Kultura Poznań.pl

Opinie

opublikowano:

JA TU TYLKO CZYTAM. Czy ktoś pomógł jej z bagażem?

W Kobiecie bez grobu czuła narracja o ciotecznej babce przeplata się z kroniką wojennych dziejów Dolnej Styrii. Tego drugiego jest o wiele więcej, podobnie jak więcej akcentu Pollack kładzie na innych, bardziej wyrazistych mieszkańców zaludniających słoweńskie Tuffer. Mimo wszystko duch Pauline Drolc, kobiety bez grobu, unosi nad opowieścią niemal przez cały czas.

. - grafika artykułu
rys. Marta Buczkowska

Pierwsza połowa XX wieku to w Dolnej Styrii czas wyszarpywania sobie ziem i stanowisk, wzajemnego korygowania przeszłości i tożsamości. Jeśli spotkać by zbłąkanego ducha z tamtych czasów, to sam nie wiedziałby pewnie jak się przedstawić - nazwiskiem niemieckim czy słoweńskim? Do I wojny światowej rządziła tam mniejszość niemieckojęzyczna, po 1919 roku Słoweńcy, a podczas II wojny światowej, wraz z napadem na Jugosławię, władza znów przeszła w ręce mniejszości niemieckiej. Po II wojnie wielu z nich zostało - w ramach rozliczenia za przeszłość - uwięzionych przez słoweńskich partyzantów w zamku Hrastoviec.

Tak właśnie zmarła Pauline Drolc, cioteczna babka Martina Pollacka - śmiercią samotną, okrutną, tym okrutniejszą, że pozbawioną sensu. Bo Pauline nigdy nie identyfikowała się ze swoim niemieckim pochodzeniem. Poślubiła Słoweńca i nawet podczas wojny nie opuściła Tuffer, pewna, że jest tutaj "swoja". Kłopot leżał tam, gdzie leży prawie zawsze w podobnych przypadkach - w rodzinie. Martin Pollack zdobył wiedzę, o jakiej marzy większość badaczy tropiących swoją genealogię. W Kobiecie bez grobu odtwarza charaktery i tropi ambicje swoich dziadków i wujów, którzy w pierwszej połowie XX wieku pełnili ważne funkcje, byli "tymi, z którymi należy się liczyć". Prześlizguje się po kilku rodzinnych tajemnicach (słoweńska asystentka bliższa dziadkowi niż jego własna żona), ale bez żyłki skandalizującej, bo nie o to przecież chodzi w całej opowieści. Chodzi o Pauline, która żyła jednak tak cicho i z dala od towarzystwa, że nie da się opowiedzieć jej historii bezpośrednio, bo nikt takiej historii nie zna. Da się za to, z czego Pollack korzysta, opowiedzieć o jej bliskich, bo to ci bliscy pośrednio zatrzasnęli drzwi za Pauline.

Świadectw jest sporo, bywają chaotyczne. Bywa, że zagubiony czytelnik musi sobie przypominać, kto tu jest kim, kto tu jest czyim dziadkiem, stryjkiem czy sąsiadem. Warto się jednak pogubić, a potem odnaleźć w tych kronikach, bo choć opowieść Pollacka na pewno nie jest bardziej porywająca niż większość rodzinnych opowieści (i wcale takiej nie udaje), to jednak wyróżnia ją skrupulatność, detektywistyczna dociekliwość, obiektywizm i pokora w opisywaniu bliskich krewnych. Pollack o swoich zmarłych członkach rodziny pisze przez pryzmat wspomnień ich najbliższych, swoje ("zawsze się go bałem") zachowuje na koniec. O Pauline pyta bardzo często. Zadaje czułe pytania, na które nikt nie znajdzie już odpowiedzi - czy było jej bardzo zimno? Czy znalazła tam przyjazną duszę? Czy ktoś pomógł jej z bagażem? Czy w ogóle wolno jej było mieć ze sobą bagaż? Pauline Drolc nie jest już kobietą bez grobu i taka wzruszająca intencja przyświecała chyba Pollackowi najjaśniej.

Izabela Zagdan

  • Martin Pollack, Kobieta bez grobu. Historia mojej ciotki
  • tłum. Karolina Niedenthal
  • Wydawnictwo Czarne

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2020