Kultura Poznań.pl

Rozmowy

opublikowano:

ROZMOWY W GARDEROBIE. Jestem z trochę innej bajki

- Długo walczyłem z myślą, że mogę być aktorem; na początku najważniejsze były bonusy - zwolnienia z lekcji, dziewczyny... A potem splot przypadków, obejrzane w Warszawie Metro i właściwi ludzie po drodze. Do szkoły dostałem się jednak dopiero za drugim razem - mówi Jakub Papuga*, aktor Teatru Polskiego.

.
Jakub Papuga w spektaklu "27 grudnia" w reż. Jakuba Skrzywanka, fot. Magda Hueckel

Pojawiłeś się w Poznaniu zaraz po studiach...

I od razu się w nim zakochałem. W 2000 roku bardzo dużo tu się działo. Za sprawą Malty o teatr dosłownie się potykałem.

Ale to nie ona Cię ściągnęła.

Nie - dyrektorzy Teatru Polskiego: Paweł Wodziński i Paweł Łysak.

Skąd się dowiedzieli o Tobie?

Byłem na czwartym roku szkoły aktorskiej we Wrocławiu, bez pomysłu na ciąg dalszy. Szanse na pozostanie w tym mieście równały się zeru, bo Krystyna Meissner nie interesowała się wtedy miejscowymi studentami. Zwierzyłem się z tych rozterek Przemkowi Wojcieszkowi, u którego zagrałem w jego debiutanckim filmie Zabij ich wszystkich, a on mi poradził, bym zaprosił Pawłów na swój dyplom, dał mi do nich numery telefonów. Zadzwoniłem, jeden z nich pojawił się we Wrocławiu i zaproponował angaż - mnie i jeszcze trzem kolegom.

I trafiłeś na czas mentalnej przebudowy w teatrze.

Szkoda, że się skończyła, zanim na dobre się rozpoczęła.

No, ale zdążyli się pojawić ze swoimi spektaklami Warlikowski, Jarzyna - co prawda bez poznańskich aktorów w obsadzie, ale...

...dobrze, że przypomniałaś o tym...

...dla teatru to było ważne; nie zagrałeś u nich, ale za to u Macieja Prusa.

Z powodu roli w jego spektaklu odrzuciłem propozycję z Warszawy. To było nasze pierwsze spotkanie, na samym początku pracy w Polskim. Tak czy inaczej, dyrekcja Pawłów to dla mnie wspaniały, bardzo intensywny czas.

Później, za Szkotaka, też nie było lżej. Poza tym wtedy pojawiły się nowe doświadczenia - myślę o Twoim związku z Teatrem Biuro Podróży. Skąd się to wzięło?

Z ciekawości świata. Przede wszystkim.

Udało się ją zaspokoić?

Wyglądało to inaczej, niż sobie wyobrażałem. Żartuję, że mógłbym napisać przewodnik po placach świata, bo najbardziej z tych podróży zapamiętałem bruki, asfalt i ubitą ziemię... Na plażę w Tel Avivie mogliśmy wybrać się dopiero w nocy, jak już wszystko przygotowaliśmy do spektaklu. Ale ten czas z Biurem to była i tak niesamowita przygoda.

Co dała Tobie jako aktorowi?

Zetknąłem się z zupełnie innym myśleniem o teatrze. Wcześniej nie miałem pojęcia, co to jest teatr uliczny, znałem go tylko jako widz. Pamiętam moje początki w Biurze: po obu stronach spora nieufność, docieranie się trochę trwało. Musiałem pokonać własne przyzwyczajenia, bo tu każdy robi wszystko. Nauczyłem się pokory i innej miłości do tego zawodu - tak bardzo trudnego w plenerze i pełnego niespodzianek. Ja swojego pierwszego Makbeta w Bukareszcie, grałem podczas oberwania chmury. Dopiero będąc z nimi, zobaczyłem, jak wiele wysiłku wymaga każde granie.

A jak się wraca po takim doświadczeniu do teatru repertuarowego?

Normalnie - to inne zadania. Ręce tylko trzeba doprowadzić do porządku, bo są bardzo zniszczone. Po miesięcznej trasie wyglądaliśmy jak robotnicy po ciężkim sezonie, a wszystkie ubrania trzeba było wyrzucić, bo tak przesiąkły ropą. Pozostaje na pewno wspomnienie innego kontaktu z publicznością i tego trochę potem brakuje. Na ulicy wszystko dzieje się inaczej, inny jest odbiór. Nie zapomnę wyjazdu do Kolumbii: mieliśmy dla siebie estradę wybudowaną na stadionie, na którym odbywały się największe imprezy masowe w Bogocie - nasza przestrzeń zakładała obecność 700 osób. Organizatorzy doszli do wniosku, że właśnie tyle ludzi przyjdzie. Nie ustawili jednak barierek i nasze ostatnie tam przedstawienie odbywało się przy dziesięciotysięcznym tłumie. Czegoś takiego w teatrze repertuarowym nigdy nie przeżyję. Tych emocji przez jakiś czas brakuje. Ale pojawiają się inne, oczywiście.

Wróćmy do sceny macierzystej. Od samego początku jesteś w Teatrze Polskim. To dobrze tak tkwić w jednym miejscu?

No, podobno nie. Na szczęście zmieniają się dyrekcje i wraz z nimi pomysły na tę scenę, więc nie zasiedziałem się wbrew pozorom. Nawet zespół się zmienia. Z tego pierwszego składu już nas niewielu pozostało. Od strony repertuarowej i profilu artystycznego to dziś zupełnie inny teatr niż ten, w którym zaczynałem.

Fakt.

A do teatru wchodzi już nowe pokolenie.

I jak to wtedy jest?

Tak samo jak wtedy, kiedy ja byłem tym pokoleniem nowym. Miałem, jak wszyscy młodzi, "patent na rację". Starsi próbowali mi coś przekazać, ale po kilku zdaniach machali ręką i mówili: "Dobra, wrócimy do tego za parę lat".  Łapię się teraz na tym samym, co uświadamia mi, że jestem już z trochę innej bajki, że jednak czas leci... Ale z drugiej strony to zderzenie nie jest takie złe, bo widzę, jak sam się zmieniam. W szkole nauczyłem się, że od profesorów, u których się studiuje, bierze się to, co się chce. Od młodszych też mogę coś wziąć. Oni inaczej myślą, inaczej postrzegają świat, inaczej sobie z nim radzą. Każde pokolenie musi nieść swoje doświadczenia. To normalne. Staram się znaleźć z nimi wspólny język.

Udaje się?

Różnie z tym bywa. Zdarzyło się, że pomysł młodego reżysera nie został podjęty przez zespół. I to w pierwszej kolejności przez jego młodszą część...Wszystko zależy od tego, kto i po co eksperymentuje.

Wróćmy jeszcze na chwilę do początków. Skąd pomysł na teatr u chłopaka z Technikum Elektrycznego?

Chyba przez siostrę, która przemycała mnie do kina w ramach opiekowania się młodszym bratem. Efekt był taki, że kiedy zacząłem dostawać kieszonkowe, wydawałem je całe na filmy. Poza tym jestem z pokolenia, które bawiło się w Czterech pancernych. Byłem i Jankiem, i Gustlikiem, i pewnie każdym, poza Marusią i Szarikiem. A technikum się pojawiło na zasadzie, że "trzeba mieć konkretny zawód". Ten wybór był jednak kompletną pomyłką. Brylowałem na polskim, ratowało mnie kółko teatralne, chociaż... długo walczyłem z myślą, że mogę być aktorem; na początku najważniejsze były bonusy - zwolnienia z lekcji, dziewczyny... A potem splot przypadków, obejrzane w Warszawie Metro i właściwi ludzie po drodze. Do szkoły dostałem się jednak dopiero za drugim razem.

A co dziś myślisz o Poznaniu?

Nadal bardzo go lubię. Zwłaszcza Jeżyce, na których mieszkałem, i Łazarz, który teraz poznaję. Trudno tu bywa od strony zawodowej i pojawiają się momenty rozczarowania, a w ślad za tym myśl, by wyjechać, oczywiście. Ale to mija. Mam wrażenie, że Poznań nie wykorzystuje w pełni swojego potencjału. Trochę mi żal na przykład, że nie skorzystał z szansy, jaka pojawiła się na początku lat 90. i nie stał się drugim Berlinem.

Stracona bezpowrotnie?

Nie wiem. Ale może warto spojrzeć na Edynburg, na tamtą machinę festiwalową i ją zaadaptować nad Wartą?

A co dalej z Tobą?

Jako artysta chciałbym sobie pozwolić z powrotem na adrenalinę sportów ekstremalnych. W granicach rozsądku, oczywiście.

rozmawiała Anna Kochnowicz-Kann

*Jakub Papuga - ur. 1974 r. w Pabianicach. Aktor teatralny i filmowy. W 2000 r. ukończył Wydział Aktorski PWST we Wrocławiu. Od 2000 r. związany z Teatrem Polskim w Poznaniu. W 2005 r. otrzymał Stypendium Artystyczne Miasta Poznania.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019