Kultura Poznań.pl

Rozmowy

opublikowano:

Sława to nie żart

- Trzeba pamiętać, że z piedestału można szybko spaść. Brak tej refleksji może być bolesny. W szczególności jeśli dzieje się to w świetle reflektorów, w pięknych sukniach - mówi Elżbieta Węgrzyn*, aktorka Teatru Animacji.

.
Ewa Węgrzyn w spektaklu "Pinokio", fot. J. Zagajewski

Bawiłaś się w teatr kiedy byłaś dzieckiem? Może lalkami?

Lalki zamieniłam na zestaw małego majsterkowicza.

Typ dziewczyny z sąsiedztwa?

Biegałam z chłopakami, łaziłam po drzewach i wbijałam gwoździe.

Czyli nie tak od razu wiedziałaś, że zostaniesz aktorką. Kiedy zdecydowałaś, że będziesz zdawać do szkoły teatralnej? No i oczywiście czy od razu wybrałaś lalki czy jak większość chciałaś grać na deskach teatru dramatycznego?

Już w szkole przejawiałam zdolności aktorskie, ale nigdy nie myślałam poważnie o tym zawodzie. Wydawało mi się zawsze, że to jest poza mną, że ten zawód jest dla mnie niedostępny.

Aktorstwo jest jednym z tych "dziedzicznych" zawodów. Rozumiem, że w Twoim przypadku tak nie było?

Pochodzę z dość umuzykalnionej rodziny. Ale aktorem nikt nie był. Mama grała na fortepianie, ojciec na flecie i gitarze. W domu działo się wiele pięknych rzeczy. Od razu po maturze zdawałam na prawo. Nie dostałam się i wtedy moja ciocia z Opola zadzwoniła, żebym spróbowała swoich sił w teatrze, bo widocznie dostrzegła we mnie to "coś". W tym czasie trwał nabór do tamtejszego teatru. Zgłosiłam się, przeszłam wstępne egzaminy i wsiąkłam.

Czyli najpierw angaż w teatrze, a potem studia?

Kiedyś to było modne, taki staż czy adeptura. Najpierw nas przyjmowali, a potem można było zrobić dyplom, nawet eksternistycznie albo iść dalej. Mnie akurat zależało na studiach. Do szkoły teatralnej zdawałam trzy razy. W końcu się dostałam na Wydział Sztuki Lalkarskiej do Białegostoku.

Rodzina dopingowała? Aktorstwo to przecież ciężki kawałek chleba.

Absolutnie nie odradzali.

Wszystko zaczęło się w Opolu, ale była jeszcze Zielona Góra, a dopiero później Poznań.

W zielonogórskim teatrze wylądowałam od razu po studiach, ale ówczesny dyrektor przegrał walkę o niezależną scenę lalkową, więc po dwóch latach wróciłam do Opola. Kiedy pojawił się tam Janusz Ryl-Krystianowski stwierdziłam, że jeżeli coś mam zmienić, to właśnie nadszedł ten moment. A nie chciałam się zasiedzieć. Wszystkie znaki kazały mi wtedy to zrobić, więc odważnie zdecydowałam, że odchodzę. W Teatrze Animacji jestem już 20 lat.

Po szkole na scenie było łatwiej czy trudniej?

Szkoła wiele zweryfikowała, w tym moją grę, która wcześniej opierała się na intuicji. Otworzyła mnie na przykład na kwestie warsztatu aktorskiego, animacji przedmiotu i lalek. Musiałam się na nowo kształtować jako aktor, ale też człowiek.

Jakie plusy i minusy ma aktorstwo?

Ja kocham to, co robię. Postawiłam na ten zawód i na takie, a nie inne życie. Nigdy się nie zastanawiałam co by było gdybym wybrała inaczej, choć oczywiście nie zawsze jest kolorowo. Teatr zawłaszcza. To bardzo trudny związek, czasem bolesny i niewdzięczny. Najtrudniejsze w tym zawodzie jest to, że cały czas jesteśmy poddawani ocenie, jesteśmy egzaminowani. Sukces jednej premiery nie przekłada się na następny. Wtedy próg jest coraz wyżej. I odpowiedzialność jest większa.

Kto go stawia? Aktor czy widz?

I jeden, i drugi. Taka chwila nie trwa wiecznie i musimy pamiętać, że z piedestału można szybko spaść. Brak tej refleksji może być bolesny - w szczególności jeśli dzieje się to w świetle reflektorów, w pięknych sukniach... Wśród tych wszystkich cudownych rzeczy, które nami wtedy rządzą. Sukces jest fajny. Ale kiedy telefon nie dzwoni, robi się smutno.

Sława w końcu to nie żart...

No właśnie. Bo każda następna premiera to kolejna walka. Ale to bardzo miłe, kiedy dziecko na ulicy mnie poznaje i mówi - o, idzie lis! Ja już tym lisem nie jestem, ale to jest urocze. Ta rozpoznawalność na moim podwórku.

Która z nagród jest dla Ciebie ważniejsza - "Henryk", którą przyznają koledzy po fachu czy "Biały Bez" - wyróżnienie publiczności?

Publiczność daje nam siłę i radość na co dzień, jednak "Henryk" to dla aktora lalkarza najbardziej prestiżowe z wyróżnień. To nagroda ZASP-u, czyli hołd oddany przez kolegów.

Można go dostać tylko raz?

Tak. To uhonorowanie naszego wieloletniego trudu, tego że jakoś tam zaistnieliśmy.

Masz na koncie również nagrody za konkretne role, np. Dzwoneczka Młoteczka w spektaklu "Pozytywka" albo Chłopca w spektaklu "Jeż". Czy to się przekłada na role, które sama darzysz największym sentymentem?

Bardzo sobie cenię również role nienagrodzone, np. Skierki z "Balladyny". Spektakl ten grany był w Opolu. Ogromne pole do popisu miałam również w Poznaniu, kiedy grałam Roberta w "Królu Mięsopuście". Janusz Ryl-Krystianowski odkrył we mnie coś, o co się nawet nie podejrzewałam...

Mocowałam się również z rolą Pinokia. Byłam już wtedy dojrzałą aktorką. Ponadto wydawało mi się, że jako kobieta nie powinnam go grać. Teraz jednak myślę, że to była jedna z moich lepszych ról. To wszystko było podbudowane doświadczeniem. Ciepło wracam do roli Lisa w Szałaputkach czy Calineczki, no i do mojej ukochanej Gęsi, która zwiedziła świat i podbiła serca jeżdżąc po kraju.

Skrzypek musi grać, żeby nie wypaść z formy. A aktor? Animacja wymaga wysiłku.

Obecnie lalek jest mniej, a aktor wyszedł zza parawanu. Już nie jest schowany i dużo gra w żywym planie. Gra ciałem i formą. To interesujące, bo trzeba ożywić to, co jest martwe. A sukces odnosi się wtedy, kiedy lalka płacze, śmieje się... Kiedy "martwe" potrafi wzruszyć.

Wolałaś się chować w czerni?

Wtedy chyba było łatwiej, bo trema była mniejsza. Teraz jesteśmy blisko widza i musimy z nią walczyć. Zawsze jednak jest nam łatwiej wyrażać emocje - nawet te złe, bo chowamy się za formą. Lalka może więcej, dzięki niej nie musimy się obnażać jak aktorzy teatru dramatycznego. To inny rodzaj pracy. Ja z lalką czuję się bezpiecznej. I wiem, o czym mówię, bo doświadczyłam tego grając w "Extravaganzie" w Teatrze Polskim.

No właśnie o ten "skok bok" chciałam zapytać. Skok po 40 latach w teatrach lalkowych.

To zupełnie inna forma. Joanna Drozda, reżyserka tego spektaklu, stworzyła dziwny, ale interesujący świat. "Extravaganza" to nie kabaret. To Extravaganza! Nawet jak porusza ważne tematy, to zawsze jest w niej dużo miłości i tolerancji. Cieszę się, że jestem jej częścią.

Wygrałaś casting?

Zostałam polecona. Myślę, że po prostu szukali takiego typu jak ja.

Kolejny krok to reżyseria?

Nie sądzę. Jestem odtwórcą, potrafię zarządzać wyłącznie sobą. Reżyser to artysta, ale i dobry organizator i wizjoner. Jestem szczęśliwa, gdy wszystkie klocki tworzą piękną całość.

Potrafisz też śpiewać!

Śpiewanie to moja druga pasja. Oprócz sznaucerki miniaturki, która zawsze na mnie czeka w domu.

Pracujesz również z niepełnosprawnymi.

Współpracuję z wielkopolskim Forum Organizacji Osób z Niepełnosprawnościami. Prowadzę tam warsztaty w ramach programu "Uczmy się razem żyć czyli Dzieciaki z Podwórka". Przybliżam dzieciom sprawnym problem niepełnosprawności za pomocą teatru formy. Lalki nie obrażają. Dzięki nim niepełnosprawne dzieci nie czują się na widowni niekomfortowo. Bo wyobraźmy sobie aktora, który udaje, że choruje na zespół Downa...

Twoja doba ma chyba więcej niż 24 godziny.

Na razie daję radę.

Próbujecie do nowego spektaklu, ale w planach jest również Twój benefis - "Sława to nie żart".

Scenariusz od dawna jest już dopięty. Będzie dużo piosenek i sporo gości. Chcę pokazać, że nasze teatralne środowisko trzyma się razem. Na scenie oprócz mnie pojawią się także: tancerz, solistka Teatru Muzycznego oraz aktorka Teatru Polskiego. A przygrywać będzie nam band.

Czego życzyć spełnionej aktorce? Bo nie ukrywasz, że tak właśnie jest.

Zdrowia, bo wiem jak jego brak w mgnieniu oka może wszystko zmienić. Sama z kolei życzę innym wrażliwości, by potrafili się czasem zapomnieć i uciec do innego świata. By kochali teatr i mieli na niego czas, żebyśmy się słuchali no i czasem umieli przystanąć.

Rozmawiała Monika Nawrocka-Leśnik

*Elżbieta Węgrzyn - ukończyła Państwową Wyższą Szkołę Teatralną im. A. Zelwerowicza w Warszawie, Wydział Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku, w poznańskim Teatrze Animacji od 1996 roku. Najważniejsze role: Lis w "Szałaputkach", Prosiaczek w "Kubusiu Puchatku", Dzwoneczek-Młoteczek w "Pozytywce" czy Pinokio w "Pinokiu". W tym roku świętuje 40-lecie swojej pracy artystycznej.

  • "Sława to nie żart" -  benefis Elżbiety Węgrzyn
  • Teatr Animacji
  • 29.09, g. 19

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018