Kultura Poznań.pl

Opinie

opublikowano:

PROSTO Z EKRANU. Dwa serduszka

"Zimna wojna", która pięć lat po Oscarowej "Idzie" stanowi namacalny dowód na to, że Paweł Pawlikowski jest twórcą wybitnym, toczy się w rytmie miłości - namiętnej, zniewalającej, zaborczej, nieszczęśliwej, toksycznej, destrukcyjnej, bezkompromisowej, nienasyconej i przede wszystkim niespełnionej.

.
fot. materiały dystrybutora

Kilka lat po II wojnie światowej grupa artystów i działaczy przeprowadza na wsi casting do zespołu ludowego "Mazurek". W trakcie przesłuchań Wiktorowi wpada w oko Zula - prosta dziewczyna z wyrokiem w zawiasach, która jeszcze nie bardzo wie, czego pragnie od życia. Kiedy wybucha między nimi zrodzony z wzajemnej fascynacji namiętny romans, postanawiają uciec z socjalistycznej Polski do wypełnionego poezją i jazzem Paryża. Zula nie zjawia się jednak w umówionym miejscu i Wiktor wyjeżdża sam. Wzajemna nieprzezwyciężona tęsknota sprawia jednak, że ich ścieżki krzyżują się ponownie.

To, co na pierwszy rzut oka wygląda jak opowieść o pragnieniu wolności, wyrwania się z okowów totalitarnego systemu i znalezienia azylu w nieprzyjaznym świecie, szybko przeradza się w dzieło, w którym umiejętność prowadzenia gatunkowej narracji idealnie współgra z na wskroś autorskim rozumieniem kina. Pawlikowski, jak rzadko który współczesny filmowiec, wydaje się bowiem twórcą totalnym - jego zdolność opanowania materii filmowej w każdym jej aspekcie przywodzi na myśl takie nazwiska, jak Stanley Kubrick czy Andriej Tarkowski.

W "Zimnej wojnie" połączył intymną, emocjonalną historię z wyrafinowanymi czarno-białymi zdjęciami, skromną, acz wyrazistą scenografią oraz fenomenalną, rozpiętą między ludowymi pieśniami, jazzowymi standardami i estradowymi szlagierami muzykę, a następnie stworzył filmową kompozycję, która jest czymś znacznie więcej niż sumą części składowych. We wpisanym w melodramatyczny schemat obrazie udało się bowiem reżyserowi przemycić skrawek polskiej duszy, z jej martyrologicznymi obsesjami, narodowymi kompleksami i wiecznym poczuciem niedopasowania. Jednocześnie wpisane w historyczny kontekst ekranowe uczucie ma taką głębię i siłę rażenia, że Pawlikowskiemu bez trudu przychodzi uderzanie w czysto ludzkie, uniwersalne struny.

Ogromna w tym zasługa obsady. Wspaniały jest drugoplanowy Borys Szyc jako skrzywiony ideologicznym myśleniem aparatczyk, dla którego brunetka śpiewająca w słowiańskim chórze stanowi nie lada zgrzyt i bolesny kompromis. Jednak to Tomasz Kot i Joanna Kulig kradną każdy kadr i każde ujęcie. Wyjęty tutaj żywcem z przysnutego papierosowym dymem kina noir Kot zalicza kolejną już po "Skazanym na bluesa" i Bogach" rolę życia, a Brytyjczycy po pokazach w Cannes ponoć zarzekali się, że gdyby polski aktor urodził się na Wyspach, zagrałby kolejnego Bonda. Kulig, z równym powodzeniem śpiewająca "Dwa serduszka" w wersji ludowej, jak i poetycko-jazzowej, tworzy postać żywą i autentyczną, a jednocześnie archetypiczną - jej Zula to nieszczęśliwa femme fatale, od początku naznaczona tragicznym losem. Dwoje doskonale poprowadzonych bohaterów żyje w świecie, w którym granice można przekraczać tylko pozornie, fizycznie. Próby przekraczania granic duchowych, mentalnych, czy to w miłości, czy w życiu zbiorowym, zawsze kończą się aktem samodestrukcji.

Pawlikowski stworzył dzieło spójne i zarazem pełne sprzeczności: powściągliwe i intensywne, osobiste i uniwersalne, precyzyjnie skonstruowane i przesycone miłością do kina. Historię opowiada nie tyle słowami, co muzyką i obrazem, niejako przywodząc na myśl największe dokonania filmowego melodramatu. Nazwanie "Zimnej wojny" współczesną "Casablancą" będzie jednak tyleż nobilitujące, co krzywdzące - twórca "Idy" bezsprzecznie udowodnił, że zasługuje na miano mistrza kina bez zbędnych przyrównań i odnośników.

Adam Horowski

  • "Zimna wojna"
  • reż. Paweł Pawlikowski

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018