Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

Nie pamiętam kiedy - i czy właściwie kiedykolwiek - byłam na koncercie, który rozpocząłby się balladą. A potem podarował nam następną. A potem jeszcze kolejną, która nie tylko nie znużyła, ale ukoiła, otuliła, zatrzymała. Przy niemal całkowitym zaciemnieniu widowni i skromnym świetle na scenie, bez choreografii, efektów specjalnych i kipiącej energii, która na dzień dobry-dobry wieczór porywa tłumy, wynagradzając im tradycyjnie opóźnione rozpoczęcie koncertu.

. - grafika artykułu
fot. Maciej Kaczyński

Sobotni koncert Ralpha Kaminskiego & My Best Band In The World w CK Zamek był jak balsam. Esencja czułego spotkania, intymnej rozmowy i przestrzeni, w której można wszystko - stać i tańczyć, śmiać się i płakać, krzyczeć i milczeć.

Ralph Kaminski wrócił, by podejść do nas jeszcze bliżej. Gdy słuchałam utworów zapowiadających jego nowy, piąty już album (pierwszy po ponad trzyletniej przerwie) i gdy patrzyłam na to, w jaki sposób obchodzi się z nimi na scenie, zaczęłam rozmyślać nad autentycznością, tak mocno rozgrzewającą dziś przecież socialmediowy dyskurs. Z jednej strony znamy Ralpha showmana, artystę totalnego, słynącego z rozkochiwania swojej publiczności w skrupulatnie wykreowanym wizerunku, choreografii i teatralnym przerysowaniu. Z drugiej mamy nostalgicznego opowiadacza, który zamiast odbijać światło sceny, sam zaczyna świecić od środka, przyciągając nas swoim blaskiem, ciepłem i spokojem. W pierwszym odruchu reality check jest jasny - nie ma szans na to, by obie strony medalu były prawdziwe. W drugim odruchu - tym, który przychodzi w odpowiedzi na spotkanie z Ralphem - wszystko staje się możliwe. Świadomy artysta wie, że twórczość to proces i jest otwarty na wszystko to, co za sobą niesie. Ralph jest tej otwartości ucieleśnieniem.

Kaminski należy do grona najważniejszych i najbardziej charakterystycznych osobowości polskiej sceny alternatywnej ostatniej dekady. Wokalista, kompozytor, autor tekstów, absolwent gdańskiej Akademii Muzycznej i laureat wielu nagród, konsekwentnie budował swoją drogę od nastrojowego "Morza", przez dojrzałą, osobistą "Młodość", tribute to "Kora" aż po spektakularny, szeroko komentowany "Bal u Rafała", który przyniósł mu ogromną popularność i umocnił jego pozycję artysty idącego po swoje. Każdy z tych etapów miał własny język, estetykę i dramaturgię, a ich wspólnym mianownikiem pozostawała odwaga w podejmowaniu decyzji i wierność własnej wrażliwości. I myślę, że to właśnie ta konsekwencja sprawia, że publiczność ufa mu także wtedy, gdy postanawia zmienić kierunek.

Co o nowym materiale z niewydanej jeszcze płyty? Odsuwając się od błyszczącej maskarady, Kamiński zbliżył się w stronę tradycji, wspólnoty i nieprzefiltrowanych przez ironię emocji. Pobrzmiewające folkowe echa mieszają się z chóralnymi wstawkami, a żywe instrumenty zastępują piętrzące się efekty. "Góra" nie atakuje i nie zagłusza - zaprasza raczej, by podejść bliżej i posłuchać, co dzieje się u jej stóp i jak może brzmieć często niełatwa droga na szczyt. W tekstach odbija się uważność, zgoda na kruchość i potrzeba bycia razem, bez scenicznych filtrów. Poruszające było również wykonanie "Ani" (która w streamingach pojawiła się kilka dni po sobotnim koncercie) - hołdu dla Anny Domżalskiej, zmarłej pod koniec 2023 roku nauczycielki śpiewu Ralpha, którą określał mianem swojej guru i jednej z najważniejszych osób na jego zawodowej drodze. Piękny tribute, piękny tekst, piękny moment.

Miłym zaskoczeniem (i niespodziewanie jednym z najjaśniejszych momentów całego koncertu) stało się przywołanie niemenowskiego "Nim przyjdzie wiosna" - utworu, który jest w repertuarze Kaminskiego od czasu zwycięskiego Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Może to tęsknota za ciepłem i znużenie wszechobecną szarością, może to głębia i prostota wykonania, pozbawiona patosu i prób rywalizowania z legendą, a może jeszcze coś zupełnie innego sprawiło, że na widowni zapanowała pełna zachwytu cisza. 

Ralphowi Kaminskiemu wierzę, odkąd usłyszałam go w 2015 roku podczas świnoujskiego Festiwalu Artystycznego Młodzieży Akademickiej. Wtedy trzymałam kciuki za to, by jego głos przebił się przez kakofonię realiów muzycznej branży, dziś cieszę się, że naprawdę mu się to udało. Nie przypadkiem czy kumulacją sprzyjających zbiegów okoliczności, a konsekwentną, ciężką pracą, która wyrasta z przekonania o tym, że warto iść za swoim głosem. Jakkolwiek pod prąd by nas nie kierowało, ilu wyrzeczeń nie oczekiwało - warto dać mu szansę. Ralph dał, dzięki czemu my dostaliśmy wspaniałe albumy, którym towarzyszyły prawdziwe koncertowe uczty. Ostatnia z nich, "Bal u Rafała", była spektaklem pełnym rozmachu, kolorów i wyraźnych gestów. Tym mocniej widać dziś, jak świadomą decyzją jest obecne wyciszenie.

Za miękkością Ralpha stoi ogromna dyscyplina. Aranżacje są przemyślane, budowane na repetycjach i powrotach motywów, które prowadzą słuchacza nie do efektownego finału, lecz do skupienia. Kaminski bardzo świadomie operuje dynamiką. Potrafi wycofać się w pół kroku, oddać przestrzeń zespołowi i pozwolić, by napięcie budowało się w naturalnym tempie. Dzięki temu kulminacje, nawet jeśli nie są głośne, mają ciężar emocjonalny. To śpiewanie oparte na świadomości formy i zaufaniu do materiału.

Bardzo poruszył mnie także sposób, w jaki Ralph buduje relacje między sobą a zespołem My Best Band In The World. Nie chodzi tu jedynie o to, co zostało wprost wypowiedziane między utworami i co dotyczyło niezagarniania dla siebie całej uwagi, ale przede wszystkim o to, co było widoczne w trakcie gry. Przestrzeń, słuchanie, reagowanie. Ich muzyka nie jest demonstracją talentu frontmena, a wspólną rozmową i być może właśnie dlatego tak mocno wybrzmiewa.

Ku mojemu zdziwieniu (albo raczej miłemu rozczarowaniu) najnowszy repertuar Ralpha okazał się być tym, przy którym łatwo zapomnieć o telefonie. Nie pamiętam, kiedy tak mało otaczających mnie osób świeciło w ciemności ekranami swoich smartfonów, rejestrując każdą możliwą chwilę. Niezależnie od tego, czy to zasługa tęsknoty za offline, czy wpływ ralphowej twórczości, która nienachalnie, ale znacząco domaga się przeżycia, stawiając uważne doświadczanie ponad dokumentacją - cieszę się, że mogłam stać się częścią wieczoru, którym wszyscy chcieli nacieszyć się in real time.

Wyszłam z Zamku z poczuciem, że uczestniczyłam w czymś ważnym, niekoniecznie spektakularnym, ale z całą pewnością prawdziwym. Jeśli tak ma brzmieć zapowiadany album (a wszystko na to wskazuje), czeka nas spotkanie z Ralphem, którego jeszcze nie znaliśmy, choć - paradoksalnie - zawsze był gdzieś bardzo blisko.

Marta Szostak 

  • Ralph Kaminski & My best band in the world
  • CK Zamek 
  • 6.02 

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026