Europejczycy odkryli syrenę morską (znana też jako krowa morska Stellera od nazwiska odkrywcy, George'a Wilhelma Stellera) w roku 1741, podczas Wielkiej Ekspedycji Północnej Vitusa Beringa. Celem spektakularnej wyprawy duńskiego odkrywcy na usługach carskiej Rosji było zbadanie i mapowanie arktycznego wybrzeża imperium. Kilkanaście dni po wyruszeniu z portu na Kamczatce okręty dowódcy rozdzieliły się we mgle i podczas gdy "Św. Paweł" dotarł do wybrzeża Alaski, "św. Piotr" z Beringiem i Stellerem na pokładzie rozbił się u wybrzeży pewnej surowej wyspy - później nazwanej Wyspą Beringa - w archipelagu Wysp Komandorskich. Skrawek lądu, na którym niedożywiona i "zawitamizowana" załoga spędziła rok, okazał się się grobem dla znacznej części marynarz i badaczy, w tym samego Beringa. A także masową mogiłą pewnych majestatycznych ssaków, które pozbawione naturalnych zagrożeń nie wykształciły odruchu ucieczki przed człowiekiem. A ten rozsmakował się w ich delikatnym mięsie. Krowę morską możemy dopisać do klubu 27, ponieważ przyjmuje się że właśnie w tyle lat od odkrycia przez Europejczyków odizolowana, reliktowa populacja tego zwierzęcia została wybita do ostatniej płetwy.
"Żywe istoty" to powieść składająca się z czterech głównych - mocno osadzonych w historii - części. Proza ma swoje niespieszne tempo, swoim kształtem przypomina powieści z początku XX wieku. Akcja poszczególnych części "Żywych istot" rozgrywa się kolejno w roku 1741, fatalnym dla syreny morskiej. W roku 1859 podczas rosyjskiej kolonizacji Alaski, w roku 1861 w środowisku akademickim Helsinek i w końcu w latach 50. XX wieku w stolicy Finlandii i okolicach. Chciałoby się powiedzieć, że to historia syren morskich ukazana na przestrzeni dwóch wieków, jednak po części pierwszej nie ma już czego zbierać. A raczej jest co - rozsiane po Północy kości zaginionego ssaka, z których fascynaci próbują złożyć jak najbardziej kompletne szkielety, konfrontując się z konsekwencjami działań przodków.
Zafascynowany zwierzęciem, które miało "wykarmić całą Syberię", jest gubernator rosyjskiej Alaski Johan Hampus Furuhjelm - bohater części drugiej. Jak to możliwe, że ten ssak mógł tak po prostu zniknąć? Przecież jeśli wybijane wydry i morsy nie powrócą, losy rosyjskiej kolonii będą policzone! Niestety zwierzęcia nie ma i nie do końca nawet wiadomo, jak ono wyglądało. Ostało się zaledwie jedno wiarygodne jego przedstawienie, szkic rysownika z wyprawy Beringa.
W tym samym czasie (część trzecia książki) wybitny zoolog Alexander von Nordmann i profesor Bonsdorff zdają sobie sprawę z faktu, że szkielet krowy morskiej wystawiany w Helsinkach może wzbudzić sensację akademicką i wywindować renomę krajowej nauki. W tym celu należy jednak stworzyć reklamę - dokładne szkice szkieletu, które będzie można następnie powielać bez końca w branżowych publikacjach.
W części czwartej szkielet krowy morskiej Stellera znajdujący się w zbiorach Helsińskiego Muzeum Zoologicznego musi przejść restaurację. Praca nad szkieletem zwierzęcia staje się przyczynkiem do dyskusji na temat ginięcia gatunków i kolekcjonowania pamiątek po nich. Nagle świat zwierząt ludzkich musi stanąć w prawdzie wobec winy za eksterminacje zwierząt nieludzkich. Pierwszą, w pełni uświadomioną ofiarą okazuje się gołąb wędrowny. W XIX wieku jedną kulą wystrzeloną w powietrzne można było zabić od kilkunastu do kilkudziesięciu ptaków. W 1914 umarła ostatnia przedstawicielka gatunku, Martha. Bohaterowie tej części powieści podejmują wysiłki mające na celu ochronę ptactwa na jednej z bałtyckich wysp. Czy to w jakimkolwiek stopniu rehabilituje powieściową ludzkość? Pod żadnym względem. Ale przynajmniej pozbywa się złudzeń, że ingerencja w naturę nie odciska na niej piętna.
Najbardziej wstrząsająca jest bezsprzecznie część pierwsza, a to przez prosty fakt, że w roku 1741 krowy morskie jeszcze żyły i można było je mordować. Gdy ludzie Beringa natrafiają na enklawę tych zwierząt, powieść historyczna z przygodowym sznytem staje się książka o zagładzie. Nie obawiam się tu snuć oczywistych nawiązań. Jak powiedział Isaac Singer: "Dla zwierząt wszyscy ludzie to naziści, a ich życie to wieczna Treblinka". Czy nie przeszarżował? Dla namysłu przytaczam szczegółowy opis polowania z perspektywy krowy morskiej (zapośredniczony jednak przez narratora trzecioosobowego).
"Samiec bada pyskiem pofałdowaną powierzchnię roślin, łapie ustami następną kępę. Nagle przeszywa go ból pod żebrem, rozpalający układ nerwowy do czerwoność, paszcza zwierzęcia wypełnia się ciepła cieczą."
Harpun trafia celu, myśliwi zaczynają wyciągać zwierzę na brzeg morza.
Krowa "miota głową na boki, przyzywa swoich". To dziwne, że "z tak majestatycznego cielska wydobywa się tak cienki głosik" - zauważa opowiadający. "Zwierzę widzi, że coś się do niego zbliża. Dostrzega cień na wodzie, lecz go nie rozumie. Małymi słabymi oczami ledwie odróżnia wodorosty od swoich pobratymców [...] teraz wytęża wszystkie siły, próbuje się ratować, lecz przecież nic, czego doświadczyło w życiu, nie przygotowało jej na to, co się teraz dzieje [...] gatunek wyrzekł się strachu zbyt dawno temu, by móc teraz walczyć lub uciekać. Krowa morska się szarpie, próbuje się cofnąć do morza, lecz tkwi zaklinowana między kamieniami, a sznur jest naprężony i przy każdym szarpnięciu żelazo wbija się jeszcze głębiej w ciało. Zwierzę nie wie, co robić, więc nieruchomieje: popiskuje żałośnie i słucha coraz głośniejszych kroków".
Tak brutalny opis kontrastuje z zachwytem nad tymi zwierzętami. To niesamowite, jak łatwo odciąć jedno drugiego. Steller nie potrafi nie uśmiechnąć się na myśl o baraszkującej z młodymi samicy. To troskliwe matki po utracie młodych cierpią tak bardzo, że ich mięso przestaje być smaczne. Kiedy zdaje się nam, że w głowach postaci mogłyby pojawić się jakieś wyrzuty sumienia, stery przejmuje narracja biblijna o człowieku jako koronie stworzenia. Zgodnie z ludzką interpretacja Boskiego planu zwierząt nigdy nie zabraknie. Wszystkie one mają przecież służyć swojemu władcy, nie dadzą rady po śmierci.
Opisów okrucieństwa w "Żywych istotach" jest więcej. Rozkradające obozowisko na wyspie Beringa lisy są poczatku są tylko litościwie zabijane, później jednak oślepianie, pozbawione kończyn, przypalane i puszczane wolno. Narrator przytacza, że podobnym prześladowaniami co krowy morskie objęte zostały w czasach Beringa żółwie olbrzymie. Rozpływały się w ustach, dlatego przez wiele stuleci nie mogły dopłynąć do Europy. Tego samego nie można było powiedzieć o twardych ptakach dodo. Na szczęście po posmarowaniu tłuszczem żółwi okazywały się całkiem zjadliwe. Ale są też zbrodnie z miłości - choćby zabijanie ptaków i zabierania ich jaj do celów przyrodniczych, wypychanie ich i czynienie ozdobami kolekcji edukacyjnych Wszystko systematycznie, na chłodno, bo tak trzeba.
Skojarzenia z Zagładą umacniają krótkie rozdziały wplecione w naturalny tok narracji, stanowiące raporty z pomiarów zabitych krów, albo na przykład omównie wykresu przedstawiającyh "liczbę krów morskich zabitych na Wyspie Beringa i sposób wykorzystania tuszy". To dowody metodycznie przeprowadzanej eksterminacji. Mogłoby trafić do hipotetycznej ekokrytycznej Norymbergiii i obciążać ludzkość.
"Żywe istoty" przez swój rozmach historyczny poruszają również kilka innych ważnych zagadnień. To rosyjski XVIII- i XIX-wieczny kolonializm (jak wiele wiemy o ich pobycie w Ameryce?) czy rozwój nauki ścierającej się z podaniami ludowymi i zabobonem (żyjącej pod ziemią mamuty rodzi skuta lodem ziemia!). Turpeinen zadaje pytanie: jak długo może trwać marsz po trupach do stronę satysfakcji poznawczej? Tematem jej prozy jest też stygmatyzacja odmienności (epilepsja) i marginalizowanie roli kobiet, także artystek i naukowczyń, w patriarchalnym społeczeństwie. Wszystko to jednak stałe punkty zaczepienia współczesnej prozy blednie wobec tematu przewodniego, czyli zbrodni i żałobie po Hydrodamalis gigas. Fascynujące są opisy ewolucji, która prowadzą czytelnika od organizmów jednokierunkowych aż do krowy morskiej. Ku przestrodze ukazują, jak miliony lat ewolucji można było zakończy w niecałe trzy dekady.
"Żywe istoty", debiut fińskiej badaczki literatury w tłumaczeniu Sebastiana Musielaka, to opowieść o potężnym ładunku emocjonalnym. Zbrodnie na naturze są rzecz jasna czymś powszechnie znanym, niemniej - wybieranym. Krystalizuje się oczywiście problem "charyzmatycznych" zwierząt, nad których losami szybciej pochylimy się niż np. nad nornicami - takich właśnie jak niewinna krowa morska. Jeśli jednak wyrzuty sumienia potrzebują "ładnej twarzy", niech tak będzie. Zachęcam do sięgnięcia po tę trudną książkę i otwarcia się na ból, który i tak będzie wielokrotnie mniejszy niż naszych ofiar. Nie bądźmy ostatnimi płatkami śniegu na płonącej planecie. Mamy to szczęście, że sztuczna inteligencja raczej nie rozsmakuje się w naszym mięsie.
Jacek Adamiec
- Ida Turpeinen, "Żywe istoty"
- Wydawnictwo Poznańskie
- tłum. Sebastian Musielak
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2025