Kultura Poznań.pl

Historia

opublikowano:

Wszystkimi siłami

Kolejne roczniki powoływane pod broń, pożegnania na dworcach, zbiórki wszelkich dóbr na rzecz walczącej na froncie armii, uchodźcy tłoczący się w prywatnych mieszkaniach, strach przed sowiecką nawałą i radość ze zwycięstwa. Poznań w sierpniu 1920 roku.

. - grafika artykułu
"Potwór bolszewicki", plakat z czasów wojny polsko-bolszewickiej, 1920 r., fot. ze zb. Polona.pl

"Takie cudowne lato, takie rozpromienione, błękitne, jasne i ciepłe... Dojrzewają przepiękne zboża, rumienią się w sadach owoce... I takie straszne, druzgocące przeżycia!" - pisał 1 sierpnia 1920 roku Jerzy Bandrowski na łamach "Dziennika Poznańskiego". Słowa skreślone przez wziętego pisarza i dziennikarza rodem z Rzeszowa, który przeżywszy bolszewicką rewolucję w Rosji, osiadł na stałe w Poznaniu, chyba dość dobrze oddają nastroje towarzyszące mieszkańcom Grodu Przemysława patrzącym wówczas "w twarz śmiertelnemu niebezpieczeństwu" nadchodzącemu ze wschodu. Potężna sowiecka ofensywa, odwrót polskich wojsk i błyskawicznie zbliżająca się linia frontu już w lipcu 1920 roku sprawiły, że Poznań stał się widownią niecodziennych wydarzeń rozgrywających się w przestrzeni publicznej, jednoznacznie wskazujących na powagę sytuacji, by wspomnieć tylko o wielkiej procesji z Najświętszym Sakramentem, która w niedzielę 18 lipca ruszyła z fary do kościoła św. Floriana na Jeżycach. Takie gesty miały rzecz jasna ważkie, pokrzepiające znaczenie, co nie zmienia faktu, że wraz z nastaniem sierpnia i dotarciem bolszewickich zagonów pod Warszawę, Płock i Włocławek położenie walczącego kraju stało się na wskroś dramatyczne. To zaś wymagało od jego wciąż wolnych mieszkańców powszechnej mobilizacji oraz skupienia wszelkich sił i środków mających wspomóc desperacko ratującą się przed zgubą Rzeczpospolitą.

W tych krytycznych dniach poważna rola w pracy na rzecz zachowania narodowego jestestwa nie mogła rzecz jasna ominąć Poznańczyków. W pierwszym rzędzie dotyczyło to tych idących się z Sowietami bić, o których baczny obserwator miejskiego pejzażu pisał z niekłamaną wielkopolską dumą ("Dziennik Poznański", 5 VIII 1920 r.): "Co jakiś czas przez ulicę przeciągają wojska wyruszające na front. Widziałem piechotę, konnicę, artylerię. Muzyka gra, żołnierze w kwiatach, działa - jak zielone klomby czy krzaki ruchome. Oto - rezultaty cichej, wytężonej, spokojnej pracy: ludzie ubrani i uzbrojeni doskonale, materiał ludzki pierwszorzędny, w oddziałach powaga i spokój, konie jak smoki, przecudne, jeźdźcy znakomici. Od wojsk tych bije solidna siła, krzepkość, niezłomność". Prasa regularnie skądinąd pisała o powołaniu do wojska kolejnych roczników, najbardziej pożądanym rekrutem był zaś ten, który miał za sobą czynną służbę (najczęściej w armii pruskiej), a zatem był już przeszkolony i mógł być posłany w bój. Pożegnaniom odjeżdżających na front, które stały się tego lata ważnym elementem poznańskiej codzienności, towarzyszyły zarazem trudne do opisania emocje noszone w sobie przez tych, których bliscy od dłuższego czasu już tam byli, co dodatkowo potęgowały problemy związane z nie zawsze drożnymi kanałami umożliwiającymi pocztową korespondencję. W tej sytuacji z pomocą przychodził poznański Czerwony Krzyż, który na łamach gazet z wyprzedzeniem informował o wyjeździe swego kuriera do któregoś z poznańskich pułków, zachęcając przy tym rodziny do składania w swojej siedzibie przy ul. Rycerskiej "listów w pole". Kończąc wojskowy wątek, dodajmy, że ci z męskich mieszkańców Poznania (i byłej dzielnicy pruskiej), których uznano za niezdolnych do służby wojskowej mieli obowiązek zgłosić się w szeregi czuwającej nad zachowaniem publicznego spokoju Zachodniej Straży Obywatelskiej.

Poznańskie lato 1920 roku to jednak nie tylko pobór do armii, smutne rozstania z najbliższymi i nerwowe śledzenie za szybą wystawową księgarni Niemierkiewicza mapy z zaznaczoną nań i przesuwającą się wciąż na zachód linią frontu. To także intensywna oddolna praca na rzecz Wojska Polskiego, która przebiegała na forum wielu struktur i przybierała rozmaite formy. Najpowszechniejszą była chyba Pożyczka Odrodzenia Polski i towarzysząca jej akcja wiecowa pociągająca za sobą setki manifestacji, mityngów i spotkań. Osobną aktywność stale wspomagającą walczących koordynował Zarząd Czerwonego Krzyża na miasto Poznań pod przewodnictwem żony prezydenta - Izabeli Drwęskiej. Owa instytucja nie tylko bowiem zachęcała do zapisywania się w jej szeregi i opłacania składek członkowskich, dzięki którym mogła prowadzić swoją dobroczynną działalność, ale również w sposób ciągły zbierała dary "w natualjach i w gotówce", które posyłano bezpośrednio na front i do szpitali polowych. Jak dalece masowy charakter przybrała owa praca, niech zaś świadczy jedno, liczące sobie kilkaset pozycji sprawozdanie poznańskiego Czerwonego Krzyża opublikowane 6 sierpnia w "Kurierze Poznańskim", gdzie o ofiarności poznaniaków świadczą tak kwoty poszczególnych wpłat, jak i oddawane dobra (bielizna, ręczniki, mydło, bandaże, papier, zapałki, papierosy etc.) oraz żywność (wędliny, owoce, soki, a nawet własnoręcznie wypieczone ciasta). Najbardziej wzruszająca była jednak pomoc, w którą spontanicznie angażowali się najmłodsi o czym z rozczuleniem donosiła prasa. Wspomnijmy jedynie o zabawie zorganizowanej w podwórzu przez dzieci z wildeckiej kamienicy przy ul. Fabrycznej 6, w czasie której zebrano i via Czerwony Krzyż przekazano "żołnierzowi w darze" kwotę 75,5 marek.

Zaangażowanie poznaniaków na rzecz zmagającej się o zachowanie narodowego bytu armii przybierało niekiedy wybitnie akcyjny charakter wynikający wprost z jej bieżących potrzeb. Błyskawicznie zareagowali oni m.in. na odezwę "o dostarczenie powózek dla przewożenia rannych z frontu", odstawiając swoje powozy i faetony, co zainicjował, "chlubnym przykładem zachęcając innych", ks. kardynał Edmund Dalbor, "ofiarując swój kocz na ten cel patriotyczny". Tego typu przedsięwzięcia odwołujące się do społecznej mobilizacji były powielane bardzo często. Dla walczącej armii zabierano zatem od karabinów i amunicji, przez bieliznę, ubrania i obuwie, po małe butelki "do celów sanitarnych" i suszone czarne jagody wykorzystywane do leczenia dezynterii, "którą żołnierz nasz jest dotknięty". W szczytowym okresie wojny szło także o wykwalifikowaną pomoc medyczną, której nieustannie brakowało. Z tej przyczyny w samym mieście przygotowano przyspieszone kursy sanitarne dla pielęgniarek, na które dobrowolnie zapisywały się poznanianki, miejscowych lekarzy, aptekarzy i dentystów poznańskie władze wojskowe z powodzeniem zachęcały do tymczasowej, honorowej pracy w służbie zdrowia Armii Polskiej, wreszcie Uniwersytet Poznański własnym sumptem zorganizował "pociąg samarytański", który wyruszył na front, by na początku sierpnia 1920 roku przywieźć z Siedlec chorych i rannych żołnierzy rozmieszczonych później w wielkopolskich szpitalach.

Nie należy przy tym zapominać, że na ów wielki wysiłek, który w tych dniach dźwigali na swych barkach mieszkańcy Poznania, nakładały się rozmaite trudy dnia powszedniego, które w ogromnym stopniu wynikały wprost z wojennej zawieruchy panującej w kraju. Dotyczyło to m.in. drożyzny w poznańskich składach, pogłębiających się braków na rynku, zwłaszcza mięsa i jego przetworów, a także kłopotów związanych z przymusowym dokwaterowywaniem do prywatnych mieszkań uchodźców napływających szerokim strumieniem z zajętego przez Sowietów wschodu Polski. Począwszy od 11 sierpnia, każdy właściciel bądź dzierżawca ponadtrzypokojowego mieszkania był zobowiązany - pod karą grzywny lub aresztu - przyjąć na kwaterunek gości wskazanych przez biuro działające na dworcu kolejowym. Nieco wcześniej, na mocy rozporządzenia Ministerstwa b. Dzielnicy Pruskiej, zabroniono w mieście "rozrywek kabaretowych", zabaw tanecznych, koncertów muzycznych, zakazano wyszynku i konsumpcji napojów alkoholowych, a także wstrzymano nocny ruch uliczny.

Nerwowej atmosfery panującej w owym czasie w mieście nie poprawił bynajmniej fakt pojawienia się w jego murach dyplomatów reprezentujących dotychczas zagraniczne poselstwa w Warszawie, których stamtąd po prostu ewakuowano, oraz zapowiedź przeniesienia do Poznania części centralnych urzędów ("Dziennik Poznański", 11 VIII 1920 r.). Do tego dochodził zamęt generowany przez poznańskie elity polityczne obmyślające plan na wypadek zajęcia przez Sowietów Warszawy i domagające się od centralnych władz m.in. zgody na utworzenie na ziemiach zachodnich armii rezerwowej. Tymczasem, począwszy od 15 sierpnia 1920 roku, toczone bez pardonu polityczne dyskusje i wszelkie trudy dnia codziennego przestały być ważne. Bo oto nadeszła zwycięska "bitwa, o której kiedyś mówić będzie historia - jak słusznie przewidywał redaktor "Dziennika Poznańskiego" - i która po wieki zwać się będzie bitwą o Warszawę".

Piotr Grzelczak

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2020