Kultura Poznań.pl

Rozmowy

opublikowano:

Z życia zawodowego fotografa

- Zdjęcia robię, bo lubię i chcę wywoływać emocje - mówi Wojciech Robakowski*, którego fotografie z zakładu Amica zostały opublikowane przez "Financial Times".

.
Zdjęcie z magazynu firmy Amica we Wronkach opublikowane w "Financial Times", fot. Wojciech Robakowski

Planowałeś że po studiach pójdziesz do prasy by pracować komercyjnie?

Nie. Ucząc się w Szkole Filmowej miałem wyobrażenie o życiu z długofalowych projektów fotograficznych, które będą zmieniały świat, a ich zwieńczeniem stanie się publikacja w mediach, a najlepiej, żeby była to wystawa bądź książka fotograficzna. Lubiłem chodzić tam do biblioteki i oglądać albumy takich klasyków jak Henri Cartier Bresson, Sebastião Salgado czy Richard Avedon. Dodam, że tym okresie takie tytuły jak "Gazeta Wyborcza" czy "Rzeczpospolita" miały swoje ilustrowane magazyny. W "Polityce" był z kolei dział Na własne oczy.

Czyli ważne było dla was to, aby dotrzeć do szerokiego odbiorcy?

Tak. Fotografia ma wiele znaczeń i bardzo szerokie spektrum. Poza tym wielokrotnie też zmieniała w historii rzeczywistość. Chciałem pokazać coś, co porusza, łapie ten wyjątkowy "moment ulotnej chwili". Coś, co spowoduje, że odbiorca zapamięta właśnie to wydarzenie czy jeden obraz - i będzie chciał gdzieś pojechać lub... komuś pomóc.

W jaki sposób fotografia ma zmieniać rzeczywistość?

Nie tylko. Chodzi mi też o zanikające zjawiska i rzeczy, które można uwiecznić i pokazać w ciekawy sposób i w ten sposób zachować je również dla przyszłych pokoleń. Moi dziadkowie mieszkają w małej wsi w okolicach Tomaszowa Lubelskiego, mają tam kilka hektarów ziemi. W 2002 roku po raz ostatni mieli żniwa, przy których korzystali z tradycyjnych metod pracy. Wcześniej pomagałem im co wakacje, a teraz postanowiłem to sfotografować. Ta historia ma dziś już prawie dwadzieścia lat, a tradycyjne żniwa "na żywo" można dziś zobaczyć wyłącznie w skansenie. Zdjęcia wykonałem podczas prac polowych, dokończyłem na dożynkach w Krasnobrodzie, a materiał pomógł mi ułożyć w całość Grzegorz Klatka. Zatytułowaliśmy ten cykl Chleba naszego powszedniego.

Gdzie trafiłeś po studiach?

Do redakcji "Super Expressu", w której robiłem różne rzeczy. Tematów było bardzo dużo - dominowały przede wszystkim społeczne i sportowe. W Wielkopolsce działały w tamtym czasie trzy kluby pierwszoligowe, które trzeba było - potocznie mówiąc - "obskoczyć". Potem trafiłem do "Rzeczpospolitej".

Podobało ci się to, jak tamta praca wyglądała, czy dziś byś odmówił?

Jak na tamten czas - bardzo! Miałem okazję fotografować to, co ważnego się działo w naszym regionie. Na bieżąco słuchałem radia, sprawdzałem wiadomości w Polskiej Agencji Prasowej. Lubiłem ten moment, gdy na drugi dzień oglądałem swoje zdjęcia w gazecie.

Pamiętasz tematy, które wtedy realizowałeś?

Wspominam weekend, gdy otrzymałem wiadomość, że zdarzył się wypadek kolejowy w Miałach. Na szczęście obyło się bez ofiar śmiertelnych. Wsiadłem do swojego fiata 126p, którego kupiłem z żoną po naszym ślubie. Pojechałem do Miał i zobaczyłem leżącą lokomotywę, a obok niej wagony złożone jeden na drugim. Zrobiłem materiał, przyjechałem do redakcji i wywołałem negatywy. Lepsze zdjęcia skanowało się i wrzucało do bazy na serwerze. Tak wyglądała praca w dzienniku. Jeśli nie było takich wyjątkowych zdarzeń, to rano dostawałem plan: dzwoniła do mnie fotoedytorka i mówiła gdzie mam jechać. Zdjęcia trzeba było wysłać do godziny 18, a w ten czas wliczyć wywołanie negatywów.

Pamiętasz ten moment, gdy doświadczyłeś zmierzchu fotografii w prasie?

To był czas, gdy odszedłem z "Rzeczpospolitej" - właśnie ze względów ekonomicznych. Potrafiłem na jednym ślubie zarobić więcej niż podczas wyjazdu na mecz. Gdy urodził się mój syn skupiłem się na rodzinie. Wszelkie dodatkowe wyjazdy dla przyjemności nie wchodziły już w grę. Nie posiadałem też służbowego sprzętu, więc musiałem na niego zarobić. Jestem wdzięczny żonie, która mnie wspierała przez te wszystkie lata.

Dlaczego określasz swoją dokumentalną fotografię artystyczną mianem "pobocznej"?

Twierdzę tak, bo dla mnie najważniejsza jest rodzina. Był okres, gdy wielu rzeczy sobie odmawiałem i stałem się pochłonięty codziennością. Oczywiście podobały mi się zdjęcia różnych zdolnych fotografów, ale twierdziłem, że ja czegoś takiego nie będę robić, bo twardo stąpałem po ziemi. Zawsze myślałem, że to zajęcie dla fotografów, którzy pracują w agencjach takich jak Magnum Photos i wydają albumy. A ja po prostu jestem Wojtek Robakowski, który robi sobie swoje rzeczy. I tyle.

Kiedy przeniosłeś się do fotografii biznesowej?

Bodajże w 2005 roku. Pojechałem do Warszawy z zamiarem szukania pracy. Zatrzymałem się u kolegi Przemka Pokryckiego, otworzyłem książkę telefoniczną i znalazłem w niej dział z redakcjami i wydawnictwami. Wtedy nie było jeszcze telefonów komórkowych. Kupiłem kartę i z budki telefonicznej zacząłem dzwonić po różnych redakcjach, w tym i do zupełnie mi nieznanego "Pulsu Biznesu". Odebrał Grzegorz Kawecki i zapytał skąd jestem. Gdy powiedziałem, że z Poznania, przyznał, że kogoś już tam mają, na co odparłem :"Ale na pewno nie macie tam takiego gościa, jak ja! Jestem teraz w Warszawie i mogę ci pokazać moje portfolio". Miałem z sobą teczkę z czarno-białymi zdjęciami i po dwóch godzinach przyjechałem do redakcji - a musiałem dostać się z Brudna na Pragę. Zaproponowałem, że mogę zostać nawet na czas testowy. "To od kiedy?" - zapytał. I tak się zaczęła moja przygoda z fotografią biznesową. Później zacząłem pracować również dla "Forbesa", co od lat było moim marzeniem.

Jaka jest różnica między fotografią prasową a biznesową?

Fotografia biznesowa to praca z człowiekiem i przestrzenią, którą trzeba okiełznać. Za każdym biznesem stoją ludzie i ich historie. Ja chcę to pokazać w interesujący sposób. Zależy mi też na tym, żeby zdjęcia wyrażały charakter biznesu bohatera, jego osobowość. W takiej fotografii często pokazuje się ludzi sukcesu, znane marki i start-upy. Produkcja i proces powstawania biznesu są dla mnie fascynujące, bo zawsze są inne.

Opowiedz, w jakim kontekście powstało zdjęcie, które trafiło potem do "Financial Times".

To zdjęcie z jednego z najwyższych w Europie magazynów - ma 47 metrów wysokości i jest w pełni zautomatyzowany. Człowiek jest tylko operatorem i eliminuje ewentualne awarie. Realizację materiału wykonałem na zamówienie firmy Amica, z którą współpracuję od dwóch lat. Aby zrobić część fotografii trzeba było przeorganizować pracę tego zaawansowanego technologicznie magazynu. Wykonałem też zdjęcia na montażu z całego cyklu produkcyjnego.

Na czym polega problem fotografowania przestrzeni przemysłowych?

W swojej karierze dużo widziałem. Fotografowałem w nieistniejącej już Stoczni Gdańskiej, czy zakładach produkujących samochody. Patrzyłem też na drobne warsztaty i zanikające zawody. Robiłem kiedyś zdjęcia w kopalni, znajdującej się prawie kilometr pod ziemią. Gdy wsiedliśmy do ciasnego wagonika, to jeden z górników podsunął mi biały proszek. Zdziwiłem się. Okazało się, że to tabaka. Później wyjaśniono mi, że aby wytrzymać osiem godzin pod ziemią i nie palić papierosów, bierze się tabakę. Takie sytuacje to trudne warunki dla człowieka i sprzętu.

Rozmawiał Marek S. Bochniarz

*Wojciech Robakowski - absolwent kierunku fotografia w Szkole Filmowej w Łodzi. Specjalizuje się w fotografii biznesowej, jest stałym współpracownikiem redakcji "Forbes" i "Puls Biznesu". Jego wielką pasją jest rower. W wolnym czasie podróżuje, dokumentuje różne wydarzenia i miejsca.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2020