Kultura Poznań.pl

Opinie

opublikowano:

PROSTO Z EKRANU. Za ciasny gorset obyczajów

Filmowa historia Lady Makbeth, oparta na opowiadaniu Nikołaja Leskowa z 1864 roku, to luźne nawiązanie do ponadczasowych szekspirowskich bohaterów. Z tą różnicą, że akcja opowiadania Leskowa dzieje się nie w Rosji, a w wiktoriańskiej Anglii, a do zbrodni prowadzi nie żądza władzy, a żądza cielesna. I pragnienie wolności.

.
fot. materiały dystrybutora

Młodziutka Katherine, jak wszystkie współczesne jej kobiety, od urodzenia jest własnością - najpierw swojego ojca, potem męża. Co gorsza, zostaje wydana za mąż za sporo starszego od siebie Alexandra, który z natury jest gwałtowny i szorstki, a nową żonę traktuje opryskliwie i instrumentalnie. Kiedy wyjeżdża w interesach, Katherine poznaje nowego parobka w ich majątku, Sebastiana. Ten jest zupełnym przeciwieństwem swojego pana  - wprawdzie nie grzeszy dobrymi manierami, ale ma w sobie młodzieńczą energię i radość życia, która z miejsca intryguje i wciąga. Poza tym chłopak jest bardzo pewny siebie, wręcz bezczelny. Ich wspólny romans wybucha nagle i pochłania oboje bez reszty. Tak bardzo, że początkowo nawet nie próbują go ukryć. W efekcie sprawa szybko wychodzi na jaw, a fakt, iż kolejne osoby mogłyby stanąć na przeszkodzie ich dzikiej miłości sprawia, że para nie cofa się przed niczym. Niestety, sprawa szybko wymyka się spod kontroli i podobnie jak u Szekspira, jedną ze stron tego duetu ogarniają wyrzuty sumienia i skrucha. Tym bardziej niespodziewany okaże się finał tej historii.

Filmowy debiut Williama Oldroyda, który dotąd reżyserował jedynie sztuki teatralne, ma w sobie coś magnetycznego i hipnotyzującego. Historia wyzwolonej obyczajowo i seksualnie dziewczyny, która nie poddaje się konwenansom i postanawia zawalczyć o siebie wszelkimi dostępnymi metodami, łatwo mogłaby zostać sprowadzona do taniego romansu rodem z XIX-wiecznych powieścideł. Tymczasem mamy w kinie do czynienia z wysmakowanym, niezwykle estetycznym i oszczędnym obrazem, który - paradoksalnie - już od pierwszej sceny zamiast spokoju, budzi niepokój. Puste i ascetycznie - jak na tamte czasy - urządzone wnętrza dworku, w którym mieszka Katherine, jej małomówna służąca Anna, skrzypiące podłogi, szeleszczące atłasowe suknie i nieustannie słyszalne bicie zegara. A przy tym kot, który bezszelestnie porusza się po tej wielkiej, a mimo to ciasnej przestrzeni. Wszystko to - w kontraście do rozległych, wietrznych wrzosowisk, na które ucieka dziewczyna - zapowiada, że w gęstej, zatęchłej atmosferze tego domu niechybnie wydarzy się coś złego.

Może to za sprawą niewinnej urody Florence Pugh, a może właśnie przepięknych zdjęć Ariego Wegnera, spodziewałam się po tej premierze raczej pikantnej historii wyzwolenia obyczajowego, niż wnikliwego studium rodzenia się zła. Tymczasem do zbudowania nastroju grozy i pokazania zbrodni w jej najohydniejszym wymiarze wystarczyły - jak u Hanekego -  zatrzymane kadry, lapidarne dialogi i ledwo zauważalna mimika bohaterów. Film był zapowiadany jako historia tego, do czego może posunąć się kobieta, która zbyt długo pozostawała pod kontrolą mężczyzn. W jednej ze scen główna bohaterka wypowiada do swojego kochanka słowa przysięgi: "Pójdę za Tobą do piekła, na krzyż, do więzienia, do grobu, do nieba." Romantyczne wyznanie szybko nabiera dosłownych kształtów, a sztywny gorset obyczajów owszem - pęka, ale skutki tego przełomu są niewyobrażalnie większe od spodziewanych.

Anna Solak

  • "Lady M."
  • reż. William Oldroyd
Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku, zmień ustawienia swojej przeglądarki.