Kultura Poznań.pl

Film

opublikowano:

PROSTO Z EKRANU. Krajobraz wszechwładzy

Osierocony Brooklyn Edwarda Nortona z nim samym w roli głównej to przeszło dwie godziny dobrego kina gatunkowego w starym stylu. Detektywistyczna zagadka oplatająca społeczno-polityczny wymiar tego filmu to sprawnie i interesująco przyrządzony kąsek dla widzów rozsmakowanych w klasycznych kryminałach i ulotnym klimacie lat 50.

.
fot. materiały dystrybutora

Edward Norton w potrójnej roli - reżysera, scenarzysty i jednocześnie odtwórcy roli głównej - to już sam w sobie potrójny powód, by zobaczyć ten film. Jeśli dodać do tego jeszcze wciągającą intrygę, urzekające tło w postaci zadymionych klubów jazzowych i jesiennych ulic Nowego Jorku połowy minionego stulecia oraz pozostałą gwiazdorską obsadę, decyzja o wybraniu się do kina w zasadzie podejmuje się sama. Jedna uwaga - trzeba lubić niespieszne tempo i leniwie - jak na współczesne standardy - snutą opowieść. Jeśli jednak lubicie pławić się w fabule, jesteście wyczuleni na detal i nie przeszkadza Wam powolne odkrywanie kart dość zapętlonej układanki, Osierocony Brooklyn może okazać się strzałem w dziesiątkę.

Oto mamy przed sobą członków detektywistycznego biura z najbardziej przykuwającym uwagę Lionelem Essrogiem (Norton), który cierpi na zespół Tourette'a. Kompulsywne myśli, mimowolne zbitki słowne i nieodparta potrzeba wykonywania pewnych czynności w ściśle określony sposób to coś, co zdecydowanie wyróżnia go spośród innych. Paradoksalnie sprawia to jednak, że jest znakomitym detektywem. Z nadnaturalną uważnością, umiejętnością wnikliwej dedukcji i pamięcią absolutną potrafi szybciej i sprawniej niż inni rozplątywać sieci powiązań i zawiłe zagadki. Ma przy tym jeszcze jedną zaletę - jeśli już się na czymś skupi, nic nie jest w stanie odciągnąć go od tego zajęcia. Tak właśnie dzieje się w momencie, w którym podczas jednej z akcji ginie jego szef i przyjaciel z sierocińca Frank Minna (Bruce Willis). Szybko okazuje się, że przyczyną jego śmierci był fakt, iż wiedział za dużo o nadużyciach nowojorskiej władzy, sam nie będąc przy tym krystaliczną pod względem moralnym postacią. Rozpoczyna się powolne dochodzenie do prawdy.

Podejmując się zadania ekranizacji powieści Jonathana Lethema Norton zdecydował się cofnąć pierwotną wersję tej historii o dobre czterdzieści lat na osi czasu. Społeczno-polityczny kontekst dotyczący wysiedlania całych kwartałów Brooklynu zamieszkanych przez czarnoskórych pod budowę parków mających służyć głównie białym mieszkańcom miasta, to interesujące tło dla ukazania pozbawionego skrupułów działania nowojorskiego burmistrza Mosesa Randolpha (Alec Baldwin) i jego urzędników. Randolph i jego będący architektem brat (nie zdradzę w tym miejscu kto nim jest, by nie zepsuć suspensu) to zresztą najbardziej chyba złożone postaci tego filmu. Pierwszy jednocześnie jawi się jako bezwzględny polityk opętany żądzą władzy i wykraczający poza ramy swojej epoki wizjoner, drugi jest uosobieniem upadłego geniuszu, który poświęcił karierę dla wyższej idei. W tej palecie zależności ogromną rolę odgrywa jeszcze Laura Rose (Gugu Mbatha-Raw) - miejska aktywistka sprzeciwiająca się krzywdzącej gentryfikacji i stająca w obronie słabszych, która szybko nawiązuje intymną relację z Lionelem.

Osierocony Brooklyn to film zaskakująco aktualny jeśli chodzi o mechanizmy działania władzy i sposób, w jaki zdeprawowani nagłymi wpływami i decyzyjnością politycy kreują rzeczywistość. To precyzyjnie odmalowany obraz etycznego kryzysu i moralnego upadku ludzi, którym w dobrej wierze powierzono stery i ogromne pokłady zaufania społecznego. Nie jest to portret odosobniony i unikalny, bardziej uniwersalny krajobraz klęski ludzi, którzy na mocy umowy społecznej otrzymali władzę, jakiej nie potrafili się oprzeć. Brzmi znajomo?

Anna Solak

  • "Osierocony Brooklyn"
  • reż. Edward Norton

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019