"Nostalgia" brzmi jak tytuł, który łatwo przykleić do wielu projektów. U Ciebie jednak odnosi się bardzo konkretnie do dzieciństwa - filmów, kreskówek, gier. Pamiętasz moment, w którym pomyślałeś: "To już nie jest tylko prywatna pamięć, to materiał na płytę"?
Ten moment nastąpił stosunkowo niedawno. Zawsze wracałem myślami do chwil z dzieciństwa i dojrzewania. Te powroty były podszyte nostalgią, ale niekoniecznie budziły we mnie chęć stworzenia czegoś na ich podstawie. Gdy w sierpniu zeszłego roku grałem koncert w poznańskiej Sali Lubrańskiego, mój dobry znajomy zapytał mnie, dlaczego właściwie nie gram muzyki z gier komputerowych, skoro tak bardzo ją lubię, szanuję i doceniam. Wtedy zakiełkował pomysł nagrania płyty "Nostalgia". No i tak to się potoczyło.
Nostalgia bywa dziś estetyką, filtrem, czasem wręcz wygodnym kostiumem. Jak pilnowałeś, żeby ten album nie był tylko "ładnym wspomnieniem", ale czymś żywym i aktualnym - także muzycznie?
Nie uważam, żeby "ładne wspomnienia" były czymś jednoznacznie złym. Rozumiem, o co ci chodzi, aczkolwiek akurat ta płyta w pewnym sensie ma być właśnie takim kostiumem, uszytym z dawnych chwil. Dziś mam 32 lata - i od czasów, do których wracam na płycie, minęło kilkanaście lat. Myślę, że ten dystans sprawił, iż chcąc nie chcąc ten album jest nie tylko spojrzeniem w przeszłość, ale także odbiciem teraźniejszości.
Sięgasz po motywy, które nosi w sobie wielu słuchaczy, a jednak każdy inaczej. Jak znaleźć granicę między wiernością oryginałom a ich całkowitym "przepisaniem" na własny język?
Jest bardzo cienka granica między własną interpretacją a "przekombinowaniem". Z szacunku dla twórców, którzy skomponowali oryginały, nie chciałbym zbytnio oddalać się od pierwowzorów. Już samo przekonwertowanie motywów z orkiestry na fortepian sprawia, że te utwory stają się inne - być może łagodniejsze, być może jeszcze bardziej nostalgiczne. W ogóle praca przy aranżowaniu utworów innych twórców to rzecz zdecydowanie bardziej delikatna i wymagająca wyczucia niż komponowanie własnych rzeczy. Po raz pierwszy z taką wątpliwością spotkałem się przy okazji "Secret World Project", w którym musiałem zmierzyć się z twórczością geniusza, jakim jest Peter Gabriel. I chyba całkiem się to udało. (śmiech)
Fortepian w takich projektach łatwo może stać się nośnikiem czystego sentymentu. Czy zdarzało Ci się świadomie "odbierać mu głos" - upraszczać, ograniczać, zostawiać więcej ciszy niż dźwięków?
Fortepian jest bardzo specyficznym instrumentem, gdyż jego dźwięk - szczególnie gdy używa się prawego pedału - bardzo długo wybrzmiewa. A to daje możliwość wypełnienia przestrzeni bez konieczności grania dużej ilości dźwięków. Staram się używać ciszy jako środka artystycznego, choć nie przychodzi mi to aż tak łatwo. Gdy dojrzewamy jako muzycy, doceniamy tę ciszę coraz bardziej. Wiele lat temu mój tata - gitarzysta Maciej Pruchniewicz - uczulił mnie na to, że dobre granie wcale nie polega na mnogości szybkich dźwięków. Zauważmy, że młodzi gitarzyści rockowi kochają grać solówki. Absolutnie nie ma w tym nic złego, dlatego że jest to związane z dojrzewaniem. Ja także, jako klawiszowiec w zespole D-Kolt, ubóstwiałem bardzo długie organowe partie solowe. A skoro już mówimy o nostalgii, to pomyślałem, że chętnie wróciłbym do tamtych czasów i pograł mocnego hard rocka... (śmiech)
No właśnie, masz za sobą wiele projektów, ale Twoje albumy solowe zawsze są ze wszech miar osobiste. Czy rzeczywiście są one dialogiem wyłącznie z samym sobą?
Raczej dialogiem między mną a otaczającym mnie światem. Oczywiście jest w tym wiele mnie - moich przemyśleń, tego, co gra w mojej duszy - ale nie da się oddzielić tych wewnętrznych uczuć od tego, co dzieje się na zewnątrz. Moja debiutancka solowa płyta "Rezonancja" (2023) była albumem bardzo osobistym, jednak mocną inspiracją do jej powstania była woda, a dokładniej moje ukochane jezioro, położone 94 kilometry na zachód od Poznania.
Poruszasz się między jazzem, elektroniką, muzyką teatralną i innymi projektami. Czy czujesz dziś większą presję, żeby się jakoś jednoznacznie określić, czy raczej coraz większą wolność w tym byciu pomiędzy?
Na to pytanie muszę odpowiedzieć z dwóch różnych stron. Po pierwsze, jeżeli chodzi o moje stricte artystyczne przeżywanie tego, co tworzę, raczej staram się rozszerzać horyzonty i podróżować tam, gdzie jeszcze mnie nie było. Z drugiej strony mam jednak świadomość, że dla odbiorców takie wędrowanie pomiędzy gatunkami może sprawiać wrażenie pewnego chaosu i że część słuchaczy wolałaby, żebym grał na przykład wyłącznie ambient na fortepianie. Zapewne z punktu widzenia rozwoju i rozpoznawalności także lepiej byłoby, gdybym trzymał się jednego gatunku. Ale chyba nie chcę tego robić - czułbym w głowie ograniczenia.
A czego dziś w muzyce boisz się najbardziej - banału, powtarzalności, utraty radości grania?
Myślę, że każdy kompozytor ma gdzieś z tyłu głowy tę obawę przed powtarzalnością - że w pewnym momencie skończą się pomysły i zaczniemy bazować na tym, co już kiedyś stworzyliśmy. Oczywiście nie zawsze jest to złe. Chociażby słuchając muzyki grupy AC/DC, mamy wrażenie - zresztą nie tylko wrażenie - że wszystkie ich płyty są do siebie podobne. Pytanie tylko, czy chcielibyśmy, żeby AC/DC brzmiało inaczej? A jeśli chodzi o utratę radości z grania, to nigdy nie myślałem, że mogłaby się ona kiedykolwiek wyczerpać. To, co gram na koncertach i nagrywam na płytach, to zapewne maksymalnie kilka procent tego, co gram, siadając do pianina w wolnych chwilach - gdy chcę się odstresować albo po prostu fajnie spędzić czas. Skoro przez 20 lat intensywnego grania ta radość nie zniknęła, to myślę, że przez kolejne dekady raczej mi to nie grozi.
Gdybyś dziś musiał coś poświęcić, żeby zachować świeżość w muzyce - z czego najtrudniej byłoby Ci zrezygnować i dlaczego właśnie z tego?
Mimo że gram także na syntezatorach oraz klarnecie, to zdecydowanie nigdy nie mógłbym zrezygnować z dźwięku akustycznego pianina czy fortepianu. Jest to dla mnie tak nieodłączny pierwiastek w tworzeniu muzyki, że nie wiem, jak poradziłbym sobie bez niego. Z wielu innych rzeczy mógłbym zrezygnować, ale rzadko zdarzają mi się sytuacje, w których muszę to robić. I całe szczęście! (śmiech)
Płyta jest już gotowa, prawda?
Premiera odbyła się 20 marca - dokładnie miesiąc po premierze płyty Wieczornika, zespołu, który również współtworzę. Ten termin był dla mnie ważny, ponieważ chciałem oficjalnie, koncertowo zaprezentować materiał podczas Piano Day 2026, który odbywał się 29 marca.
Rozmawiał Sebastian Gabryel
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026