Kultura Poznań.pl

Varia

opublikowano:

Dobry Eurosuchar? Nie pogardzę

- Wiemy już, że to nie jest rozrywka dla dzieciaków i nerdów, ale pełnoprawne hobby, takie jak np. kolekcjonowanie modeli statków czy samolotów - mówi Katarzyna Dzierżęga*, recenzentka gier i członkini kapituły w konkursie na Planszową Grę Roku.

. - grafika artykułu
fot. Katarzyna Dzierżęga

Jesteś kolekcjonerką, wiele gier dostajesz także od wydawnictw. Jak wiele razy udaje Ci się zagrać w poszczególne tytuły?

To zależy. Jeśli gram właśnie jako recenzent, to stawiam samej sobie wymóg, że muszę daną planszówkę rozegrać minimum 7 razy, zanim wyrobię sobie pełną opinię. Nie należy nigdy ufać pierwszemu wrażeniu, czy to na temat estetyki, czy mechaniki, bo może być mylne lub bardzo na wyrost. Dlatego często muszę odsuwać w czasie granie w swoje własne, nierecenzenckie planszówki.

Których również masz bardzo dużo...

I dlatego musiałam wygospodarować specjalny pokój przeznaczony tylko do trzymania planszówek i malowania figurek. Siedzimy tam czasami z moim partnerem całymi godzinami, dłubiąc nad planszami i figurkami, nie odzywając się do siebie ani słowem.

Czy zdarza się, że jakaś gra skradła Ci serce, ale obiektywnie zdajesz sobie sprawę, że nie jest najlepsza? Jak ją wtedy recenzujesz, by robić to w jak najbardziej uczciwy sposób?

Zawsze ustalam, dla jakiej grupy graczy oceniam daną grę. Czy to ma być planszówka rodzinna czy imprezowa, dla graczy zaawansowanych czy początkujących, dla graczy chcących się w całości zaangażować i konkurować czy takich, którzy po prostu przyszli wypić piwo ze znajomymi? Muszę opowiedzieć się po stronie osób, które szukają gry uszytej na miarę dla siebie. Staram się podchodzić analitycznie i często radykalnie zmieniam swoją ocenę, gdy zauważę, że dla mnie dana planszówka jest odkryciem, ale dla graczy imprezowych (do których jest adresowana) już zupełnie nie. Na przykład, ja sama nie jestem targetem planszówek rodzinnych, czasem jestem zszokowana, dostając taką grę i myślę sobie "Jak to możliwe? Tak krótka instrukcja? Tylko trzy zasady?!", ale zawsze przecież daję im szansę, zmieniam perspektywę, i w efekcie wiem, co polecać osobom, które szukają właśnie takiej rozrywki i jakim językiem się z nimi komunikować.

Czy przyjmujesz podobny punkt widzenia, gdy oddajesz głosy na Grę Roku? Przy okazji opowiedz trochę o Kapitule i o tym jak działacie.

Przede wszystkim wśród Gier Roku jest kilka kategorii, np. najlepsza gra dla dzieci, najlepsza gra dla dwóch osób, najlepszy dodatek itd. Gry są zgłaszane przez wydawnictwa i muszą spełniać kryteria czasowe, a także kryteria dotyczące samego wydania. Głosowanie jest oczywiście tajne, każdy członek kapituły robi to wedle własnych kryteriów. Jedyny oczywisty wymóg dla nas jest taki, że mamy znać mniej więcej wszystkie zgłoszone do konkursu gry. Zazwyczaj umawiamy się po prostu na wspólne "ogrywanie" każdego z tytułów, ale w tym roku jest to niestety utrudnione. Robimy to zatem we własnym zakresie, pracujemy jak mrówki.

Nieraz, w środowisku graczy obiły mi się o uszy hasła "EuroGame" i "AmeritrashGame", nazywane też z przymrużeniem oka: "ameritrash" i "eurosuchary". Czy dotyczą najpopularniejszego podziału wśród gier planszowych?

Tak, są to dwa bardzo odmienne typy planszówek i stąd wynikają czasami zabawne dysonanse pomiędzy graczami, choć ja nie ukrywam, że gram i w jednej, i w drugiej drużynie.

Gry Ameri są pełne emocji, przygód, najważniejszy jest w nich klimat, i kierowanie pewną postacią na planszy. Mamy tam zaciętą walkę, gramy w jednej drużynie lub przeciwko sobie, a ważna w tym wszystkim jest losowość i nastawienie na przygodę. Najsłynniejszym i najbardziej klasycznym tytułem z typu Ameri jest Talisman, ale na rynku polskim jest takich gier bardzo dużo i wciąż przybywa ich więcej. Są przeznaczone dla osób, które lubią lżejsze tytuły, większą wartością niż sama gra jest dla nich spotkanie ze znajomymi czy rozrywka w rodzinnym gronie. Pośmiejemy się, porozmawiamy, trochę pokłócimy, a wygrana czy przegrana jest kwestią drugorzędną. Gry Ameri charakteryzuje także tona figurek, pełne detali plansze, a wszystko to zamknięte w dużych, pięknych pudłach.

Eurgry, które uwielbiam, przypominają z kolei... excele w pudełkach. Bardzo rozwijają intelektualnie, często wymagają analityki i sporych pokładów cierpliwości. Również potrafią być piękne, pełne figurek i innych dodatków, ale nie to jest w nich najważniejsze. Najważniejsza jest tym razem przegrana lub wygrana, a element losowości występuje minimalnie. Jest za to określona liczba tur, punktacja, nieco bardziej skomplikowana mechanika. Interakcje między graczami mogą być szczątkowe, bo każdy pochyla się nad swoją planszą i kalkuluje, co ma teraz robić, a co zrobi przeciwnik w tej i następnej turze - czasem planujemy ruchy na 10 do przodu. Jeśli wychodzimy z takiej gry wykończeni, to znaczy, że była to dobra Eurogra!

Do tego podziału dodałabym jeszcze wzmiankę o WarGames. W Poznaniu sporo graczy spotyka się w pubach i sklepach, by w dużej grupie zagrać w tzw. "bitewniaki". Ważne jest tutaj kolekcjonerstwo - kupujemy pudełko z armią i robimy figurki oraz makiety, ale na tym się nie kończy, bo w kolejnym miesiącu wydawnictwo wypuszcza nową armię, później np. serię dodatków, takich jak nowe plansze czy elementy makiety. Trzeba się przygotować na inwestowanie w jeden, stale rosnący tytuł.

Rzeczywiście, wydawnictwa nam nie odpuszczają, ale często się zdarza, że to gracze marzą o wydaniu gry własnym sumptem, np. na kickstarterze. Czy mają szansę zrobić to tak dobrze, jak profesjonalny zespół wydawniczy?

Tak, pod warunkiem, że robią to gracze-zapaleńcy, którzy naprawdę czują się w różnych mechanikach jak ryby w wodzie, ale pamiętają także o pewnych podstawach. Muszą odpowiedzieć sobie na pytanie: "Wydajemy grę i... co dalej?" Zrobią świetną planszówkę, zbiorą społeczność, ale czy mają pomysł na dystrybucję i na wyjście poza pewien hermetyczny krąg graczy? Niektóre pomysły kończą się fiaskiem, bo twórcy zapominają, jak ważne jest dogadanie się ze sklepem lub z siecią sklepów jeszcze przed wydaniem danego tytułu, zanim przestanie być dla odbiorców czymś świeżym, atrakcyjnym i wartym zainwestowania.

Ale jeszcze kilka/kilkanaście lat temu w ogóle nie mogło być mowy o samodzielnym wydawaniu gry, więc rynek naprawdę szybko się zmienia. Czy obserwujesz jeszcze jakiś postęp na polskim rynku planszówek?

Najwspanialsze jest to, że zaczynamy patrzeć na to hobby poważnie, przez co otwieramy się na gry, które kosztują dużo. Wcześniej przeciętny gracz mówił:  "Planszówka za 500 złotych? Kupię sobie za taką kwotę cztery inne!". A teraz? Widzimy prawdziwą wartość w porządnie wydanych tytułach, jesteśmy gotowi zapłacić wiele, gdy jesteśmy pewni jakości. Coraz chętniej inwestujemy w całe serie, na które składają się "podstawki" i regularnie wydawane dodatki. I zaznaczam - to wcale nie jest tak, że tańsze gry są gorsze, ale duże pudło robi wrażenie samym dużym pudłem, obietnicą pięknej zawartości, mechaniką przemyślaną do ostatniej kropki. Wiemy już, że to nie jest rozrywka dla dzieciaków i nerdów, ale pełnoprawne hobby, takie jak np. kolekcjonowanie modeli statków czy samolotów. To bardzo duży krok milowy - z poziomu "Grasz w planszówki? To znaczy... w Chińczyka?" do takiego, w którym ludzie rozumieją, ile w tym wartości i porządnej jakościowej rozrywki.

Rozmawiała Izabela Zagdan

*Katarzyna Dzierżęga - redaktorka portalu Diceland, członkini kapituły konkursu na Planszową Grę Roku, najstarszej i najbardziej prestiżowej nagrody w polskiej branży gier planszowych.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2020