Kultura Poznań.pl

Teatr

opublikowano:

ROZMOWY W GARDEROBIE. Muszę wziąć oddech

- Dużo rysuję. Ludziom to się podoba, a ja jestem zdziwiona, bo to specyficzne prace. Może nastał teraz czas na uspokojenie siebie? - mówi Małgorzata Walas-Antoniello, aktorka Teatru Orbis Tertius.

.
Małgorzata Walas-Antoniello w spektaklu "Dziady" Teatru Orbis Tertius, fot. materiały prasowe

Miałaś 19 lat, kiedy zadałaś się z teatrem.

Tak, byłam na pierwszym roku grafiki na PWSSP i pod ogromnym wrażeniem właśnie obejrzanego Jednym tchem Teatru Ósmego Dnia; zachwycona nie tylko przekazem intelektualnym, ale i teatralnym, tak innym od tego, co dotąd widziałam. Była w tym wolność, której zawsze szukałam... Akurat ogłaszali nabór i Wojtek Wołyński namówił mnie, bym się zgłosiła. Wydawało mi się, że wypadłam fatalnie, nie umiałam się otworzyć, chowałam się za słupem. Dosłownie i w przenośni.

Ale się dostałaś.

To było wielkie zaskoczenie. Lech Raczak przyjął do grupy mnie i Teresę Puto. I od razu wrzucił nas do właśnie przygotowywanej drugiej wersji Jednym tchem.

Z powodu teatru przerwałaś studia?

Jeszcze przez trzy lata godziłam teatr i szkołę, przerwałam na czwartym roku. Dziś myślę, że mogłam to dalej pociągnąć i zrobić dyplom, ale wtedy czułam, że muszę się na coś zdecydować, bo byłam jakoś rozchwiana, "pomiędzy", nigdzie cała.

I magisterium przegrało?

Ważniejsze było, że zmieniła się grupa Raczaka. Przyszli inni ludzie, a z nimi nowa energia, inne spojrzenie na rzeczywistość, inna potrzeba w niej uczestniczenia...

Ubyło polonistów...

Doszli plastycy, ekonomiści. Każdy przynosił swoje przemyślenia. Wtedy też zaczęliśmy więcej improwizować. Mogłam coś proponować, współtworzyć. To był czas ciągle wielkiej fascynacji Lecha metodą Grotowskiego: sprawdzał ją na sobie i na nas.

A jednak Ósemki zostawiłaś.

W 1982 wyszłam za mąż i rok później wyjechałam na prawie 10 lat do Włoch. Potem oni zaczęli też emigrować, po kolei - tak jak dostawali paszporty. Leszek poprosił mnie, abym mu pomogła, kiedy zaczynał pracę nad spektaklem we Włoszech. Powiedziałam mu wtedy, że będę przyjeżdżała na próby z Neapolu do Ferrary, ale nie wrócę do Teatru. O Lechu jednak nigdy nie zapomniałam, o jego wartościach - dla mnie to jest nieprawdopodobny człowiek. Nie tylko jako reżyser. Czułam, że jeszcze się spotkamy. I rzeczywiście tak się stało. Jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa. Mam wrażenie, że on też to przeczuwał. Od pięciu lat znowu systematycznie razem pracujemy.

Dlaczego nie chciałaś wracać do Ósemek?

Już wtedy, w 82 roku,  miałam poczucie, że coś się rozpada w tej grupie. Może to mnie przestało być tam dobrze, nie wiem. Poznałam Raffaele i chciałam do niego pojechać, pomieszkać z nim trochę, pobyć w codzienności. Nie było to możliwe, bo nie dostawałam paszportu, byłam wtedy spikerką Radia "Solidarność". Wzięliśmy więc ślub i wyjechałam do Włoch, z paszportem w jedną stronę.A w Teatrze powoli konflikty narastały. Nie mogło pewnie być inaczej, bo zbyt silne osobowości go tworzyły. W końcu odszedł Lech. Niezależnie jednak od wszystkiego nikt mi nie odbierze tych lat. Były piękne i ważne.

I bez czasu na prywatność. A Ty spotykasz miłość życia...

To był 1981 rok. Graliśmy w Neapolu, na festiwalu. W grupie organizatorów był Raffaele, podszedł do mnie i poradził, abym nie rzucała torebki gdzie bądź, bo mogę ją stracić. Chyba coś zaiskrzyło, bo potem codziennie się spotykaliśmy. No ale po tygodniu musieliśmy się pożegnać, bo jechaliśmy z Teatrem dalej, do Londynu. I tam któregoś dnia Marek Raczak mnie zapytał: "Wiesz, kogo spotkałem na Piccadilly? Raffaele! Szukał na plakatach, gdzie gramy". A potem nagle pojawił się w drzwiach mojego mieszkania.

Wyjechałaś i wróciłaś.

Miałam obywatelstwo włoskie, paszport konsularny i zaczęłam przyjeżdżać. Na początku lat 90. poznałam chłopaków z Teatru Cinema i po jakimś czasie powiedziałam Raffaele, że wracam do Polski. Zdecydował się przyjechać ze mną. Znajomi mówili wtedy, że albo jest wariatem, albo zakochany... Wiesz, jak się jest za granicą tak, jak ja byłam, czyli bez nadziei na powrót, to zaczyna się ponad miarę kochać ten kraj, idealizując go. I to jest bardzo niebezpieczne: można zachorować na ojczyznę. Na początku bardzo ciężko znosiłam tę moją emigrację - mimo że Raffaele robił wszystko, by tak nie było. A jeszcze dokładamy sobie jakieś wyrzuty sumienia... Musiałam wrócić. Czuliśmy, że czekają nas dobre zmiany. Współpracowałam z Cinema, potem też z Lechem...

I nagle teatr to za mało? Skąd arteterapia - z niewidomymi i z uzależnionymi?

To się bierze z potrzeby dawania i dzielenia się sobą, co jakoś i mnie samą zaskakuje, bo jestem osobą bardzo zamkniętą. Nie potrafię emocji pokazywać na zewnątrz. Spotkania z niewidomymi mnie zafascynowały. Moja przyjaciółka, Ewa Dziedzic-Szeszuła, uczyła ich tańczyć, ja próbowałam robić teatr. Nie mając żadnych wzorów. Ale to było fantastyczne, bo sama droga dochodzenia do czegoś jest niezwykła - to wtedy pokonuje się trudności, dyskutuje, spiera. Ja musiałam się uczyć ich kochać, przede wszystkim. Nieprawdopodobne doświadczenie.

Uzależnieni więc okazali się naturalną kontynuacją?

Tak, ale tego potwornie się bałam. Zajęcia prowadziłam z Kasią Klebbą. Podejrzewam, że udało nam się, bo nie jesteśmy terapeutkami - u nas musieli działać. Ale przyznaję, że czasami to było dla mnie za dużo: ich historie mnie przytłaczały. Przygotowywaliśmy spektakle. Pracowałyśmy z nimi  przez 15 lat. Uznałyśmy, że potrzebna jest przerwa.

Co w to miejsce weszło?

Bardzo dużo pracuję z Lechem, przygotowujemy nowy spektakl, co jakiś czas prowadzę zajęcia; ostatnio miałam warsztaty ze starszymi paniami - bardzo mnie interesuje starość, przemijanie i chcę o tym zrobić spektakl -  powiedziałam im tylko, żeby przechodziły z krzesłami z miejsca na miejsce, siadały i mówiły: "Ja jestem"... One to tak przeżyły, dla nich to było tak ważne, te dwa słowa, to było nieprawdopodobne! Te warsztaty prowadziła ze mną Kasia Klebba, nagle i ona dołączyła do grupy, a potem mówiła, że było to dla niej ważnym doświadczeniem. A przecież obie jesteśmy starymi wygami... Poza tym dużo rysuję. Ludziom to się podoba, a ja jestem zdziwiona, bo to specyficzne prace. Może nastał teraz czas na uspokojenie siebie? Muszę wziąć oddech. Choć każdy rysunek zabiera wiele intensywnych godzin.

Cóż, każdy to osobny spektakl.

To jest takie dzierganie, faktycznie teatralne. Nie mają tytułów. Specjalnie. Bo wtedy bym narzucała interpretację, a ja tego nigdy nie robię. Chcę, aby każdy odnajdywał w nich coś własnego.

Czy teatr dziś dla Ciebie nadal jest wolnością - tak jak był kiedyś?

Moją - na pewno. W tym teatrze, jaki ja robię, mam nadal poczucie dużej wolności. Dużo w nim niepokojów, bałaganów, i to też jest wolnością. Nie chowam się za słupem.

rozmawiała Anna Kochnowicz-Kann

*Małgorzata Walas-Antoniello - ur. 1951 r. w Poznaniu, absolwentka Liceum Plastycznego. W latach 1970-1982 aktorka Teatru Ósmego Dnia, dziś współpracuje z Trzecim Teatrem Lecha Raczaka Orbis Tertius.  

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019