Kultura Poznań.pl

Teatr

opublikowano:

Moniuszko się w grobie przewraca

Przewraca się, cieszy i nie dowierza, że jego Straszny dwór dalej straszy, skłania do refleksji i inspiruje. I to jak! A że przy tym część rodaków się wkurza, szarpie i wierzga, że feminizm, LGBT i "ideologia gender" - tym lepiej. Niech wierzga w ostatnich podrygach, bo tej energii i zmiany myślenia o państwowości, polskości, człowieczeństwie i patriotyzmie nic nie zatrzyma.

. - grafika artykułu
fot. Michał Leśkiewicz

Początek opery może przypominać wejście do sklepu z koszulkami patriotycznymi. Mamy Husarię, krew, flagę Polski, obraz maryjny i krzyże. Poznajemy pierwszych bohaterów - wracających ze służby wojskowej Zbigniewa (Rafał Korpik) i Stefana (Piotr Kalina) ubranych w zbroje z przymocowanymi charakterystycznymi piórami. Jednak zamiast uproszczonego romantyzmem przekazu mitologizującego wojnę oraz powrót z niej do domu widzimy ruiny, martwe ciała przyjaciół. A dom? Prócz zniszczeń tylko wspomnienia o dzieciństwie wychowującym do roli wojaka. Zamiast radości jesteśmy świadkami raczej opłakiwania oraz mentalnego okopywania się przeszłością, nostalgią, wspomnieniem.

Interpretacja reżyserki Ilarii Lanzino pełna jest zrozumienia dla wszystkich postaci opery. Napędzająca całą fabułę scena, w której Zbigniew i Stefan przysięgają, że nigdy się nie ożenią i wypowiadają słowa o większej wadze - "Nie ma niewiast w naszej chacie" reżyserka odbiera jako moment radykalizacji po traumie. Mężczyźni, którzy stracili wszystko, stają się nieufni, zamknięci na świat i zamknięci w historii. Rozpamiętywanie, butelka alkoholu, gniew, strach i bezradność - oto portret, który wypatrzyło oko surowe dla mężczyzn, ale też pełne zrozumienia.

Co innego kobiety. Hannę (Ruslana Koval), Jadwigę (Magdalena Wilczyńska-Goś) i ich koleżanki poznajemy w noc sylwestrową. W noc, w której tradycyjnie składamy sobie życzenia, snujemy plany. To kobiece nastawienie na przyszłość podkreślone jest w każdy możliwy sposób. II akt opery jest bowiem na wskroś współczesny. Kostiumy, scenografia, ruch sceniczny - wszystko wskazuje na to, że kobieca, ale też młodsza część bohaterów nie zatrzymała się w miejscu, jest wolna, silna, wyemancypowana i potrafi czerpać z życia tu i teraz. Bawi się, tańczy, wróży, nawiązuje relacje. Odważniej też patrzy na to, co nowe i z otwartością wita tych, którzy są nowi, a także inni. I chociaż w tłumie kobiet widzimy transparenty z napisami: "Gdzie są nasi mężowie", to nie sądzę, by ich wydźwięk był matrymonialny. Kobiety w interpretacji Lanzino szukają raczej partnerów, którzy wspólnie z nimi zbudują bardziej otwarty świat.

Świat, w którym miejsce jest zarówno dla ubranego w sukienkę Damazego (Szymon Rona), jak i samotnego, niepełnosprawnego, ślepego na wszystko Miecznika. Ten pierwszy w pierwotnej wersji był antagonistą. Bohaterem reprezentującym wszystko, co w owym czasie (opera powstała w czasie zaborów) było niepatriotyczne. Jednak w nowym świecie Damazy nie jest zły, jest po prostu inny. Należy mu się taki sam szacunek i akceptacja jak wszystkim, a tę łatwiej odnaleźć wśród młodego pokolenia. Miecznik, obcy we własnym domu reprezentant tego, co bezpowrotnie mija, został potraktowany z dużą czułością, empatią. Zresztą postać wykreowana przez Stanislava Kufyluka jest jedną z bardziej wzruszających i zapadających w pamięć.

Odrobina szarości

Z początku Straszny Dwór w reżyserii Lanzino wydawał mi się opowieścią o konfliktach - ideologicznych, genderowych, generacyjnych. Ciekawą, ale jednak dość oczywistą historią o tym, że w Strasznym Dworze straszy liberalizm, otwartość - i tego boją się mężczyźni oraz starsze pokolenia bohaterów. A jednak więcej w zamyśle reżyserki jest szarości, poszukiwania punktów wspólnych, może krótkich, ale ważnych momentów, w których podział my - oni przestaje obowiązywać. Widzimy to w zrzucanych zbrojach, w zmianach relacji między głównymi bohaterami i tymi na drugim planie. Tym samym z opery bije przesłanie o poznawaniu drugiego - bez oczekiwań, uprzedzeń. O byciu ze sobą w codzienności i bez etykiet. Wtedy feministka, osoba LGBT+, patriota, weteran, żołnierz stanie się po prostu człowiekiem, w którym, o zgrozo, można się nawet zakochać.

Ta nowa interpretacja Strasznego dworu mówi wiele o nas. Świeże oko reżyserki, brak automatyzmu w jej postrzeganiu historii, wprowadzanie uniwersalizmu w miejsce mesjanizmu sprawia, że to jedna z najodważniejszych i najciekawszych realizacji operowych, jakie zostały wystawione w ostatnich latach w Poznaniu. Muzycznie nie wszystko zostało tak dobrze dociągnięte (zwłaszcza niektóre dźwięki solistów), jednak całość słuchało się (dzięki fenomenalnemu poprowadzeniu orkiestry przez Marco Guidariniego) i oglądało z dużą przyjemnością, a przede wszystkim ciekawością. Zgrabna scenografia (Leif-Erik Heine), świetne kostiumy, a także co rusz puszczane oko do publiczności przy pomocy rekwizytów sprawiły, że przez cały czas trwania opery w głowie rodziły się kolejne skojarzenia, linki do mniej lub bardziej aktualnych wydarzeń, słowem - Moniuszko nigdy nie był tak współczesny, aktualny i poruszający jak dziś.

Aleksandra Kujawiak

  • Straszny Dwór Stanisława Moniuszko
  • kier. muz. Marco Guidarini
  • reż. Ilaria Lanzino
  • scen. Leif-Erik Heine
  • chor. Viktor Davydiuk
  • Teatr Wielki / Hala AWF
  • premiera: 9.07

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021