Kultura w Poznaniu

Opinie

opublikowano:

To poezja jest kompletna

Uff! Jest miejsce dla braku nadziei. W Środkach doraźnych Marcin Orliński antyheroicznie i absolutnie hipernieromantycznie ratuje czytelnika przed totalitarną poprawnością "bycia sobą w sobie" i uczestnictwem w pogoni za  nieustannie znajdującą się "tuż tuż" filozoficzną receptą na życie. 

. - grafika artykułu
Marcin Orliński "Środki doraźne"

Poszczególne wiersze tworzą ironiczną wyspę - efemeryczną oazę językowego flirtu z tym, co niedoskonałe. Ulotność oraz pozorna niedoskonałość refleksji ważniejsze są w tej przestrzeni od ucieczki w poetyckie metafory czy strumienie świadomości. Doskonała to gra z samym aktem opowiadania o Środkach doraźnych. Bo samo mówienie o najnowszym tomie Orlińskiego staje się problemem.

Rekonstrukcja wrażeń, badanie tropów, intertekstualne szarże wokół tematyki intymnej porażki, zdają się sczególnie współgrać z niebezpieczną perfekcyjnością użytych środków, koncentracji na wystarczającej, przerażająco wycyzelowanej ilości słów. Zasada brzytwy Ockhama działa w tym tomie szczególnie. Kompozycja utworów, oparta na ścisłym przenikaniu się gradacji i lingwistycznych puent, uwalnia wiersze z potrzeby objaśniania, a każdy komenatrz okazuje się zawstydzająco marny w porównaniu z mikropoematami Orlińskiego. Jaki to wolny i niezależny tomik! Ach!

Środki nie koncentrują się na wyznaniu, na konfesyjnej skłonności autora do opowieści o paśmie niepowodzeń, bólu egzystencji. To byłoby zbyt łatwe. Orliński lawiruje i korzysta z różnych strategii zasłyszania. Niekiedy chwytem jest konstrukcja tekstu zbliżona do towarzyskiej anegdoty : Kiedy wydawca spytał mnie/ czy chcę podpisywać tom wierszy/ na Stadionie Narodowym/ wyobraziłem sobie, że siedzę na środku boiska/ a wszystkie reflektory skupione są na mnie. (Targi książki); Znowu zaciąłem się przy goleniu/I po raz kolejny nici z literatury. Pozostaje uczepić się narracji (Uczucie narracji).

Innym razem Orliński pierwsze wersy rozgrywa bez uprzedzenia, dedykacji, podpowiedzi zawartej choćby w tytule. Powołuje postaci, które  stają się dowodami na istnienie zapisanych historii czy tropów: Jego stanowisko z kwestii/zajmowania stanowisk (State of mind), Psychiatra powiedział mi,/że mogę już wszystko (Odstawianie). Czytelnikowi pozostaje wplątanie się w tę prawdopodbną scenerię myśli i czytanie, wielokrotne utożsamione łapczywe podążanie za historiami, jakie zaraz rozpadną się, zaskoczą swoją absolutną niewyjątkowością. Cyniczna i niezwykle atrakcyjna forma komunikowania małych katastrof poraża. Nie ma też zbyt dużo miejsca na rozprawianie o prawdopodobieństwie. System Orlińskiego działa jak bezwględna maszyneria, której jedynie można się poddać. Gdyby jednak chcieć podeliberować i pomądrzyć się, natrafia się na lubiane i wykorzystywane we wcześniejszych tomach szeregi zawłaszczających kwantyfikatorów, jak choćby pojawiający się w Kolejnym dniu w korporacji retoryczny wstęp Dobrze wiedzieć, że są na świecie/ ludzie, z którymi łączy nas podobny gust.

Nim popularne stało się jeszcze określenie postprawdy, Teresa Torańska opowiadała Małgorzacie Purzyńskiej w wywiadzie Ja, My, Oni, że takie wyrażenia to półprawdy, a z nimi niesamowicie trudno się dyskutuje, właściwie lepiej ustąpić i wysłuchać niż dopytywać. Jak wspaniale jest uwolnić się od nieustannego sprawdzania, nie dopytywać wierszy Orlińskiego, ale ze swadą i dystansem pozwolić sobie, na może nawet nieco egzaltowaną podróż  po krainie własnych mikrotraum, wspomnień, które domagają się płaczu. Ale tylko takiego, jaki wydarza się w szczelnie zamkniętym pokoju. Intymnie. Nigdy publicznie.

Niezwykle ciekawie ujęta jest w tym tomie zabawa ze wstydem, zatajaniem, pomijaniem. Niekiedy pozorny eskapizm dobranych tematów rozgrywa z czytelnikiem partię pytań "Czy masz może zupełnie tak samo?". Językowa rzeczywistość budowanego z odbiorcą metajęzyka, nieustannego naciskania na potrzebę pozostawania w dialogu,  zaskakuje jednak hipotetyczną nieadekwatnością możliwych do napisania lub wypowiedzenia odpowiedzi, potwierdzeń, refleksji. Nieprzetworzone przez język poezji stwierdzenia, jakkolwiek próbować będą zgadzać się z melancholią i tragizmem codzienności, nie mają szansy zaistnieć. To poezja, a nie nasze myśli jest kompletna.

Myśl Orlińskiego ocala, uwalnia od przymusu kreatywności. Środki doraźne stawiają na dialog pozorny, milczenie, mikrouśmiech. Każdy z wierszy jest zbyt skończony, by jakikolwiek czytelniczy dopisek nie zburzył doskonale zaprojektowanej przestrzeni ironii i autodystansu. Być może ta niemożliwa do wykonania rozmowa jest dowodem wyjątkowości doraźności. Stanu, w którym myśl nie ma szansy na realizację w rzeczywistości, w jakim nie istnieją skuteczne działania performatywne, gdzie poezja ginie, gdy tylko pojawia się pomysł, by stała się diagnozą.  Trudne to zadanie, gdy nawet takie prognostyczne i wieszczące teksty jak Perspektywa czy  I tylko spójrz nie dają nadziei na powtarzalność odczytań. Orliński igra  z możliwością lektury tekstu "jakby na każdą okazję" czy "przy dowolnej okazji". Ironia zwycięża nad profetyzmem. Czytelnik ma szansę należycie spotkać  się z tekstem jedynie, gdy podejmie decyzję o ucieczce w przestrzeń niedefiniowalnej intymności, kojarzonej bardziej z niepewnością i niedojrzałością, niż z ze zdolnością do opisu świata. Przypomina się wówczas pragnienie prof. Marii Janion, wyrażone w rozmowie z Agnieszką Arnold, by współczesny człowiek znalazł czas, by pobyć samemu z sobą, by poświęcić czas nieefektywnemu nawet zastanawianiu się nad sobą. Orliński postulat ten znakomicie realizuje.

W Środkach doraźnych zapisane  jest pęknięcie niezywkle chwytliwego i popularnego "kontraktu życia", tego w kolorowych lub co najmniej pastelowych barwach. Codzienności hiperciekawej, bo objawiającej się ogólnopolską premierą nowego mango w sieci handlowej. Kontraktu życia opowiadanego przez pozytywne skojarzenia, zbudowanego na coachingowych sloganach, porządkach narracji o sukcesie lub przynajmniej bezobjawowej porażce, tak znakomicie opisanej przez Carla Cedstroma i Andrew Spicera w Pętli dobrego samopoczucia. Ta wizja poddana jest przez Orlińskiego bezwględnej, ale i uroczej krytyce.

Gdzieindziej potrzeba posiadania stanowiska w każdej z ważnych spraw ulega pokusie gry słownej o stanowisku będacym brakiem stanowiska. Kolejne teksty otwierają przed czytelnikiem obraz katastrofalanej rzeczywistości pozbawionej dystansu, takiej, w której obowiązują tylko jednorazowe dyspensy od poczucia wygranej, współczesnego wielkomiejskiego obowiązku trwania i rozprawiania o sukcesie (Czas antenowy).

Tom Orlińskiego nie ulega publicystycznym łatwizmom, nie jest efemerydą czy kolejną memiczną informacją. O trwałość zebranych tekstów dba wykwintny język, unikanie hiperbolizacji, wyzbycie się dydaktycznego tonu i właśnie wszechobency dystans. Środki doraźne są może nawet traktatem o możliwościach ironicznego myślenia, konieczności ocalania cynicznego autokomentarza, utrwalaniu zawstydzeń i zakłopotań. To, co nienormatywne  i niewystarczające, na pierwszy rzut oka kolorowe nie na tyle, by stało się atrakcyjnym produktem, jest możliwe do opisania przez poezję i w niej właśnie znajduje pozbawione oceny schronienie. Doskonale nawiązany z czytelnikiem dialog i perfekcyjna warstwa formalna tekstów przenosi na odbiorcę odpowiedzialność, by wrażenia Środków doraźnych stosować przewlekle.

Michał Pabian

  • Marcin Orliński Środki doraźne
  • Biblioteka Poezji Współczesnej, WBPiCAK

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019