Kultura Poznań.pl

Film

opublikowano:

LGBT FILM FESTIVAL. Słowo na L

W tym roku na LGBT Film Festival literę L reprezentują między innymi dwa filmy tak skrajnie od siebie różne, że nie mogłem powstrzymać się od zestawienia ich ze sobą. Bo tak jak jeden z nich wyjątkowo mnie zachwycił, tak drugi niezwykle zirytował. Pytanie tylko, na ile to skutek mojego wybrednego gustu filmowego i wieku, a w jakim stopniu "zawiniły" same filmy?

. - grafika artykułu
"My first summer", fot. materiały dystrybutora

Dziś o godz. 17 zobaczymy Welcome to the USA - debiutancki film pełnometrażowy kazachstańskiej reżyserki Assel Aushakimovej. Nim zajęła się kinem, artystka rozwijała karierę w bankowości. To znaczący szczegół biograficzny, bo właśnie w tym sektorze pracuje główna bohaterka jej filmu. Aliya to 36-latka, którą poznajemy niedługo po tym, jak wygrała w loterii zieloną kartę i właśnie uczestniczy w rozmowie kwalifikacyjnej. Kobieta jest trochę zdenerwowana, a trochę radosna. I wkrótce odkrywamy, że choć ma już dość kazachstańskiej rzeczywistości, to odczuwa mieszane uczucia związane z wyjazdem do USA. Spotyka się z rodziną, kochanką, przyjaciółmi. Towarzyszy jej stale mieszanka irytacji, rezygnacji, chwil czułości wymieszanej z chłodnym dystansem do świata i ludzi. Stara się być wyrozumiała wobec mało wyrozumiałych i sympatycznych osób. W pewnych momentach pozwala sobie jednak na mówienie prawdy - i czujemy, jak dużą odczuwa na co dzień frustrację.

Welcome to the USA od pierwszej sceny angażuje niczym gęsty thriller. Jest to w dużej mierze zasługą kreacji fascynującej i lekko tajemniczej Saltanat Nauruz - grającej niezwykle realistycznie, a korzystającej z niewielkich środków, które w jej rękach posiadają maksymalną siłę rażenia. Autor zdjęć, Sardar Baymoldjn, doskonale wydobywa te niuanse, a wirtuozersko prowadzona przez Aushakimovą opowieść nie pozwala nam praktycznie wypuścić oddechu z płuc. Choć jest to niby historia codzienna, zwyczajna, po kazachstańsku szara, depresyjna i gorzka.

W zasadzie dziwi mnie to, jak mocno poruszony jestem Welcome to the USA. Ta kameralna opowieść jest mi być może bliska, bo w życiu i postaci Aliyi odnajduję podobne dylematy do swoich własnych. I nic w tym dziwnego, bo to sytuacja dość uniwersalne dla trzydziestokilkulatków. Poczucie wypalenia "najnudniejszą pracą na świecie" łączy się u bohaterki z poczuciem braku głębszego sensu życia. Powikłane relacje rodzinne to z jednej strony miłość i opiekuńczość do matki Marzhan, a z drugiej relacja love-hate z siostrą, która odnalazła w sobie bakcyl wiary (tu: muzułmańskiej) i stała się nagle zapalczywą neofitką, nieakceptującą świeckiego stylu życia Aliyi. A jednak kobieta decyduje się jej pomóc i gości w domu, gdy mąż taksówkarz nagle bierze sobie drugą żonę - a ta okazuje się być w ostatnim stadium ciąży... Nic dziwnego, że Aliya ma dość ironiczny stosunek do rzeczywistości. Zazwyczaj nie komentuje chamskiego czy drażniącego ją zachowania ludzi z otoczenia, tylko odchodzi, by w samotności zapalić papierosa i patrzeć w dal, a na jej twarzy mieszają się różne uczucia i refleksje.

Jest w tym filmie wiele celnych i absurdalnych dialogów. Kochanka Aliyi w pewnym momencie stwierdza, że chciałaby urodzić swojej partnerce żydowskie dziecko, bo "będzie piękne, mieszane, będzie miało dobre geny i będzie mądre". Po namyśle dodaje: "Albo chciałabym urodzić w USA, aby dziecko automatycznie otrzymało obywatelstwo". Gdy odbiera ze szkoły córeczkę siostry, ta mówi jej: "Tata powiedział, że dobrze, że wyjeżdżasz, bo tacy ludzie ja ty rujnują nasz naród". Na wieczornej popijawie z tęczowymi przyjaciółmi, którzy jako młodzi ludzie byli sobie bliscy, a obecnie nie potrafią odbyć normalnej rozmowy, Aliya w pewnym momencie stwierdza gorzko, że łączy ich już tylko orientacja seksualna, bo jak się spotykają razem, to grają ze sobą w jakieś gierki.

Polscy widzowie odnajdą w bohaterkach i bohaterach, czy rzeczywistości Welcome to the USA wiele cech wspólnych z tym, co dręczy ich na miejscu, w ich równie szaro-smutnej ojczyźnie. Wszechobecne łapówkarstwo i skorumpowanie, gorzkie rozczarowanie tym, że aby coś osiągnąć, trzeba mieć pieniądze i znajomości, codzienny bełkot państwowej propagandy, dzielący rodziny fanatyzm religijny i powszechna homofobia... Kończy się ten seans z refleksją, że politycy Polski i Kazachstanu powinny zacisnąć więzi współpracy i wszelakiej możliwej wymiany, bo sporo ich łączy... Jedynym problemem byłoby zapewne to, że katolicyzm i islam nie idą ze sobą w parze.

To zła matka była!

Wieczorem o 20:45 odbędzie się pokaz zgoła innego debiutu pełnometrażowego - australijskiego My First Summer Katie Found. Tym razem bohaterkami są nastolatki. Energiczna Grace odnajduje wycofaną i przestraszoną Claudię w chacie zbudowanej na odludziu przy jeziorze. Zawiązuje się między nimi przyjaźń, która przekształca się w znacznie głębsze uczucie.

Statement reżyserki brzmi niby w porządku, bo stwierdza w nim, że: "Na świecie jest tyle młodych kobiet, które trapi bezsenność i szukają filmu, który przyniósłby im radość, pociechę, a przede wszystkim - nadzieję". A jednak odnajduję w tych słowach rażącą prostolinijność. Robienie rzeczy ku pokrzepieniu serc nie jest chyba dobrym pomysłem, bo ma się z góry założony, pragmatyczny cel, który może przynieść w efekcie zgoła chybione, bo nadmiernie wykalkulowane filmidło. I jak źle by to nie brzmiało muszę stwierdzić, że My First Summer to film skierowany raczej wyłącznie do młodych dziewcząt. Pytanie tylko, czy tych dziewczyn debiut Katie Found również aby trochę nie zirytuje?

Ten film zawiera w sobie wszelkie możliwe skrajności. Od ostrych, grubą kreską narysowanych postaci i niezbyt realistycznych, schematycznych sytuacji można dostać sporej migreny. Kontrakt między zachowaniem i ubiorem Grace i Claudii jest tak drastyczny i przesadzony, że wręcz kreskówkowy i kuriozalny. To nie postaci, a raczej pospiesznie obmyślone typy ludzkie. Otaczają je inne typy znane z wielu filmów - złej, brzydkiej i otyłej matki, trochę zwyrolskiego ojczyma, zatroskanych policjantów. Najgorsza z nich wszystkich jest jednak figura nieobecnej matki-pisarki, piszącej depresyjne książki i przekonanej o tym, że wszyscy ludzie są źli, a córkę wychowującej z dala od cywilizacji, w lęku przed niebezpiecznym i zdegenerowanym światem zewnętrznym. Kobieta w pewnym momencie decyduje się popełnić rozszerzone samobójstwo, skłaniając do niego Claudię. Ta jednak w ostatniej chwili uznaje, że chce żyć. Potem męczą ją jednak wyrzuty sumienia i myśli, iż powinna jednak towarzyszyć matce do końca i wraz z nią odejść.

Postać pisarki przypomniała mi o pewnej osobliwej zabawie, którą zaproponował bodajże Nostalgia Critic - mianowicie pijackiej grze prowadzonej wokół adaptacji książek Stephena Kinga. Pojawia się postać samotnego pisarza, którego brat zmarł w dzieciństwie? No to trzeba wypić kolejkę! Akcja dzieje się na zadupiu? No to lufa! W przypadku My First Summer podjęcie podobnego wyzwania typu "wypij za każdym razem, jak dostrzeżesz kalkę z kultury popularnej, zużyty schemat i temu typu podobne dyrdymały" skończyłoby się bardzo źle dla naszej wątroby. Czy mieliście kiedyś tak, że po jednym, nadmiernie ostrym imprezowaniu czuliście się źle przez tydzień? My First Summer zapewni wam spokojnie z dwa tygodnie koszmaru.

Raczej nie to było celem Found, ale po seansie jej debiutu można zacząć wygłaszać bardzo przykre i krzywdzące teksty w rodzaju: "Ach, te straszne nastolatki!", "Nie ma nic gorszego od zieloności i skrajności uczuć nastoletnich dziewcząt! I do tego tak szybko te uczucia ulegają zmianie!", "Miłostki nastolatek są żenujące", "Strzeż się nastoletnich porywów serca!", czy po prostu: "Nastolatki są tak głupie, że mózg boli na ich widok". Czy młodzież aby nie poczuje się skrzywdzona tym, jak groteskowo i tendencyjnie została odmalowana w tym filmie?

Marek S. Bochniarz

  • pokazy filmowe w ramach 12. LGBT Film Festival
  • 30.09, g. 17 - Welcome to the USA
  • 30.09, g. 20.45 - My first summer
  • Kino Pałacowe
  • bilety: 15 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021