Kultura Poznań.pl

Teatr

opublikowano:

ROZMOWY W GARDEROBIE. Wyszłam z szuflady

- Miałam może sześć lat, kiedy mama zabrała mnie na spektakl gwiazdkowy. Usiadłam na widowni, kurtyna zasunięta, ale za nią widać skrawek niebieskiego horyzontu - nic innego nie pamiętałam z tego przedstawienia, tylko to niebo - opowiada Sylwia Koronczewska-Cyris*, aktorka Teatru Animacji.

.
W spektaklu "Miłość do trzech pomarańczy", fot. Jakub Wittchen

Skąd Białystok jako miejsce studiów?

To moje miasto rodzinne i tak było najprościej.

Wydział Lalkarski też dlatego?

Chciałam zostać aktorką. Myślałam, że wszystko jedno, jaką szkołę ukończę, ale na drugim roku studiów, kiedy dołączyłam do Wierszalina, Piotr Tomaszuk mi wyjaśnił, jak bardzo się mylę.

To znaczy?

Że po lalkach mam małe szanse na pracę w teatrze dramatycznym. Namawiał mnie na egzaminy do Krakowa.

Nie posłuchałaś...

Z różnych powodów nie było to możliwe. Alternatywą wydawał się Wierszalin, ale fundacja zaczęła mieć kłopoty i wkrótce teatr zawiesił swoją działalność.

A jak tam w ogóle trafiłaś?

Tomaszuk robił nabór do zespołu, kiedy byłam na drugim roku.

Poszłaś na casting?

Początkowo nawet o tym nie pomyślałam, chociaż odbywał się w szkole! Ale późnym wieczorem, po zajęciach, przechodziłam obok sali prób, gdzie kończyły się przesłuchania, i ktoś zaczął mnie namawiać, żebym też spróbowała. Nie chciałam, w końcu jednak pomyślałam: "A co mi szkodzi?"...

...i?

I zostałam przyjęta! Od razu weszłam w spektakl Głup.

Na uczelni nikomu to nie przeszkadzało?

Czasem próby kolidowały z zajęciami z zadań aktorskich prowadzonymi przez Krzysztofa Rościszewskiego. To był wymagający profesor. Wiele mu zawdzięczam jako aktorka.

Ale przestałaś myśleć o scenie dramatycznej...

Dopóki Wierszalin istniał, wiedziałam, że chcę tam być. Kiedy zawiesił działalność, pojawiło się pytanie: co dalej. Na szczęście pojechaliśmy z przedstawieniem studenckim na festiwal do Opola i tam zobaczyłam spektakle poznańskiego Teatru Animacji: O diabełku Widełku w reżyserii Lecha Chojnackiego i Króla Ubu Waldemara Śmigasiewicza. I zamarzyłam, żeby tam pracować.

To był jeden z najlepszych teatrów w Polsce...

No i bezczelnie, zaraz po naszym przedstawieniu, podeszłam do Janusza Ryla-Krystianowskiego, mówiąc mu, że chciałabym po studiach trafić do jego zespołu, a on zaprosił mnie na rozmowę. Pojechałam do Poznania i jedyne, co usłyszałam w gabinecie dyrektora, to pytanie, czy mam gdzie mieszkać... To była cała rozmowa kwalifikacyjna.

Lech Chojnacki opowiadał, że kiedy się pojawiłaś, on wreszcie mógł zrobić spektakl Oni, bo w Tobie zobaczył główną bohaterkę - Yuki.

To była niesamowita rola, pierwsza ukochana. Jedna z najważniejszych w moim dorobku. Ale wcześniej, właśnie u niego, zadebiutowałam w spektaklu Och, Emil. Wiesz, dla mnie wejście w świat teatru lalek było szokiem, bo w szkole - o dziwo - przygotowywaliśmy spektakle, zajmowaliśmy się formą, ale nic nie działo się z myślą o młodym widzu, nie miałam z nim kontaktu. I nagle wchodzę w bajkę, przede mną widownia dziecięca, która z euforią wita każde moje pojawienie się - coś niesamowitego! Co za odkrycie! Tym cudowniejsze, że sama zawsze miałam ciągoty do dramatu. A tu śmiech, żart, spontaniczne reakcje. To było fascynujące.

A skąd w ogóle pomysł na teatr?

Już w czwartej klasie szkoły podstawowej należałam do kółka teatralnego. Babcia robiła mi pacynki z rękawic kuchennych... Ale pierwsze zauroczenie przyszło wcześniej. Miałam może sześć lat, kiedy mama zabrała mnie na spektakl gwiazdkowy. Usiadłam na widowni, kurtyna zasunięta, ale za nią widać skrawek niebieskiego horyzontu - nic innego nie pamiętałam z tego przedstawienia, tylko to niebo. Wyobrażałam sobie, że tam jest jakiś inny, tajemniczy świat, jak w Alicji w Krainie Czarów, i on mnie pociągał. To wrażenie zostało na długo... A potem, w siódmej klasie, przeczytałam Kłamczuchę Małgorzaty Musierowicz i wtedy na serio po raz pierwszy poczułam, że chciałabym zostać aktorką.

I konsekwentnie do tego zmierzałaś?

Nie, bo w drugiej klasie liceum postanowiłam, że będę zdawać na polonistykę. Do pomysłu ze szkołą teatralną wróciłam krótko przed maturą.

Rodzice to zaakceptowali?

Tata chyba nie był zachwycony. Chciał, żebym poszła na ekonomię - mimo że z matematyki byłam kompletną nogą. Ale mama bardzo mnie wspierała, a podczas egzaminów wstępnych pomagała mi przygotować etiudę, w której miałam być... imbrykiem. Bardzo nas to bawiło.

Żałowałaś kiedyś tej decyzji?

Żałowałam tylko, że Wierszalin się rozpadł, praca tam była jak wygrana na loterii.

Czy dzisiaj zamieniłabyś scenę lalkową na inną?

Po siedmiu latach przyszedł kryzys, ale przetrzymałam to i teraz wiem na pewno, że teatr lalkowy jest tym, co chcę robić. Wreszcie też wyszłam z szuflady królewienek, kopciuszków, dziewczynek. Chociaż boję się, żebym nie została, dla odmiany, etatową Jędzą.

Niedawno w Twoim życiu pojawiło się flamenco...

Zawsze mnie pociągało, ale długo nie miałam na nie odwagi; byłam przekonana, że do tańca się nie nadaję. Wszystko się zmieniło, kiedy musiałam zmierzyć się z rolą Hiszpanki Rosy w spektaklu Pastrana, tancerki flamenco. Uznałam to za przeznaczenie. Poszłam na lekcje do Ewy Jakubiec i wsiąkłam...

Co Cię we flamenco pociąga najbardziej?

Szczerość. We flamenco nie gram żadnej roli: to wyłącznie ja i moje emocje. "Ja" musi być silne, bo flamenco to taniec takich kobiet. Jednocześnie jest bardzo teatralne, z bogatą dramaturgią, no i przepiękną muzyką.

Czego jeszcze chcesz?

Wspaniałych reżyserów - takich, za którymi idzie się w ogień. I dobrych widzów. Bo najgorsze, co może się zdarzyć, to spektakl, który nie jest oglądany. Obiektywnie świetny, nagradzany, ale z jakichś powodów niemający publiczności, jak np. Opowieści z niepamięci.

Poza tym, jak Ci w Poznaniu?

Początek był straszny. Równo przez dziesięć lat oswajałam to miasto. Nie mogłam zaakceptować tego, że ludzie tu żyją w swoich ciasnych, pozamykanych gronach. Czułam się obca.

A po dziesięciu latach?

Przyzwyczaiłam się. Chociaż Poznań jest trudny i tak naprawdę sztuką nie żyje.

Z mężem prowadzicie własny teatr - Wariate.

Zupełnie inny, w bezpośrednim kontakcie z widzami. Każdy spektakl przekonuje mnie od nowa, jak ważny jest teatr dla dzieci. Kiedyś podeszła do nas kobieta opiekująca się chłopcem autystycznym, by nam powiedzieć, że właśnie na naszym przedstawieniu po raz pierwszy w życiu złapał ją za rękę i uścisnął. Innym razem niepełnosprawna dziewczynka pomagała nam budować scenografię, bardzo chciała, była szczęśliwa... Tak, teatr jest rzeczywiście terapią. I gdyby nie te doświadczenia, nie czułabym się chyba tak spełniona.

rozmawiała Anna Kochnowicz-Kann

* Sylwia Koronczewska-Cyris - ur. 1976 r. w Białymstoku. W 2000 r. ukończyła AT w Warszawie Wydział Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku. Od 2000 r. związana z Teatrem Animacji w Poznaniu. Od 2005 r. razem z mężem, Markiem Cyrisem, prowadzi Teatr Wariate. Laureatka m.in. Nagrody Artystycznej Miasta Poznania (2003) i nagrody za najlepszą rolę kobiecą za Jędzę w "Opowieściach z niepamięci" na 24. Międzynarodowym Festiwalu Teatrów Lalek "Spotkania" w Toruniu (2017).

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019