roli Jezusa / Platona), tym razem również tak się nie stanie. Spoiler alert - nie rozczarowałam się. Casting doskonały, tylko potrzebujemy jeszcze paru chwil na ochłonięcie. Ale o tym zaraz...
Bo najpierw - niespieszna akcja, nie do końca zrozumiałe posunięcia, wiele hałasu o niezbyt wiele, aż... "Wszystko się zmieniło, kiedy podarłam zdjęcie papieża" - a raczej, kiedy na scenie pojawiła się ta, do której zdjęcie to należało. Matka (Edyta Łukaszewska) i jej poród, a raczej Poród. A potem Gniew. Żal. Po cokolwiek Łukaszewska nie sięgała, robiła to całą sobą - czasem aż nieznośnie (kto to widział, żeby kobieta tak krzyczała), czasem przeszywająco ("Żeby być kimś, musisz być niczym"), ale zawsze w punkt. Postać, o której nie chce się pamiętać, zbudowała w sposób, o którym trudno zapomnieć. Weronika Asińska kolejny raz potwierdziła swój talent - dźwigać na barkach ciężar roli tytułowej, która we własnym życiu zbyt długo grała rolę drugoplanową - to jest ogromne wyzwanie, któremu wielu by nie podołało. Jej się udało, ona znalazła Sinnead w jej bólu i samotności, w chęci zmiany świata i odwadze do walki z systemem. Pokazała nam jej człowieczeństwo, w którym mogliśmy dojrzeć elementy własnego.
Mateusz Wróblewicz w roli Bruna to moje tegoroczne odkrycie. Jego po prostu trzeba zobaczyć, pozwolić opowiedzieć nam całą tę historię - jest autentyczny i porywający, nienachalny i nieprzekombinowany. Poprowadzony tak, że bez niego wszystko mogłoby się rozpaść. Tracąc kontekst, który trzymał w ryzach, stracilibyśmy wszystko. Z kolei Ildefons Stachowiak w roli diabła i Aleksander Machalica jako Jan Paweł II stworzyli dwugłos, któremu można by poświęcić osobny tekst, bo to właśnie teksty w ich wykonaniu brzmiały najmocniej, zwłaszcza diabła. Waldemar Szczepanik, Janusz Grenda, Paweł Hadyński i Dariusz Pieróg stworzyli wspaniale odpychający konglomerat hierarchów kościoła. Żadnemu z nich nie chciało się tam być, każdy widział się gdzieś indziej (i z kimś innym?), a kiedy dołożyło się do tego lekkie premierowe zagubienie w pojedynczych tekstach czy momentach - wyszło idealnie. Nie wierzyłam w ani jedno ich słowo.
Kostiumy - zachwycające. Mirek Kaczmarek i Maria Mordarska doskonale wiedzieli co robią i kogo tym ubraniem chcą obnażyć, odziewając głowy kościoła w przaśne, cekinowe ornaty na stelażach, Jezusowi zakładając złote szorty, a Brunowi dres i kibolską kominiarkę w kolorze flagi Irlandii. Zastanowiłabym się, czy nie nazwać ich pastiszem - choć z założenia i w przeciwieństwie do parodii nie ma on wydźwięku satyrycznego, oddaje hołd i wyraża szacunek. A co podkreśla go bardziej niż blichtr, złoto i ociekające cekinami piuski, alby, ornaty? Przecież nie skromność...
Scenografia tego samego duetu - zwłaszcza "detal" po lewej stronie sceny - bardzo na tak. Całość - geometryczna i psychodeliczna jednocześnie, z ogromnym ekranem pośrodku i ekranem dodatkowym pojawiającym się na czas trwania piosenek (z tłumaczeniem, które zawsze się chwali, bo choć wykonywane były same hity - nie tylko z repertuaru Sinnead - nie warto zakładać, że wszyscy je znają i rozumieją w podobnym stopniu). Schodki, uchwyty, pomiędzy którymi przez sporą część trwania spektaklu rozpościera się sam Pan Jezus, bo któżby inny? Po "Będzie Pani zadowolona..." to już drugi tytuł, w którym Dawid Ptak (tam w fenomenalnej roli Rycia zwanego Zjebem) gra samą swoją obecnością - nie mówi wiele, bo i wiele mówić nie musi. Jest - uważny, świadomy i nie do przegapienia. A kiedy już z tego krzyża schodzi, robi się tylko lepiej.
Za muzykę odpowiedzialny był Marcin Macuk i wyobrażam sobie scenariusz, w którym postanawia, że w "Diable i dziewczynie" muzycznie dziać się będzie wszystko. Nawet wtedy, kiedy to wszystko przytłacza, dość szybko staje się jasne, że działo się to po coś. Jeśli zakładacie, że cały spektakl będzie miksem piosenek Sinnead i nie spodziewacie się "Like a prayer" Madonny albo (brawurowo wykonanego, również dzięki rewelacyjnej choreografii duetu haszimotowiksa, czyli Pauliny Jaksim i Katarzyny Kulmińskiej) "Kiss from the rose" Seala - nie spodziewajcie się. Niech Was to zaskoczy tak, jak zaskoczyło mnie.
W tekście wybitnej Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk jak na dłoni odbija się wielowymiarowość, która w teatrze odgrywa dla mnie rolę pierwszoplanową. Tkanie siatki znaczeń, które nie odnoszą się jedynie do wąskiego wycinka rzeczywistości, a nas, widzów, nie ustawiają w kolejce do wypaczającego ogląd Judasza - to ogromna odpowiedzialność, ale i misja, którą "Diabeł i dziewczyna" wypełnił ponad normę. Jasne, że całość potrzebuje czasu, by się dotrzeć i zgrać, by jeszcze mocniej pozacierać granice między postacią a jej odtwórcą, które póki co - momentami bywają jeszcze dość wyraźne. Jak w przypadku każdej nowej opowieści, warstwy tej historii muszą się poprzenikać, skonfrontować z publicznością - tak samo z jej obecnością, jak i z nagłymi wyjściami w środku trwania spektaklu. Znając zespół Teatru Nowego wiem, że to wszystko się wydarzy i każdy kolejny set grania "Diabła..." będzie dojrzewał, zmieniał się i odsłaniał nowe jakości. Myśląc o scenie przy Dąbrowskiego, zawsze w pierwszej kolejności myślę o "Weselu we wsi Kamyk" ("Będzie Pani zadowolona, czyli rzecz o ostatnim weselu we wsi Kamyk", reż. Agata Duda-Gracz - przyp. red.) Nie doświadczyłam dotychczas drugiego spektaklu dramatycznego, który łamałby kości i ducha z takim rozmachem, a jednocześnie robił to tak... intymnie? Z bliska? Który tak wyraźnie pokazywałby mi, w jakie miejsce potrafi zabrać widza zespół, który tak bardzo wniknął w opowiadaną przez siebie historię. Piękne i okrutne jest to miejsce, bolesne i zachwycające w tym samym czasie. Jestem przekonana, że za jakiś czas i Diabeł, i dziewczyna, i wszyscy święci obecni w tej opowieści będą w stanie nas tam zabrać.
I na koniec - myśl, która wraca do mnie po raz kolejny, może nie tyle podważając sens recenzowania premier, co zgłaszając gotowość do uzupełniania tego przekazu recenzją jednego z późniejszych spektakli. Kiedy to wszystko się już rozpędzi i rozepcha, nabierze pewności i (niezależnie od kalibru wystawianej historii) lekkości w ruchu. Nie sugeruję tym samym, że premiery nie realizują założonego przekazu - raczej twierdzę, że nie pokazują pełni możliwości, a częściej jedynie ją zapowiadają, czasem głośno i wyraźnie, czasem ciszej i w niepewności. "Diabeł..." Marcina Libera zaczął się niepozornie, ale skończył mocno. Przeprowadził mnie od poczucia lekkiego niedosytu, przez chwilową irytację przekombinowaną formą polskiego teatru współczesnego, aż do pogłębiającej się fascynacji wielowymiarowością i sposobem, w jaki cały ten świat został obmyślony.
Demaskuje owinięty w cekiny fałsz i żarliwość katolickiej wiary, która drzazgę w oku bliźniego zawsze, belki w swoim - nigdy. Wpędza nas w dyskomfort i każe przyznać się przed sobą ile razy odwróciliśmy wzrok. Ile razy ugięliśmy się przed świętą instytucją, pozwalając, by polskie "Szczęść Boże" zamazało winy tych, którzy roszcząc sobie prawo do mówienia nam, czym jest boża miłość, wykorzystywali ją w najgorszy z możliwych sposobów. Ile razy milczeliśmy, chociaż powinniśmy krzyczeć.
Marta Szostak
- "Diabeł i dziewczyna", reż. Marcin Liber
- Teatr Nowy
- 28.03
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026