Kultura Poznań.pl

Sztuka

opublikowano:

Świat malowany wspomnieniami

O jesiennych miesiącach spędzonych w Poznaniu, barwnych historiach z dzieciństwa swojej mamy, a także o znaczeniu i sile wspomnień opowiada rezydentka zamkowego programu artystycznego "Wspomnienia wspomnień" - Bettina Bereś*.

.
fot. Uta Hanusek/materiały CK Zamek

O czym opowiada projekt "Wspomnienia wspomnień"?

Projekt jest dla mnie bardzo osobisty i sentymentalny, bo dotyczy dzieciństwa mojej mamy, Marii Pinińskiej-Bereś, która urodziła się w Poznaniu i mieszkała tutaj do II wojny światowej. Mama opowiadała, zarówno mnie, jak i moim dzieciom różne historie związane z jej dziecięcymi latami spędzonymi w stolicy Wielkopolski. Była świetną opowiadaczką - zamiast książkowych opowieści na dobranoc przytaczała wspominki dotyczące swojego dzieciństwa. Historii starczyło na wiele wieczorów - na nich się wychowałam i, nie znając Poznania, kreowałam go na podstawie owych wspomnień. To była dla mnie kraina szczęśliwości, osadzona nie wiadomo gdzie, trochę nieznana, ale bardzo radosna - piękna, lecz z pewnym dramatyzmem, ponieważ mama zawsze mówiła, że w dzieciństwie czuła się jak w złotej klatce - wychowywała się w dość elitarnym domu.

Kiedyś przyjechałam do Muzeum Narodowego na wernisaż i spotkałam tam Piotra C. Kowalskiego, który opowiadał wówczas o swojej rezydencji w Zamku mówiąc, że to wspaniałe artystyczne doświadczenie. Po namowach Piotra powstał pomysł, żeby poznać rodzinne miasto mamy. Byłam tu już w lutym, który przeznaczyłam na odkrycie Poznania, znalazłam te punkty, kamienice, dom, w którym mieszkała mama - wszystko to wciąż istnieje. Powróciłam tutaj po raz kolejny, w październiku, zdeterminowana i z dużym bagażem pomysłów na planowane obrazy, a także z dużą ciekawością, jaki będzie efekt końcowy, bowiem rezydencja była dla mnie dużą przygodą.

W pani wcześniejszej twórczości pojawiały się już wątki biograficzne, a na początku roku odwiedziła pani Poznań przy okazji wystawy "Moja mama urodziła się w Poznaniu". Czy aktualnie realizowany projekt jest kontynuacją tej podróży do przeszłości?

To był przypadek, że w tym roku zbiegły się te dwa wydarzenia - wystawa w Arsenale i rezydencja w Zamku. Kiedy przygotowywałam wystawę w Galerii Miejskiej, było dla mnie oczywiste, że musi powstać ekspozycja odnosząca się do wspomnień mojej mamy, do tego, że Poznań był jej rodzinnym miastem. Bardzo często, kiedy przygotowuję wystawy, które odbywają się w miastach związanych z historią mojej rodziny, zaznaczam to w jakiś sposób w ekspozycji. Myśląc o konkretnym miejscu, zawsze poruszam się w kontekście tych wspomnień, tych osób; takie historie mają dla mnie bardzo duże znaczenie.

Jak dorastanie w domu pełnym awangardowej sztuki wpłynęło na pani rozwój artystyczny i kształtowanie się tożsamości malarki?

Moje dzieciństwo było bardzo szczęśliwe i niezwykle stymulujące, ale gdy nadszedł czas decyzji co dalej, zaczęły się problemy. Zawsze bardzo ceniłam twórczość rodziców, ale wydawało mi się, że nie zdołam wybić się na to "prawdziwe ja" jako twórcy i początkowo myślałam, by wybrać kierunek studiów zupełnie niezwiązanych ze sztuką, ale zawsze odczuwałam z nią pewną więź, dlatego też zdecydowałam się na historię sztuki. Potem nadszedł czas kiedy wyszłam za mąż i wyprowadziłam się z domu, następnie współtworzyłam Galerię Zderzak. To był taki moment, kiedy złapałam trochę oddechu - czas spędzony w Zderzaku, poszukiwanie świeżej, innej sztuki niż tej wówczas prezentowanej w Krakowie. Stan wojenny sprawił, że nie było zbyt wiele wolności artystycznej, natomiast ja wychowywałam się w "domowej akademii", bardzo awangardowej, koncentrującej się na sztuce konceptualnej, sztuce performansu i happeningu - to była moja codzienność. Malarstwo pojawiało się w niej bardzo rzadko - jeśli było, to jedynie w wydaniu Grupy Krakowskiej. Była to twórczość dość specyficzna, a malarstwo z farbą i plamą w tamtych czasach nie istniało. Przyszła połowa lat 80. i "nowi dzicy" - było to dla mnie duże odkrycie - sztuka, którą uważałam za awangardową. Wtedy zauważyłam, że istnieje pewna przestrzeń, w której mogę zrobić coś swojego. Poruszanie się w świecie sztuki instynktownie - jak w naturalnym środowisku - to umiejętność, którą wyniosłam z domu rodzinnego. Oczywiście jest to pozytywne doświadczenie, ale ma także pejoratywne oblicze i funkcjonuje jako swoiste obciążenie - trudno uciec od pytań dotyczących rodziców czy ewentualnych porównań do ich twórczości.

O czym najczęściej opowiadała Maria Pinińska-Bereś?

Opowiadała najróżniejsze historie i nimi budowała atmosferę. Często opisywała dom i zwracała uwagę na takie szczegóły, które może zapamiętać tylko dziecko, ale to właśnie one budowały niesamowitą aurę tychże wspomnień. Słyszałam te historie wiele razy, jedne lubiłam, innych nie - zdarzały się też opowieści dramatyczne. Z domu rodzinnego mamy nie zachowały się żadne przedmioty materialne, a to dlatego że rodzice w 1939 roku spakowali cały dobytek i chcieli przewieźć cenniejsze rzeczy w bezpieczne miejsce, pociąg jednak został zbombardowany i wszystkie przedmioty przepadły, pozostało jedynie kilka zdjęć. Malując obrazy w trakcie rezydencji, usiłowałam z niematerialnych opowieści stworzyć materialne przedmioty, portrety wspomnień.

Czy w historiach pojawiały się jakieś wyjątkowe przedmioty, miejsca?

Historii było mnóstwo i funkcjonowały jako bardzo barwne opowieści. Na przykład opowiadanie związane z hydrantami, jeden z nich namalowałam - willa, w której mieszkała mama mieściła się przy ul. Marcelińskiej, ale często chodziła na spacery na Ostroroga, gdzie znajdowały się owe hydranty, które po tylu latach udało mi się odnaleźć. Jedynymi przyjaciółmi mojej mamy były właśnie hydranty, ponieważ nie wolno było jej kontaktować się z innymi dziećmi - w domu panowała atmosfera specyficznej sterylności. Mama opowiadała, że koleżanki i kolegów zastępowały jej hydranty z łańcuchami czy koluchami, z którymi się witała i często rozmawiała. Takie wspomnienia zachował też brat mamy - opowiadał o wspólnych wędrówkach i dużym podziwie dla siostry, która tak wspaniale umiała z nimi rozmawiać.

Barwne, wyraziste opowieści Marii Pinińskiej-Bereś znajdują odzwierciedlenie w otaczających nas pracach, które również są nasycone kolorami i pełne charakteru - można powiedzieć, że funkcjonują jako swoiste portrety wspomnień.

Praca twórcza nad projektem była bardzo przyjemna, cały proces był bardzo naturalny - zarówno zagłębienie się w te wspomnienia, jak i "przelewanie" ich na płótno. Nie było w tym żadnego przymusu, co jest szczególnie istotne, bowiem każdy obraz traktuję jako nową rzeczywistość - nie tworzę cykli. Malowałam to, co mi się akurat przypominało, a cały mechanizm, począwszy od formułowania się wspomnień, poprzez realizację obrazów, przypominał przyjemnie płynący strumień.

Czy współczesny Poznań to również kraina szczęśliwości? Odnalazła w nim pani własne, magiczne miejsca?

Poznań bardzo mi się spodobał, ale największym odkryciem jest dla mnie przepiękna Palmiarnia. W opowieściach mamy jej nie było, ale na pewno bywała w Parku Wilsona wielokrotnie z rodziną, gdyż urodziła się na Grottgera i mieszkała tam do trzeciego roku życia, mieszkanie znajdowało się dosłownie kilka kamienic od Palmiarni. Poznań ma przyjazną atmosferę, klimatyczne ulice z XIX-wiecznymi kamienicami, piękne parki - to miasto z dużą tradycją, ale jeszcze nieskażone straszną turystyką i komercją.

Podczas rezydencji powstają wyłącznie prace na płótnie czy planuje pani także stworzenie instalacji bądź makatek?

Wahałam się czy wyszywać, czy malować, natomiast pod wpływem rozmów z Jagną Domżalską, zdecydowałam się na malowanie. Namalowałam w tej chwili około 26 obrazów i panuję stworzyć jeszcze kilka. Lubię pracować z przedstawieniami w skali 1:1, nie przepadam za modyfikowaniem rozmiarów rzeczywistego przedmiotu, przy okazji rezydencji postanowiłam też powrócić do większych płócien.. Nie mam zwyczaju malowania ze zdjęcia, czasami staje się ono inspiracją, ale najczęściej tworzę obraz na podstawie wspomnienia danego zdjęcia czy przedmiotu. Jest taki osobliwy moment w procesie malowania, który cenię najbardziej - to chwila, w której obraz sam zaczyna się malować, kreując pewną tajemnicę, przemawiając do mnie. Taki dialog pomiędzy dziełem a artystą to prawdziwa frajda. Powstałe obrazy zaprezentuję na zbliżającej się wystawie podsumowującej rezydencję, a w styczniu pojawię się w Poznaniu na kilka dni - być może przy okazji uda się jeszcze dokładniej poznać miasto.

rozmawiała Klaudia Strzyżewska

*Bettina Bereś - absolwentka historii sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim, współtwórczyni krakowskiej Galerii Zderzak, a także Stowarzyszenia Otwarta Pracownia. Członkini Związku Polskich Artystów Plastyków, od 2015 roku prowadzi Wypożyczalnię Obrazów. Maluje i haftuje w Krakowie.

  • Projekt "Wspomnienia wspomnień" Bettiny Bereś realizowany w ramach programu "Rezydenci w Rezydencji"
  • wystawa podsumowująca rezydencję czynna od 26.01 do 3.03.2019 (wernisaż 25.01.2019)
  • Sala Wystaw CK Zamek

 © Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018